Zderzenie Donalda Trumpa z Andriejem Gromyką
I oto idą, zapięci szczelnie, / Patrzą na prawo, patrzą na lewo. / A patrząc – widzą wszystko oddzielnie / Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…” – pisał w „Mieszkańcach” Julian Tuwim. Jeśli patrząc na taktykę negocjacyjną Donalda Trumpa, widzimy wszystko oddzielnie, niczym tuwimowscy „straszni mieszczanie”, łatwo od entuzjazmu przechodzić do paniki i odwrotnie. Po rozłożonym w Anchorage czerwonym dywanie dla Władimira Putina można było uznać, że Amerykanie sprzedali Ukrainę za czapkę śliwek. Po szczycie w Białym Domu można się zastanawiać, które amerykańskie oddziały trafią nad Dniepr dla pilnowania pokoju. A co, jeśli Trump wcale nie odbija się od ściany do ściany? Czy w jego szaleństwie da się znaleźć metodę?
Jeden z ukraińskich polityków przekonywał mnie swego czasu, że Trump w gruncie rzeczy wcale nie jest taki trudny do analizowania. Poseł rządzącego Sługi Narodu, o którym mowa, przyszedł do polityki wprost z biznesu i przeniósł na sprawy międzynarodowe sposób rozumowania ukraińskiego przedsiębiorcy. Niekiedy sprawdza się to zaskakująco dobrze. I tak rzeczony polityk tłumaczył mi, że najczęściej stosowaną taktyką amerykańskiego prezydenta jest poszerzanie sobie do granic absurdu swobody negocjacyjnej. Stąd nie musi być wcale wewnętrznie sprzeczne grożenie Rosjanom drakońskimi sankcjami z projektu ustawy Lindseya Grahama i wysłaniem na Ukrainę amerykańskiego wojska jednego dnia, by nazajutrz krzyczeć na Truth Social (i ustami Steve’a Witkoffa), że Kijów powinien Rosjanom oddać za darmo Zagłębie Donieckie i cieszyć się, że Moskwa nie sięgnie po całą Ukrainę.
W myśl tej logiki obie strony zastrasza się ekstremalnymi opcjami – a dla Kijowa perspektywa oddania Donbasu i utworzenia tam za darmo wymarzonego przyczółka dla rosyjskiej wojny kontynuacyjnej jest z grubsza tym, czym dla Moskwy pomysł stacjonowania US Army w Odessie i Sumach – żeby te mniej ekstremalne wydały się łatwiejsze do zaakceptowania. Jeśli jest to działanie świadome – nie rozstrzygam, stawiam hipotezę – to w sumie nieźle działa. Groźbą oddania Donbasu, czyli powtórki z Monachium 1938, Trump zmotywował europejskich partnerów do przyspieszenia rozmów o gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy. Wiszącym niczym miecz Damoklesa projektem sankcyjnej ustawy Grahama nakłonił Putina do rozmowy i – jeśli wierzyć Amerykanom – propozycji zamrożenia konfliktu w obwodach chersońskim i zaporoskim oraz zgody na jakąś formę zachodnich gwarancji dla Kijowa. Do pokoju wciąż bardzo daleko, ale zawsze coś.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.