Dylemat krajów wschodzących: szybszy będzie wirus czy głód?
Koronawirus pozbawił chleba wielu mieszkańców państw rozwijających się. Nic dziwnego, że nie wszyscy politycy są tam orędownikami drastycznych metod walki z pandemią
Najbardziej zagorzałym przeciwnikiem walki z pandemią na chińską lub europejską modłę jest prezydent Brazylii Jair Bolsonaro. Polityk nazywa koronawirusa „małą grypą”, a środki zaradcze podejmowane w innych krajach – „histerią”. – Brazylijczyk nawet jak nurkuje w ściekach, to niczego nie łapie – przekonywał w cotygodniowym wystąpieniu na żywo na Facebooku. – Oczywiście, że parę osób umrze. Takie jest życie – mówił w jednym z wywiadów telewizyjnych. – I tak nic na to nie poradzimy, to decyzja Boga – stwierdził w innym.
Swój sprzeciw – nawet jeśli wyrażany nieco egzotycznie – Bolsonaro może usprawiedliwić obawami o los najsłabiej uposażonych Brazyliczyków. Według niektórych szacunków ok. jednej czwartej z 200 mln mieszkańców żyje w ubóstwie. Ostra kwarantanna na modłę chińską czy włoską może pozbawić ich środków do życia. – Jeśli wszyscy zostaną w domu, nikt nie będzie niczego produkował. Wówczas staniemy w obliczu bezrobocia, lodówki będą puste, nikt nie będzie płacił rachunków – mówił prezydent.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.