Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

W sądzie liczą się ludzie

Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Mechanizmy powoływania sędziów amerykańskiego Sądu Najwyższego są z gruntu polityczne, ale jego obecna obsada nie chce odgrywać roli marionetek Białego Domu

Wielokrotnie mówiłam, że pozostanę członkiem Sądu Najwyższego tak długo, jak będę mogła pracować pełną parą. Nadal jestem do tego całkowicie zdolna – zapewniła 87-letnia sędzia Ruth Bader Ginsburg w oświadczeniu, które zmroziło liberałów. Ich wyrocznia prawna, ikona feminizmu i fenomen popkultury ogłosiła, że ma nawrót choroby nowotworowej (piąty od czasu pierwszej diagnozy) i przechodzi chemioterapię. Wprawdzie zaznaczyła, że leczenie przynosi pozytywne efekty, a ona sama jest na bieżąco z pisaniem opinii, ale biorąc pod uwagę jej wiek i długą historię choroby, nie uspokoiła swoich sympatyków. Zwłaszcza na 3,5 miesiąca przed wyborami prezydenckimi.

Demokraci przewidują, że gdyby Ginsburg zmarła albo zrezygnowała z urzędu przed listopadowym głosowaniem, Biały Dom i jego sojusznicy w Senacie szybko dokooptują do SN kolejnego konserwatywnego sędziego, który na dekady zabetonuje przewagę ich opcji ideowej w najbardziej wrażliwych sprawach: aborcji, opieki zdrowotnej, finansowania kampanii wyborczych czy uprawnień policji. Zamierzają więc mocno grać tą sprawą przed wyborami, aby zmobilizować umiarkowany elektorat w „chwiejących się” stanach, niekoniecznie zachwycony perspektywą niepodzielnych rządów prawicy w jednej z najważniejszych instytucji w kraju przez trudny do przewidzenia okres. Koalicja organizacji non-profit o progresywnym profilu ogłosiła już, że w najbliższym czasie wyda 2 mln dol. na spoty alarmujące, że jeśli Trump zwycięży ponownie, SN zawładną ultrakonserwatyści.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.