Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Kim są policjanci, którzy mają wygrać wojnę z talibami

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Listopad 2009. Lotnisko w afgańskim Bagram, głównej bazie sił NATO walczących przeciw talibom.

Wśród oczekujących na lot do prowincji Ghazni jest krępy mężczyzna z czarną, kręconą brodą. Paradujący w tradycyjnej chuście, szarych filcowych spodniach, absurdalnych okularach przeciwsłonecznych i zakrwawionej kamizelce kuloodpornej Afgańczyk - nazwijmy go Ahmed - to policjant z formacji, którą szkolą Polacy. Jest jednym z 60 tys. mężczyzn, na których liczą NATO, Obama i inni pierwszoligowi politycy, których kraje walczą pod Hindukuszem. To właśnie Ahmed ma "afganizować" wojnę. Przyjąć na bary ciężar walki z talibami. Pozwolić wycofać się zachodnim żołnierzom z honorem.

Problem w tym, że dziś Ahmed bardziej przypomina żołnierza z jakiejś rozbitej armii niż policjanta. Szkolący go żołnierze NATO nie mają złudzeń: gdy tacy jak on poczują, że sprawy idą w złym kierunku, bez mrugnięcia okiem przyłączą się do rebeliantów i opowiedzą przeciw dawnym sojusznikom.

Od 2001 r. Stany Zjednoczone przekazały 10 mld dol. na szkolenie ANP - Afghan National Police. Szacuje się, że w tym czasie wystawiono od 60 do 80 tys. policjantów. Nie wiadomo ilu dokładnie. Brakuje systemu ewidencji funkcjonariuszy. Faktyczny stan liczebny ANP może być znacznie niższy, bo wielu rekrutów zgłaszało się na szkolenia po kilka razy pod innymi nazwiskami, by za każdym razem kasować należny żołd i zniknąć bez śladu.

Przedmieścia miasta Ghazni. Właśnie tutaj znajduje się jeden z najlepiej wyposażonych komisariatów w prowincji. Nie przypomina meliny bezdomnych jak inne posterunki. Dwa jednopiętrowe betonowe budynki otoczone trzymetrowym murem z kamieni i drutem kolczastym. W środku prycze i centralny punkt bazy - telewizor. Szefem jest 40-letni Tadżyk, do niedawna nauczyciel. Jego podwładni to grupka cherlawych młodzieńców. Dlaczego wstąpili do policji, a nie jak ich koledzy zasilili szeregi rebelii? - Chciałem pomóc ludziom ze swojej wioski - deklamuje przewidywalną mantrę jeden z nich. Ma fart. Nie pracuje na prowincji. Na razie jego największym problemem była kłótnia z żołnierzami armii afgańskiej, a nie potyczki z talibami. Jego koledzy w desperacji ukradli od wojska trzy terenowe pikapy i przemalowali z koloru piaskowego na zielone barwy MSW.

Polacy narzekają na rekrutów, których mają szkolić. Nie ma żadnej selekcji, każdy chętny może założyć zielony drelich. 90 proc. to analfabeci. Zdarzają się uzależnieni od opium. Opinie wojskowych są jednoznaczne. - Są tacy, co mają talent, ale większości trzeba pokazać najprostsze rzeczy po 10 - 15 razy - mówi nam Andrzej, jeden z Polaków, którzy szkolą ANP w bazie Wulkan.

- Z piętnastu, których mieliśmy tu wczoraj, tylko jeden umiał przyjąć postawę strzelecką - dodaje w rozmowie z nami Marek, instruktor.

- Chętnie chodzą na patrole, gdy jesteśmy w pobliżu. W nocy boją się wyjść z posterunku - komentuje w rozmowie z nami Ted, żołnierz US Army. Nic dziwnego, że policjanci się boją. Albo bez żenady współpracują z rebeliantami. Większość z nich to lokalni Pasztuni. Talibowie to ich sąsiedzi. We wrześniu talibowie w biały dzień na głównym placu miasteczka Moqur obcięli głowę komendantowi posterunku, który współpracował z Polakami.

Największą plagą są dezercje. Co trzeci policjant nie wraca z przepustek. Odsetek waha się w zależności od pór roku. Najwięcej ucieka zimą. - Z 230 policjantów, których mamy przeszkolić, przyjdzie z 15. Reszta "nie może" - komentuje polski instruktor. Specyficzne poczucie dyscypliny dotyczy także ubioru. Policjanci często wyprzedają na czarnym rynku swoje wyposażenie i broń. Na posterunki wracają po cywilu, tak jakby nic się nie stało. Część policjantów nosi tradycyjne, miejscowe ubrania. Ciężko odróżnić ich od talibów.

Szkolenie, które prowadzą Polacy w bazach Warrior i Wulkan, to drugi stopień wtajemniczenia policjantów. Obejmuje ćwiczenia z taktyki, strzelania, interwencji. Pierwszy, najniższy stopień wtajemniczenia w rzemiosło to 8-tygodniowy kurs w szkole w mieście Ghazni. Prowadzą je Amerykanie. Te 8 tygodni jest zresztą umowne. Zdarzało się, że szkoły wypuszczały policjantów do służby już po 3 tygodniach szkolenia.

Masowa "produkcja" policjantów i brak jakiejkolwiek weryfikacji ochotników ułatwiają talibom infiltrację ANP. To właśnie donos jednego z policjantów z posterunku w Adżyrystanie pomógł talibom zorganizować zasadzkę, w której latem zginął kpt. Ambroziński. Właśnie dlatego afgańskiej policji nie znoszą polscy żołnierze.

- Jak widzę, że stoją we trzech z karabinami, to zawsze trzymam palec na spuście. Jest regułą, że gdy nagle zbierają się przy schronach, to zaraz będziemy mieli ostrzał bazy - opowiada jeden z żołnierzy.

Pytam polskich instruktorów, czy nie boją się, że wśród normalnych rekrutów szkolą także przyszłego przeciwnika. - Mamy ich na oku. Uczymy tylko podstawowych rzeczy. Nie wiemy, czy nie ma wśród nich szpiegów - mówi Andrzej. Wątpliwości co do lojalności ANP mają też oficerowie ze sztabu w Ghazni. - Na zewnątrz okazujemy im zaufanie. To jednak tylko pozory - mówi jeden z nich.

Tu koło się zamyka. Politycy i biurokraci z kwatery głównej NATO potrzebują policji i armii, by zafganizować wojnę. Wszystko dobrze wygląda w teorii. Słupki rosną, funkcjonariuszy przybywa. Wystarczy jednak kilka kursów na posterunki, by mieć pewność, że i na tym froncie o sukcesie NATO nie może być mowy.

@RY1@i02/2009/225/i02.2009.225.000.009a.001.jpg@RY2@

Patrol funkcjonariuszy Narodowej Afgańskiej Policji

AFP

korespondencja z Ghazni

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.