Siły NATO tak liczne jak armia sowiecka
Głównodowodzący operacji NATO w Afganistanie gen. Stanley McChrystal w raporcie dla prezydenta USA domaga się radykalnego zwiększenia liczby żołnierzy USA walczących pod Hindukuszem.
Jeśli Barack Obama spełni jego żądania, niebawem Amerykanie będą mieli tam więcej wojsk niż Sowieci w szczytowym okresie wojny z mudżahedinami. Analitycy są jednak zdania, że - podobnie jak w latach 80. - dosyłanie kolejnych jednostek nie będzie miało wpływu na wynik wojny. Najwięksi sceptycy ostrzegają, że liczniejszy kontyngent wręcz pogorszy sytuację. Ich argumenty są jasne: od momentu gdy Zachód zaczął zwiększać liczbę żołnierzy, poziom przemocy w Afganistanie zamiast spadać, nasila się.
"Bez dodatkowego wsparcia nie uda nam się odeprzeć rebelianckiej ofensywy. W tej sytuacji stłumienie powstania talibów nie będzie w ogóle możliwe"- napisał McChrystal w raporcie, do którego dotarł "Washington Post". Generał naszkicował też portret rebeliantów, których nazwał "muskularnym, lecz bardzo wyrafinowanym wrogiem, posługującym się najnowocześniejszą propagandą". Według amerykańskiego dowódcy wywodzą się oni z afgańskich zakładów karnych, gdzie uwięzieni talibowie masowo werbują zwykłych kryminalistów.
McChrystal nie oszczędza także swoich kolegów z dowództwa misji ISAF. "Oficerowie nie rozumieją lokalnej mentalności, nie wiedzą, jak skomplikowana jest tutejsza sytuacja społeczna, ekonomiczna i polityczna" - napisał, sugerując przy okazji, że żołnierzy wszystkich szczebli trzeba by przynajmniej pilnie przeszkolić w językach miejscowej ludności. Konkluzja McChrystala jest czytelna: szansą na wygranie ciągnącej się od ośmiu lat wojny jest zwiększenie amerykańskiego kontyngentu - na razie o co najmniej 10 tys. osób.
Problem jednak w tym, że od końca maja Waszyngton wysłał do Afganistanu ponad 30 tys. żołnierzy, dzięki czemu liczebność tamtejszego kontyngentu wzrosła niemal dwukrotnie. W sumie przed końcem roku pod Hindukuszem stacjonować będzie 68 tys. Amerykanów. Do tego dochodzi ok. 30 tys. wojsk pozostałych członków koalicji. Jeżeli doliczyć do tego 10 tys., o które prosi McChrystal, to w sumie pod sztandarami ISAF znajdzie się tylu żołnierzy, ilu w 1985 r., czyli w czasie apogeum afgańsko-sowieckiej wojny, miał tam ZSRR.
- Żeby stawić opór talibskiej fali, musimy tam wysłać kolejne tysiące żołnierzy - mówił niedawno senator John McCain, rywal Obamy z wyborów prezydenckich. Ale już wiceprezydent Joe Biden i doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa gen. Jim Jones są temu przeciwni. - Musimy ustalić konkretne cele operacji. Jeżeli nie będziemy wiedzieć, czy chodzi nam po prostu o odparcie zagrożenia ze strony talibów, czy o ułożenie na nowo tak skomplikowanego tworu politycznego jak Afganistan, to wysyłanie w ciemno kolejnych oddziałów nie ma sensu - powiedział w rozmowie z "Washington Post" Jones.
Generał Jones pośrednio zasugerował również, że NATO-wska misja może ugrzęznąć pod Hindukuszem niczym Armia Czerwona. Również brytyjski dziennik "The Times", porównując ostatnio raporty generałów sowieckich sprzed ćwierćwiecza z aktualnymi, znalazł identycznie brzmiące konkluzje: wojna mimo zwiększania sił i środków nie przynosi zakładanych rezultatów.
Szef centralnego dowództwa armii USA gen. David Petraeus, który niegdyś uporządkował sytuację w Iraku, policzył, że aby utrzymać bezpieczeństwo w Afganistanie, potrzeba 1,3 mln żołnierzy - i to na co najmniej 10 lat. Nawet jeśliby wyszkolić w sumie 400 tys. żołnierzy i policjantów, to NATO z USA na czele nigdy nie wystawi 900-tysięcznego kontyngentu. - Żaden przywódca państwa zachodniego, a szczególnie prezydent USA, nie pozwoliłby sobie na taki koszt. Po prostu nie przekonałby ludzi, że tak bezprecedensowe wyzwanie militarno-finansowe zasadniczo poprawi bezpieczeństwo świata - mówi nam Gareth Price, analityk z Chatham House.
- Gdyby chodziło tylko o poskromienie Al-Kaidy, cele w Afganistanie można by osiągnąć znacznie mniejszym wysiłkiem. Oddziały specjalne, taktyczne lotnictwo i profesjonalny wywiad wystarczą, by wyeliminować terrorystów dzięki precyzyjnym akcjom CIA - mówi nam Jim Phillips z waszyngtońskiej Heritage Foundation. Według niego, jeżeli jednak celem koalicji jest stworzenie w Afganistanie nowoczesnego, bezpiecznego państwa z silnym rządem centralnym, wówczas trzeba by zainwestować w wojnę tyle, ile wyliczył gen. Petraeus. A na to ani Barack Obama, ani jakikolwiek inny polityk na jego miejscu nigdy się nie zgodzi.
@RY1@i02/2009/185/i02.2009.185.000.012a.101.jpg@RY2@
AP
Wschodnioafgańska Paktika należy do najniebezpieczniejszych prowincji w kraju. Na zdjęciu start śmigłowca Chinook
takimi siłami dysponują w Afganistanie siły koalicji. Jeśli Biały Dom spełni prośbę gen. McChrystala, pod Hindukuszem będzie tylu obcych żołnierzy, iloma w 1985 roku dysponowała tam armia sowiecka
radoslaw.korzycki@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu