Richard Perle: Guantanamo to dowód, że Obama jest politykiem rozsądnym
ROZMOWA
Jego niekonsekwencja wydaje mi się problemem drugorzędnym. Co innego mówi kandydat, gdy zabiega o zwycięstwo, a co innego prezydent, gdy robi prawdziwą politykę i podejmuje kontrowersyjne decyzje. To oczywiste. Dlatego też przełożenie daty zamknięcia Guantanamo nie wydaje mi się dowodem słabości ani polityczną porażką. Dobrze, że Barack Obama zdaje sobie sprawę z trudności, jakie przynosi proces zamykania bazy, i nie robi nic pochopnie.
Nadal nie bardzo wiadomo, co zrobić z przetrzymywanymi w kubańskiej bazie, co do których są poważne dowody, że współpracowali z najbardziej niebezpiecznymi grupami terrorystycznymi. Przerzucenie ich do krajów sojuszniczych, o czym pan wspomniał, okazało się niewdzięcznym wyzwaniem, bo nikt ich specjalnie nie chce. Po co brać sobie na głowę taki kłopot? Z jednej strony pojawia się ryzyko dla bezpieczeństwa wewnętrznego, z drugiej - lokalny rząd może się narazić międzynarodowym organizacjom, które wszelakimi środkami walczą o prawa więźniów z Guantanamo. Poza tym okazało się, że cały proces napotyka ogromne trudności prawne. Stworzenie zakładu karnego w bazie na podstawie specjalnych przepisów - nie zapominajmy, że w obliczu wojny z terrorem trzeba było energicznie działać - było bez precedensu. Rząd USA musi teraz zabezpieczyć się przed ewentualnymi pozwami byłych pensjonariuszy.
Przede wszystkim dlatego, że jedni z najniebezpieczniejszych ludzi globu odzyskają kontakt ze światem zewnętrznym. Proszę nie zapominać, że chodzi tu m.in. o wpływowych członków Al-Kaidy. W normalnym zakładzie karnym, gdzie będą mogli się porozumiewać z innymi więźniami oraz z całym sztabem prawników, będą w stanie wrócić do działalności konspiracyjnej. Nie można pozwolić, by architekci najgorszych zbrodni Osamy bin Ladena zaczęli znowu działać.
Z pewną ostrożnością stwierdzam, że sens jest. Niewinnych trzeba wypuścić, bo tacy na pewno też tam są, a winnych trzeba osadzić i skazać, a potem pilnie odizolować od świata. Ale nie można robić tego pod presją zmęczonej wojnami w Iraku i Afganistanie opinii publicznej.
Owszem, np. w Michigan toczy się debata na temat dostosowania kilku tamtejszych zakładów karnych do specjalnych warunków, jakich wymagają niebezpieczni skazańcy.
Prezydent Obama okazał się politykiem odpowiedzialniejszym, niż się mojemu środowisku politycznemu wydawało. W sprawie bezpieczeństwa narodowego jest równie stanowczy jak Bush. Przecież nie wypuścił dotąd niepotrzebnie ani jednego terrorysty, kontynuuje też wojny w Iraku i Afganistanie. Co więcej, wiele źródeł wskazuje, że zgodnie z życzeniem generała Stanleya McChrystala wyśle pod Hindukusz dodatkowy 35-tysięczny kontyngent wojska. Dlatego też Obama tak naprawdę nie zakończył i nie planuje zakończyć przed rozsądnym czasem tzw. wojny z terroryzmem. Sam ma nadzieję, że w jego zapleczu nie zwycięży myślenie, iż wszystko da się załatwić środkami prawnymi, bo czasem otwarte działania wojenne okazują się niezbędne. A w jego administracji jest kilku ludzi, którzy mają pokusę dziecinnego zaczarowania świata.
@RY1@i02/2009/232/i02.2009.232.000.013a.001.jpg@RY2@
Zwolnieni z Guantanamo Ujgurzy osiedlili się na Bermudach
Fotolink
był zastępcą sekretarza obrony w rządzie Ronalda Reagana, doradcą George’a W. Busha. Jeden z głównych ideologów neokonserwatyzmu i architektów tzw. wojny z terroryzmem
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu