"Narodowcy nie, socjaliści nie, chrześcijańscy fundamentaliści nie". Wspólnota nam się rozpada, a my wciąż odkrawamy kolejne części
Pewnie znacie dobrze tę publicystyczną formułę: państwo
z dykty. Wyświechtana, ale wciąż, rok po roku, świetnie opisuje naszą
państwowość. Niby rządzimy się sami, niby demokratycznie, niby
zbudowaliśmy instytucje, mamy kodeksy, regulacje i szczegółowe wytyczne,
ale gdy zdarza się nam awaryjna sytuacja, w której nasze państwo
powinno zadziałać, okazuje się, że to tylko teoria. Wytyczne są, ale
nikt nie przećwiczył ich w praktyce. Instytucje mają szczegółowo
rozpisane kroki, ale nie mogą ich realizować, bo akurat wolne
i ustawodawca nie wziął pod uwagę, że katastrofy zdarzają się także
w niedziele czy święta. Z zewnątrz państwo wygląda normalnie, ściany
z dykty są równe, z daleka wyglądają solidnie, ale wystarczy lekki
podmuch, by złożyły się jak domek z kart.