Niemcy nie będą już liderem integracji
Berlina nie stać na forsowanie ambitnych projektów europejskich. Nowy rząd skupi się na rozwiązywaniu własnych problemów gospodarczych
W Europie bez zmian - zapewniają wysoko postawieni berlińscy dyplomaci pytani, jakiej Unii chcą Angelą Merkel i Guido Westerwelle. Właśnie dlatego błędem byłoby sądzić, że w nowej politycznej konfiguracji Niemcy wrócą do roli unijnego Świętego Mikołaja rozdającego euro. Zwyczajnie ich już na to nie stać. Niemiecki motor napędowy stracił część swojej dawnej mocy.
Główny rozgrywający niemieckiej dyplomacji jest doskonale znany. Po czterech latach rządów Angeli Merkel z grubsza wiadomo, czego spodziewać się po 55-letniej polityk ze wschodnioniemieckiego miasteczka Templin. Jej polityka zagraniczna sprowadzała się w tym czasie do prostej zasady: jak najmniej szumu wokół Niemiec. Merkel i jej doradcy świetnie zrozumieli, jakie szkody poczyniło otwarte zgłaszanie w czasie siedmioletnich rządów kanclerza Gerharda Schroedera (1998 - 2005) aspiracji do odgrywania przez Niemcy roli globalnego mocarstwa. Jego podróże saniami w towarzystwie Putina, rozgrywanie Chin przeciw Ameryce, dążenia do stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ czy zapowiedź twardej obrony niemieckich interesów na forum unijnym - nie znalazły uznania w europejskich stolicach. Taka polityka po prostu nastraszyła niemieckich sąsiadów i sojuszników. Merkel stawia na skromność. Szybko odkryła, że zmiana opakowania działa. Berlin może robić nadal dobre interesy z Rosją (kwitną wspólne przedsięwzięcia gazowe), przeciwstawić się Ameryce (weto wobec przyjęcia Ukrainy i Gruzji do NATO) czy bronić niemieckich interesów na forum UE (wątpliwy z punktu widzenia unijnych zasad konkurencji ratunek dla Opla). A przy tym nie irytować już jak Schroeder. Merkel wyciągnęła więc jedyny słuszny wniosek: skoro taka dyplomacja działa, nie trzeba eksperymentować.
Pewną niewiadomą jest za to nowy 47-letni szef niemieckiego MSZ Guido Westerwelle. W rozmowie z nami dwa lata temu nie sprawiał wrażenia człowieka, który dobrze orientuje się w sprawach międzynarodowych. Jego informacje o Polsce były skąpe i z drugiej ręki. Jego hasła powierzchowne i często sprzeczne. Możliwe, że to tylko wrażenie, a sam Westerwelle się dokształcał. Oby. Zwłaszcza że są sygnały, które pozwalają wierzyć, że na stanowisku szefa dyplomacji się sprawdzi. Po pierwsze szef FDP nie ukrywa, że chce kontynuować linię i zasięgać rady swojego partyjnego mentora Hansa-Dietricha Genschera, który przez 18 lat kierował niemiecką dyplomacją. Po drugie Westerwelle jest radykalnie proeuropejski. Po trzecie jego liberalny program może być bardzo korzystny dla takich krajów jak Polska, w której interesie leży na przykład dokończenie liberalizacji wspólnego rynku czy przestrzegania zasad unijnej konkurencji.
Problem z przyszłą polityką europejską Berlina tak naprawdę tkwi jednak nie w osobach ani programach, ale w ograniczeniach, jakim muszą sprostać nowa/stara kanclerz i jej zastępca. Oboje chcieliby zapewne dysponować takimi zasobami jak w złotych czasach reńskiego kapitalizmu Helmut Kohl i Hans Dietrich Genscher: zrównoważonym budżetem, trwałym wzrostem gospodarczym i zadowolonym społeczeństwem. Wiadomo jednak, że dzisiejsze Niemcy to kraj tkwiący w głębokim kryzysie, który zaczął się na długo przed upadkiem banku Lehman Brothers. Ten kryzys jest efektem niezwykle kosztownego zjednoczenia, za które Niemcy płacą do dziś, oraz wyczerpania się modelu społecznej gospodarki rynkowej. Dlatego od ponad dekady Niemcy próbują odchudzić swoje państwo socjalne, obniżyć koszty pracy, wrócić na ścieżkę kilkuprocentowego wzrostu PKB i odwrócić niekorzystne tendencje demograficzne.
Ta gospodarcza mizeria wytycza ramy, w których poruszać się będą w Europie Merkel i Westerwelle. Weźmy choćby kwestię energetyczną. Niemcom będzie potrzeba coraz więcej energii. Konsumenci chcą, by była ona tania. Tę energię najlepiej kupować od Rosji. Jeśli uda się szybko zbudować wspólną unijną politykę energetyczną, Niemcy będą jej największym admiratorem. Jeśli jednak sprawa będzie się przeciągała, presja na bilateralne umowy z Rosją wzrośnie. Inny przykład to traktat lizboński. Niemcy byli jego głównym architektem. W praktyce jednak Berlin jako jeden z ostatnich krajów ratyfikował dokument. Wszystko przez wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który nakazał, by Bundestag miał więcej do powiedzenia w sprawach europejskich. Niemieccy politycy słusznie potraktowali to jako ostrzeżenie ze strony coraz wyraźniej zmęczonego integracją społeczeństwa, które pyta: czy nie czas odpocząć od jej pogłębiania? Będzie to największe pytanie nadchodzącej kadencji.
@RY1@i02/2009/190/i02.2009.190.000.002a.101.jpg@RY2@
Nowy rząd nie będzie chciał pełnić już roli głównego sponsora unijnej integracji
AFP
Rafał Woś
rafal.wos@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu