Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka

Rada czeka i śpi

20 lutego 2019
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Zubelewicz : Jeśli inflacja dojdzie do 2,5 proc., będzie więcej chętnych do podnoszenia stóp procentowych

fot. Rafał Guz/PAP

Kamil Zubelewicz, członek Rady Polityki Pieniężnej

Jawność wynagrodzeń w banku centralnym i próby ich ograniczenia – to naruszenie niezależności NBP?

Nie widzę zagrożenia ani naruszenia niezależności NBP w postulacie jawności płac. Pomysł odniesienia zarobków do zarobków prezesa NBP wydaje mi się racjonalny, zwierzchnik powinien zarabiać więcej niż pracownicy. Pytanie tylko, czy wynagrodzenia w banku centralnym i dodatki do nich pozostaną na poziomie umożliwiającym konkurowanie o pracowników z bankami komercyjnymi, czyli zbliżonym do rynkowego. Tego częściowo dowiemy się dopiero, gdy niektóre z nich zostaną ujawnione. RPP nie otrzymywała dotychczas od zarządu tak szczegółowych informacji przy okazji prac nad planem finansowym czy sprawo zdaniem finansowym NBP.

Dlaczego głosował pan m.in. przeciwko planowi finansowemu NBP na 2018 r. czy przeciwko przyjęciu sprawo zdania finansowego za 2017 r.?

Brak poparcia planu finansowego na zeszły rok wynikał z mojego sceptycyzmu wobec polityki zatrudnienia w banku. Z kolei w sprawo zdaniu finansowym za 2017 r. nie podobały mi się rezultaty zarządzania rezerwami.

W listopadzie złożył pan wniosek o podwyżkę stóp o 25 pb i jako jedyny zagłosował za nim. Czy będzie pan składał kolejne wnioski?

Od początku obecności w radzie uważam, że należałoby wyeliminować wewnętrzne przyczyny inflacji i podnieść stopy procentowe. Ceny dóbr zależne od koniunktury krajowej w 2018 r. rosły o prawie 2 proc. Jako pierwszy typowałem, że rada będzie sprzyjać długookresowej stabilizacji stóp procentowych. Złożenie wniosku w tamtym – dość szczególnym – momencie miało na celu przekazanie rynkowi informacji o nastrojach w radzie. Było to swoiste „sprawdzam” wcześniejszych deklaracji niektórych osób.

Okazało się, że jest pan osamotniony w chęci podnoszenia kosztu kredytu.

Tak, nawet przy dość interesującej kumulacji danych gospodarczych. W listopadzie dysponowaliśmy nową projekcją inflacji. Wynikało z niej, że w całym horyzoncie prognozy, czyli przez najbliższe dwa lata, inflacja będzie przekraczać 2,5 proc. Większość analityków źródeł inflacji upatrywała w spodziewanym wzroście cen energii w 2019 r. Ja zwracałem uwagę na wprost pokazane ryzyko inflacji w 2020 r. i w kolejnych latach. Jest to o tyle istotne, że przyspieszający wzrost cen trudno powstrzymać łagodnymi metodami. Ta długofalowa perspektywa rosnącej inflacji przesądziła o złożeniu symbolicznego wniosku, którego przyjęcie i tak pozostawiałoby ujemne realne stopy procentowe.

W RPP dominuje bardzo ostrożne podejście do prognoz długoterminowych i dyskusja skoncentrowała się na podwyżkach cen energii, które – nawet jeśli nie wystąpią w tym roku – w kolejnych mogą uderzyć ze zdwojoną siłą. Najważniejszy czynnik ograniczający wzrost cen pochodzi spoza naszej gospodarki i są to niskie ceny ropy. Po raz kolejny dostajemy prezent od losu. Bez niego i bez interwencji na rynku energii ceny wzrosłyby o 3 proc.

Czy w obliczu hipotetycznego szoku podażowego i ogólnoświatowej deflacji powinniśmy podtrzymywać dogmat o obecnym celu inflacyjnym?

Nie. Zatem jeśli został osiągnięty podstawowy cel polityki pieniężnej – stabilność cen – to kolejnym celem działań RPP jest wspieranie polityki gospodarczej rządu.

Co rozumiemy przez „politykę gospodarczą”?

To kluczowa kwestia. Czy polityka gospodarcza to taka, którą prowadziłaby rada – czy też taka, którą planuje i wykonuje rząd? Zwracam uwagę, że dokumenty rządowe zakładały wyższe stopy procentowe. Niedawno jeden z ministrów, co jest dość rzadkie w tym kontekście, określił optymalny poziom inflacji z punktu widzenia rządu – między 1 a 2 proc. Delikatna podwyżka stóp procentowych byłaby zatem wsparciem polityki rządu, bo powstrzymałaby osłabianie kursu złotego. Pamiętajmy, że nasz cel inflacyjny służy de facto osłabianiu polskiej waluty. Taki cel systematycznie szkodzi polskim konsumentom, osobom zadłużonym w walutach obcych, spłacie zadłużenia zagranicznego czy wszelkim planom modernizacyjnym, zwłaszcza armii. Celowe osłabianie waluty nie jest potrzebne, podobnie jak jej sztuczne umacnianie.

Jaki scenariusz oznaczałby konieczność zaostrzania polityki pieniężnej?

Wszystko zależy od prognoz. Przy inflacji przekraczającej 2,5 proc. w całym horyzoncie projekcji lub ryzyku gwałtownego jej przyspieszania w perspektywie 18–24 miesięcy trzeba będzie się zastanowić nad podwyżką stóp.

Jesteśmy w przededniu nowej, marcowej projekcji przygotowywanej przez NBP, ale ze słów prezesa Adama Glapińskiego możemy wywnioskować, że pojawi się tam wyższa ścieżka wzrostu PKB, niż zakładano kilka miesięcy wcześniej, i brak napięć inflacyjnych. Dlatego prezes pozwolił sobie na zarysowanie scenariusza stabilnych stóp procentowych nawet do końca 2020 r.

Spodziewam się, że zobaczymy najpierw stopniowy wzrost inflacji do 2 proc., a następnie nieznacznie wyższy poziom, który będzie się utrzymywał. To będzie w dużej mierze efekt niskich cen ropy. Prezesa dziwi wysokie tempo wzrostu i niska inflacja. Konsekwentnie się tutaj z nim mijam, bo dla mnie jest to naturalne, w sytuacji gdy mamy wzrost spowodowany czynnikami podażowymi. A można wyróżnić trzy takie czynniki: ceny ropy, napływ pracowników z zagranicy i obniżenie opodatkowania osób najmniej zarabiających.

Obserwując zasiadających w RPP, czy scenariusz stóp procentowych bez zmian do końca 2020 r. jest realny?

Prawdopodobieństwo podwyżek stóp jest niewielkie, podobnie jak w okresie deflacji brak wniosków oddalił ryzyko obniżek. Dla rynku oznacza to, że kredytobiorcy mogą spać spokojnie, a konsumenci będą tracić na wzroście cen. Rada sugeruje, że musiałoby się wydarzyć coś bardzo złego w gospodarce, aby skłonić ją do reakcji. Dużo uwagi poświęcamy perspektywom wzrostu gospodarczego, co wynika ze wspomnianego sposobu rozumienia celu inflacyjnego. Trudno byłoby znaleźć kogoś, kto obawia się długotrwałego i poważnego spowolnienia. Jedynie prezes na ostatniej konferencji sygnalizował ryzyko pogorszenia koniunktury na świecie.

W Chinach czy strefie euro mamy już silne sygnały spowolnienia.

Pytanie, jak mocno ewentualne spowolnienie przełoży się na naszą sytuację gospodarczą. Polska zyskała w ostatnich latach na niskich cenach ropy ułatwiających mocniejszą integrację z gospodarką globalną. Jesteśmy bliżej świata. Nie przypominam sobie pesymistycznych wypowiedzi w RPP odnoszących się do wzrostu gospodarczego. Główny przedmiot zmartwień dotyczy ryzyka przyspieszenia inflacji. Dodatkowo jako źródło obaw większości wymieniłbym presję płacową w sferze budżetowej czy deficyt rąk do pracy. Moim zdaniem ten drugi czynnik wynika z polityki socjalnej i wysokich obciążeń pracy, które działają dez aktywująco. Pracowników nie zabraknie, jeśli uda się zwiększyć odsetek młodych czy seniorów na rynku pracy.

Oczekiwania rynków i prognozy ekonomistów nie wskazują, aby inflacja miała się stać w perspektywie najbliższych kwartałów problemem.

Przy niskiej inflacji stopy procentowe mogą pozostać długo bez zmian. Natomiast jeżeli inflacja dojdzie do 2,5 proc., to będzie więcej chętnych do głosowania za podwyżką stóp.

Słuchając jednak publicznych wypowiedzi członków rady, trudno znaleźć w nich potwierdzenie dla takich ruchów.

Dlatego mówię, że w czasach deflacji RPP miała nastawienie „wait and see”, a dzisiaj – przy ujemnych realnych stopach procentowych – jest to już „wait and sleep”. Można to ująć jeszcze inaczej: w radzie dominuje ostrożność przed zbyt szybką podwyżką stóp procentowych i sprzeciw wobec ich obniżki.

Mamy jeszcze pewnie jakąś przestrzeń do obniżenia stóp.

Obniżka stóp mogłaby naruszyć stabilność sektora bankowego i uderzyłaby w oszczędzających, może też zniechęcać banki do akcji kredytowej. Dodatkowo moglibyśmy obserwować odpływ depozytów za granicę, gdzie stopy mają szansę rosnąć, np. do Czech czy Szwajcarii. Przestrzeni do obniżki obecnie nie ma. Mogłoby do niej ewentualnie dojść nie w obliczu spowolnienia gospodarczego czy wręcz kryzysu.

To może RPP powinna dzisiaj mieć przygotowane na przyszłość niekonwencjonalne instrumenty, jak wsparcie akcji kredytowej – co przerobili Węgrzy – czy skup aktywów, co widzieliśmy np. w strefie euro. Już ponad trzy lata temu wielu polityków PiS publicznie mówiło o takiej potrzebie.

Po pierwsze, mamy przyjęte założenia polityki pieniężnej i nie ma tam nowego instrumentarium. Po drugie, już od dawna takich głosów ze strony polityków nie słychać. Pomysły tego typu byłyby źle odebrane i przez polityków, i przez rynki. Dzisiaj nie widzę potrzeby, abyśmy dyskutowali o stosowaniu niestandardowych instrumentów w polityce pieniężnej, bardziej o jej fundamentach. ©

Rozmawiał Bartek Godusławski

Cały wywiad na Gazetaprawna.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.