Realny Federalizm dopychany kolanem
P rojekt zmian traktatowych przygotowany przez Komisję Spraw Konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego jest na razie jedynym kompleksowym projektem, wokół którego toczy się dyskusja w UE. Przyjęcie raportu czy nawet przegłosowanie go za kilka tygodni może być tylko początkiem wieloletniej procedury, której finałem musi być jednomyślna zgoda państw członkowskich. Treść projektu pokazuje, w którym kierunku idą oczekiwania większości parlamentarnej w UE.
Wojna instytucji o władzę
Pierwsza propozycja to przemianowanie Komisji Europejskiej na Europejski Organ Wykonawczy, czyli mówiąc wprost – wskazanie KE miejsca w tylnym szeregu. Co istotniejsze, to PE miałby mianować przewodniczącego Komisji (państwa członkowskie jedynie zatwierdzałyby ten wybór), który mógłby wybrać pozostałych komisarzy na podstawie preferencji politycznych „przy jednoczesnym zapewnieniu równowagi geograficznej i demograficznej”. Dziś każde państwo ma jednego komisarza i dotyczy to także szefa KE oraz szefa unijnej dyplomacji – w obecnej Komisji Ursula von der Leyen jest zgodnie z tą zasadą jedyną reprezentantką Niemiec. W propozycji europosłów nie pada nawet wprost zapewnienie, że każdy kraj będzie miał swojego reprezentanta lub reprezentantkę, a jedynie że będzie zapewniona bliżej niesprecyzowana równowaga geograficzna i demograficzna. Negocjacje dotyczące obsady stanowisk po wyborach europejskich trwają zazwyczaj kilka tygodni, ale nienaruszalną zasadą był konsensus między szefami państw i rządów a frakcjami w PE dotyczący kształtu przyszłej Komisji oraz Rady Europejskiej. W tym projekcie europosłowie sugerują, że dobór tek miałby mieć charakter polityczny, a nie merytoryczny. A to wprost upolityczniłoby Komisję mającą być z zasady apolitycznym ciałem reprezentującym interesy całej „27”, a nie jedynie wiodących sił politycznych na Starym Kontynencie.
Nowe referenda
Drugim pomysłem instytucjonalnym jest wprowadzenie mechanizmu ogólnounijnych referendów „w sprawach istotnych” (również bliżej niesprecyzowanych), w tym w sprawie zatwierdzenia zmian traktatowych. Obecnie traktat nie precyzuje, że zmiany należy zatwierdzać w formule referendów – część państw ma to wpisane we własny prawny porządek krajowy, część nie musi ich organizować. Oznaczałoby to prawdopodobnie więc konieczność zmiany także krajowych przepisów, w tym konstytucyjnych, które znosiłyby obecne zasady przyjmowania zmian traktatowych, co wydaje się zadaniem karkołomnym. Kluczowe jednak w tej propozycji wydają się czas oraz koszty. Często w dobie pandemii koronawirusa padały zarzuty pod kątem Brukseli o zbyt wolne procedowanie i podejmowanie spóźnionych działań. A każde z tych działań w gruncie rzeczy można było uznać za „sprawę istotną”. Według pomysłów europosłów prawdopodobnie każde z nich powinno się wiązać z przeprowadzeniem referendum. Właściwie trudno mówić o spowolnieniu procesu podejmowania decyzji w ten sposób – byłby to raczej decyzyjny paraliż. Generujący dodatkowo ogromne koszty – np. referendum ogólnokrajowe w Polsce to ok. 100 mln zł. Nie wiem, czy w dobie ciągłego uelastyczniania budżetu ze względu na rosnące wydatki przeprowadzanie referendum w 27 lub 30, lub jeszcze większej liczbie państw jest odpowiedzią na najważniejsze wyzwania.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.