Władza nad Unią przechodzi w ręce prezydenta Van Rompuya
Dobiega końca szwedzka prezydencja. Od stycznia rządy krajów przewodzących UE będą mieć ograniczone kompetencje
Unijna prezydencja jako czas międzynarodowej promocji kraju i jego przywódców po wejściu w życie traktatu lizbońskiego przechodzi do historii. Przejmujący europejskie przewodnictwo od 1 stycznia Hiszpanie już pogodzili się z okrojeniem ich kompetencji. Tymczasem Polacy, którzy staną na czele Unii w 2011 r., widzą tę sprawę zupełnie inaczej.
Wczoraj w Brukseli w atmosferze ogólnej aprobaty szef szwedzkiej dyplomacji Carl Bildt posumował półroczne kierowanie pracami UE. Sztokholm jest dumny zwłaszcza z przyjęcia traktatu lizbońskiego. Szwecja to ostatni kraj członkowski, który może pochwalić się zasługami w ramach półrocznej prezydencji. Wszystko zmieni się od stycznia, gdy swoje stanowisko obejmie stały przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy oraz czekająca na zatwierdzenie kandydatury przez Parlament Europejski pierwsza szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton.
- W praktyce oznacza to na przykład, że przywódcy krajów członkowskich sprawujących unijną prezydencję będą mieli dużo mniej okazji do odgrywania prestiżowej roli Mr Europe: postaci, której Wspólnota zawdzięcza np. wypracowanie trudnego kompromisu czy przełamanie oporu któregoś z państw członkowskich - mówi nam Antonio Misseroli, szef brukselskiego Centrum Polityki Europejskiej. Przez najbliższe dwa i pół roku to prezydent Europy Herman Van Rompuy będzie przygotowywał najważniejsze unijne szczyty Rady Europejskiej, gdzie w gronie liderów Wspólnoty zapadają kluczowe decyzje, i przewodniczył im. Premier sprawującego prezydencję kraju nie będzie teraz nawet uczestniczył w podsumowującej unijne szczyty konferencji prasowej. Chyba że poprosi go o to Van Rompuy.
Sprawy zagraniczne także zostają zupełnie wyłuskane z gestii narodowych prezydencji. - Jeśli wybuchnie nowy kryzys gruziński, na miejsce pojadą mediować Van Rompuy oraz Ashton, a nie Zapatero czy Sarkozy - mówi nam Cornelius Adebahr z Niemieckiej Fundacji Polityki Zagranicznej. Nowi najwyżsi urzędnicy UE będą oczywiście mogli poprosić obeznanego w sytuacji ministra czy szefa rządu o pomoc, ruch jednak będzie leżał po ich stronie. Na szczyty UE - Rosja czy UE - Chiny z ramienia UE także pojedzie tylko trójka: Van Rompuy, Ashton i Jose Manuel Barroso.
Owszem starej prezydencji pozostanie szefowanie posiedzeniom Rady Unii Europejskiej, z wyjątkiem tych poświęconych sprawom zagranicznym. - Ale tam nie będzie się podejmować kluczowych decyzji. De facto pozostanie tylko na przykład w gronie ministrów rolnictwa czy przemysłu doprecyzowanie tego, co przyjęli wcześniej unijni liderzy - dodaje Misseroli. Jego zdaniem skutek nowego podziału zadań może być tylko jeden: prezydencja stanie się mniej ekscytującym i prestiżowym wyzwaniem.
Pierwsza nowy system testować będzie od stycznia Hiszpania. Socjalistyczny rząd premiera Zapatero już na wstępie nie pozostawił wątpliwości, że zamierza usunąć się w cień.
- Mamy nowe władze UE. Teraz to ich zadaniem jest nadawanie tonu. My będziemy pomagać, gdy zostaniemy o to poproszeni - mówił w ubiegłym tygodniu w Brukseli szef madryckiej dyplomacji Miguel Moratinos. Hiszpanie ogłosili też, że nie rozpoczną prezydencji od przedstawienia narodowej agendy. Zamiast tego razem z Belgią i Węgrami, które pokierują pracami Wspólnoty w kolejnych półroczach, naszkicowali wspólny pakiet priorytetów: walkę z bezrobociem w UE, rozruch systemu lizbońskiego, wypracowanie koncepcji europejskiego obywatelstwa i pomoc w organizacji dyplomacji.
Co w takim razie powinien zrobić kraj członkowski, który jak choćby Polska bardzo wiele obiecuje sobie po prezydencji planowanej na 2011 r.? - Nie zmienia się zasada, że ministrowie polskiego rządu będą przewodniczyć posiedzeniom komitetów sektorowych. Tam będziemy realizować nasze priorytety - mówi nam minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz. I dodaje, że podobnie rozumuje większość rządów, nawet jeśli nie przyznają tego wprost.
Polska już we wrześniu przedstawiła plany swojej prezydencji przypadającej na drugą połowę 2011 r. Rząd chce w tym czasie osiągnąć pięć celów, z których najważniejsze to: namówienie Unii do wzmocnienia europejskiej polityki obronnej i energetycznej, walka o równe zasady unijnej konkurencji i korzystny dla biedniejszych krajów budżet UE, a także rozwój programu Partnerstwa Wschodniego obliczonego na zbliżenie Ukrainy do zachodnich struktur. Całe przedsięwzięcie ma kosztować ok. 430 mln złotych.
@RY1@i02/2009/249/i02.2009.249.000.008a.001.jpg@RY2@
Szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso i premier Szwecji Fredrik Reinfeldt
Fotolink
Rafał Woś
rafal.wos@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu