Kampanijny rollercoaster dobiegł końca
Wybory odbędą się dziś w atmosferze niepokoju o losy kraju. Amerykańska demokracja znów przechodzi próbę wytrzymałości
O północy polskiego czasu zamkną się pierwsze lokale w Stanach Zjednoczonych. Powoli, najpierw z Indiany i Kentucky, zaczną spływać wyniki wyborów prezydenckich. Zakończy się tym samym jedna z najbardziej nieprzewidywalnych kampanii w historii USA, w której o najważniejszy urząd powalczy polityk z blisko setką zarzutów karnych z kandydatką, która nawet nie uczestniczyła w prawyborach. W międzyczasie obserwowaliśmy zamach na Donalda Trumpa, podmianę Joego Bidena na Kamalę Harris, zmiany trendów, sprzeczne sondaże. Mnóstwo momentów, które zapiszą się na stałe w kulturze, w tym w memach, jak Trump krzyczący po postrzeleniu na wiecu „Fight, fight, fight” (Walczcie).
– Ameryko, wiemy, co w głowie ma Trump. Więcej chaosu, więcej podziałów. Politykę, która służy tylko tym na samym szczycie, a szkodzi wszystkim innym. Oferuję inną drogę – mówiła tydzień temu Harris na głównym wiecu w Waszyngtonie. W miejscu nieprzypadkowym, na trawniku między Białym Domem a pomnikiem George’a Washingtona, dokładnie tam, gdzie 6 stycznia 2021 r., tuż przed szturmem zwolenników na Kongres, przemawiał Trump. Autoprezentacja demokratów jako tamy przed populizmem, obrońców instytucji i porządku była jednym z dwóch najważniejszych punktów ich kampanii. Trumpa było więc u Harris dużo, ale w końcówce kampanii akcent był położony na pozytywny przekaz, a na niektórych wiecach nazwisko konkurenta nawet nie padało.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.