Unia jest słaba jak nigdy
To, że od dziś wchodzi w życie traktat lizboński, nie zmienia faktu, że Unia Europejska jest dzisiaj tylko marnym cieniem idei, od której się zaczęła. Jest po prostu politycznym wrakiem - ocenia francuski filozof Andre Glucksmann
Henry Kissinger zastanawiał się kiedyś, do kogo zatelefonować, jeśli chce się zadzwonić do Europy. Wedle optymistów od teraz wystarczy dzwonić po prostu do Brukseli. Ale już w Moskwie Unia Europejska jest dalej wyłącznie hasłem. Tam liczą się tylko klasyczne mocarstwa: Francja, Wielka Brytania oraz przede wszystkim Niemcy - polityczny karzełek, ale ekonomiczny gigant. Z tamtejszej perspektywy kluczowy jest permanentny konflikt Londynu z Paryżem i Berlinem, a nie wielka niegdysiejsza przyjaźń Adenauera z de Gaulle’em.
Unia powstawała na gruncie dwóch wartości: stawiania oporu komunistycznej nawale i usuwaniu ekonomicznych barier, by wspólnie dążyć do dobrobytu. Ale co się stało z tymi wartościami? Czy nie zostały poważnie naruszone, kiedy były kanclerz RFN i jeden z głównych unijnych graczy Gerhard Schroeder został szefem rosyjskiej spółki gazowej? Przecież pół Europy marzło poprzedniej zimy z powodu szantażu energetycznego, jakiego dopuściła się Moskwa. Schroeder wtedy nie protestował. Był zbyt zajęty zarabianiem milionów.
Niby zwykła chciwość byłego kanclerza Niemiec nie rozstrzyga jeszcze o upadku idei zjednoczonej Europy. Ale Schroeder pozostaje w dalszym ciągu autorytetem dla niemieckiej lewicy, która w związku z tym szanuje swojego nowego przyjaciela Władimira Putina, a np. gruzińskiego prezydenta Micheila Saakaszwilego uważa za niestabilnego i niebezpiecznego tylko dlatego, że ten przeciwstawia się Wielkiemu Bratu.
Saakaszwili został demokratycznie wybrany, proces jego elekcji nadzorowały międzynarodowe organizacje. W części Gruzji mieszka oczywiście mniejszość rosyjska, ale czemu prezydent miałby oddawać część kraju właśnie mniejszości? Poza tym w dalszym ciągu popiera go więcej niż połowa Gruzinów, wedle niektórych sondaży nawet 65 proc. Tymczasem europejscy liderzy próbowali go zdyskredytować. Uczestniczył w tym także prezydent Nicolas Sarkozy, w czasie gruzińsko-rosyjskiej wojny szef unijnej prezydencji i architekt kulawego rozejmu między Moskwą i Tbilisi.
Sprawa Gruzji w dalszym ciągu jest testem dla Unii Europejskiej, która musi zdecydować, czy będzie tolerować imperialne ambicje Moskwy. Walka toczy się przecież o wspólną europejską suwerenność - energetyczną niezależność. Jeśli Tbilisi ulegnie Moskwie, Europie nie uda się ominąć Rosji przy korzystaniu z jakichkolwiek złóż w centralnej Azji. No chyba że znowu zwycięży filozofia wyznawana przez Gerharda Schroedera, który w 2005 r. omijając Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie, postawił na bezpośredni rosyjsko-niemiecki gazociąg po dnie Bałtyku, lekceważąc zasady lojalności wobec członków UE. Kolejnym wyzwaniem dla wspólnej europejskiej polityki powinna być obrona Ukrainy i jej aspiracji wstąpienia do NATO. A unijna wierchuszka nie jest zbyt skora do występowania w imieniu Kijowa. Znowu nikt nie chce drażnić niedźwiedzia. Zamiata się więc trudne sprawy pod dywan.
Tu nie chodzi o jakieś bardzo chwalebne, nobilitujące Unię kroki. Do przebudowania idei Europy zmusza nas też kryzys. Pewnym wyzwaniem, a nawet zagrożeniem dla wspólnej Europy jest też osławione G2, czyli potencjalny sojusz dwóch najpotężniejszych obecnie mocarstw - USA i Chin. Umacnianie się tego dziwnego związku i odsuwanie na boczny tor innych partnerów to nic nowego. W końcu już w 1979 r. Deng Xiaoping, inicjując poniekąd globalizację, na stałe powiązał interesy Waszyngtonu i Pekinu. I tak szybko Ameryka stała się głównym odbiorcą chińskiej produkcji, a ChRL czołowym pożyczkodawcą dla USA. Proszę zwrócić uwagę, że Stany Zjednoczone, które w tej relacji powinny reprezentować demokratyczne wartości, nabierają wody w usta, kiedy idzie o prawa człowieka i sprawę Tybetu. I w ten sposób zapalają zielone światło zdegenerowanemu systemowi, toczonemu przez korupcję. Jeżeli Unia nie zacznie przeciwdziałać tej konsolidacji siły i nie stanie w obronie demokratycznych wartości, to Chiny wyjdą z kryzysu zwycięsko, i to one będą dyktować warunki demokratycznemu światu.
Moim zdaniem Unia jest dzisiaj cieniem idei, od której się zaczęła, jest po prostu politycznym wrakiem. Oprócz tego, że przy każdym szczycie, każdej naradzie szefów rządów i ministrów, gdzie wszyscy klepią się po ramieniu i szczerzą w uśmiechach, każdy tak naprawdę gra na własną rękę.
Do niedawna tandem Niemcy - Francja robił wszystko, by przejąć przewodnią rolę i kontrolować całą współpracę w ramach Unii, nadawać ton całej polityce. Ale Paryż dziś coraz bardziej ulega Berlinowi. Kilka miesięcy temu niemiecki Siemens wycofał się ze wspólnego przedsięwzięcia z Arevą, francuską firmą zajmującą się energią atomową. Zamiast tego zawarł partnerstwo z Rosatomem, rosyjskim konkurentem Arevy. Jeszcze kilka lat temu oba państwa współpracowały, kiedy kłopoty miał Airbus (Francja i Niemcy są głównymi udziałowcami tego producenta samolotów - red.).
Teraz nic takiego się nie stało, bo Niemcy woleli Rosję od Francji.
W jakiejkolwiek sprawie - czy chodzi o ropę, gaz, czy energię atomową - Unia nie jest gotowa podjąć wspólnego wyzwania. Berlin i Moskwa umacniają swój sojusz. Sympatia Niemców wobec Rosji jest tendencją utrzymującą się od dłuższego czasu, zarówno w sferze biznesowej, jak i społecznej. Ich wspólny pomysł na kryzys polega na tym, że potężne Niemcy cywilizują i modernizują potężną Rosję. To oczywiście wpycha Unię w jeszcze większe tarapaty. Jeszcze raz powtórzę: czasy Adenauera i de Gaulle’a mamy już dawno za sobą i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek wróciły.
francuski filozof polityczny, pisarz, publicysta
@RY1@i02/2009/234/i02.2009.234.000.0013.001.jpg@RY2@
Andre Glucksmann
Forum
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu