Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Z gracją złotej piły mechanicznej

10 marca 2025
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

St any Zjednoczone potrzebują zmian, a Amerykanie chcą zmian. Ale jeśli mają one wyglądać jak to, co serwują Donald Trump i Elon Musk, może lepiej nie ruszać niczego. Bo jeszcze się zawali. Rozwiązaniem w USA nie powinno być „mniej państwa”, lecz „więcej państwa” i nie „mniej demokracji”, ale „więcej demokracji”. I nie chodzi tu o ślepą wiarę w interwencjonizm, ale o realne wsparcie obywateli, lepsze usługi publiczne i reprezentujący prawdziwe interesy Amerykanów system polityczny. Realne zmiany to nie demontaż państwa, lecz jego reforma tak, by służyło wszystkim, a nie tylko najbogatszym. USA dotyczy to w sposób szczególny.

Weźmy np. służbę zdrowia. USA w 2025 r. to kraj, który mimo wydawania na ten cel 18 proc. PKB wciąż nie potrafi zapewnić swoim obywatelom podstawowej – z punktu widzenia Europy – opieki zdrowotnej. To państwo, w którym człowiek po wypadku nie wie, czy bardziej martwić się utratą nogi, czy długiem na pół miliona dolarów za hospitalizację. Gdzie insulina kosztuje kilkaset dolarów, a instytucje pozwalają gigantom farmaceutycznym bezkarnie hasać po rynku, dyktować warunki, uzależniać od leków. Gdzie świadomość niesprawiedliwości jest tak ogromna, że powszechną sympatią cieszy się Luigi Mangione, który zastrzelił w grudniu w Nowym Jorku dyrektora jednej z większych firm ubezpieczeniowych w kraju.

Weźmy też system polityczny. To skamielina. Kolegium Elektorów to czysta groteska, prezydent może wygrać, nie zdobywając większości głosów. W Senacie tyle siły politycznej co Kalifornia (gospodarka większa od Indii) ma zamieszkane przez pół miliona Wyoming. A dzięki obstrukcji (filibuster) garstka senatorów może zatrzymać jakąkolwiek poważniejszą reformę. Dość wspomnieć, że ostatnia poprawka do konstytucji została przyjęta w 1992 r., gdy w kinach triumfy święcił „Kevin sam w Nowym Jorku”. Pomysły głębszych reform uderzają w mur prawicowego oryginalizmu, dość wulgarnego podejścia do interpretacji prawa, zwłaszcza konstytucji, polegającego na odczytywaniu jej zapisów zgodnie ze znaczeniem w momencie uchwalenia. A tak się składa, że ojcowie założyciele nie przewidzieli internetu, zmian klimatycznych czy dronów na polu walki. I jakoś tak się składa, że niemal zawsze te instytucjonalne „relikty” służą jednej stronie – republikanom.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.