Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Jeszcze zapłacimy za brak amerykański ego wsparcia

27 czerwca 2018

Nie ulega wątpliwości, że 17 września 2009 r. zakończyła się pewna era w stosunkach Stanów Zjednoczonych z Europą Środkowo-Wschodnią. Konsekwencje tego wydarzenia trudno ocenić, ale zastanowienie się nad jego przyczynami jest niezbędne.

Nie ma przy tym sensu rozwodzić się nad winami partnera, gdyż nie odmienimy rzeczywistości Waszyngtonu. Korzyścią z kryzysu może być za to uczciwe spojrzenie w lustro.

Na początku 2007 r. USA zwróciły się do Polski z prośbą o udostępnienie naszego terytorium na instalację mającą istotne znaczenie dla bezpieczeństwa Ameryki. W tej sytuacji spolegliwy partner podjąłby szybkie rozmowy dotyczące szczegółów takiego przedsięwzięcia - wiedząc, że na wzajemność przyjdzie czas. My natomiast zachłysnęliśmy się swą nieoczekiwaną mocą i staraliśmy się na niej zarobić, niczym handlarz sprzedający podróżnym wodę na pustyni po paskarskich cenach, gdyż nie spodziewa się, że ponownie ujrzy swego klienta.

Emocje zamiast logiki

Co więcej, w czasie gdy polski rząd prowadził formalne rozmowy z Amerykanami, wysoki przedstawiciel MON po wielekroć postulował publicznie, by odrzucić amerykańską prośbę. Gdy zaś premier ostatecznie podpisał umowę z USA, to nawet nie skierował jej do Sejmu, co przynajmniej rozpoczęłoby procedurę ratyfikacyjną. Było to postępowanie bez precedensu w stosunkach między zaprzyjaźnionymi państwami, wskazujące na lekceważenie i drugiej strony umowy, i własnego podpisu.

Stany Zjednoczone zakończyły natomiast swoje procedury w tym zakresie (jest zdumiewające, że polski szef MSZ zaprzecza temu). Gdybyśmy i my to uczynili, Obama nie mógłby zrezygnować z tarczy krótkim przemówieniem. Musiałby formalnie wypowiedzieć umowę według określonej w niej procedury. Ale polscy politycy chcieli się swego czasu przypodobać kandydatowi Obamie. Zbyt często nasza polityka zagraniczna kieruje się względami emocjonalnymi, a nie racjonalnymi. Za priorytet stawiamy sobie, by nas chwalono i lubiano. W rezultacie nie realizujemy naszych rzeczywistych interesów.

Prorosyjskie lobby

Co zaś mógł z naszego postępowania wywnioskować amerykański analityk? To oczywiste: Polska nie chce tarczy, wykonuje wprawdzie pozorowane ruchy pozytywne, ale z porzucenia pomysłu będzie w gruncie rzeczy zadowolona. Byłoby dziwne, gdyby do takich samych wniosków nie doszli analitycy w Moskwie, która szybko dostrzegła swoją szansę w rysującym się konflikcie amerykańsko-polskim. Gdybyśmy sami nie stworzyli dogodnej szczeliny, Rosja nie ryzykowałaby utraty twarzy w walce o przegraną sprawę. Widząc jednak rozwój sytuacji w Polsce, słusznie oceniła, że ma do zyskania znacznie więcej niż samo odejście od tarczy: stworzenie wrażenia, iż to ona rozdaje karty w Europie Środkowo-Wschodniej.

Jej dążenia ściśle współgrały z wysiłkami polskiego lobby prorosyjskiego, czyli osób przekonanych, że w interesie Polski leżą jak najlepsze relacje z Moskwą nawet za cenę złych relacji z Waszyngtonem, a nie odwrotnie. Można w pewien sposób podziwiać ludzi opierających swe koncepcje polityczne na założeniu dobrych intencji Rosji, gdyż biorą na siebie wielką odpowiedzialność. Nigdy jeszcze w historii Polski taki gambit nie był skuteczny, a nazwisk jego wyznawców nie otacza cześć.

Krótka polska pamięć

Częścią tych zabiegów było też konsekwentne zniekształcanie bilansu relacji polsko-amerykańskich. Wielokrotnie przywoływano udział polskich żołnierzy w Iraku i Afganistanie, z czego miałby wynikać dług Ameryki wobec Polski. Ale nie wypada mieć aż tak krótkiej pamięci. Nie wypada zapominać, że tylko dramatyczna interwencja prezydenta Cartera i Zbigniewa Brzezińskiego zapobiegła sowieckiej inwazji w grudniu 1980 r.; że gdyby nie amerykańskie fundusze, Leszek Balcerowicz nie ustabilizowałby złotego i nie zapobiegłby katastrofie gospodarczej Polski; że tylko naciskowi Stanów Zjednoczonych zawdzięczamy, iż mimo oporu czołowych państw europejskich staliśmy się członkiem NATO. To, co zawdzięczamy Ameryce, ma bez porównania większe znaczenie dla współczesnej Polski, niż nasz ograniczony kontyngent wojskowy ma dla Stanów Zjednoczonych.

Kilka miesięcy temu, gdy los tarczy był już poważnie zasądzony, czołowi senatorowie amerykańscy, zaniepokojeni możliwym wydźwiękiem negatywnej decyzji amerykańskiej, bardzo wyraźnie sugerowali w Warszawie, że poprą nasze starania o inną formę stałej obecności militarnej USA w Polsce. Takich starań nikt jednak nie zainicjował. Całą energię poświęcono natomiast na możliwość sprowadzania od czasu do czasu do Polski jednej baterii rakiet Patriot, przydatnej głównie do sesji zdjęciowej typu "minister wita" choć zapewne już nie"minister żegna".

Nic też nie uczyniono, by na znaną przecież od dawna decyzję amerykańską przygotować polską opinię publiczną. W efekcie najbardziej masowa polska gazeta oznajmia największymi, jakie ma, czcionkami "zdradę" Polski przez Amerykę. Pytanie: kto korzysta na utrwalaniu takiego właśnie obrazu Stanów Zjednoczonych w świadomości milionów Polaków? Wiele uwagi poświęcono też ogłoszeniu amerykańskiej decyzji akurat 17 września czego symbolikę uświadomił Amerykanom ponoć dopiero minister Sikorski. Szkoda więc, że minister w zeszłym roku nie doradził polskiemu premierowi, by ten nie ogłaszał negatywnego stanowiska Polski w sprawie tarczy akurat w amerykański Dzień Niepodległości. Okazuje się, że i przypadki miewają długą pamięć.

Zawiedliśmy sojusznika

To Amerykanie, a nie nasz rząd, postarali się o stworzenie pozorów honorowego wyjścia z sytuacji. Pomysł z rozmieszczeniem w Polsce rakiet SM3 nie ma wprawdzie żadnych widoków na realizację, ale i tak polscy politycy natychmiast z niego skorzystali, zapowiadając nawet wykorzystanie w tym celu Redzikowa. Równie dobrze mogliby jednak zaplanować umieszczenie silosów na placu Defilad w Warszawie, gdyż one i tak nigdy nie powstaną. Amerykański sekretarz obrony Gates stwierdził jednoznacznie, że warunkiem wstępnym jest ratyfikowanie przez Polskę dwustronnej umowy z sierpnia 2008 r., na co nie ma już teraz żadnych szans.

Polityka zagraniczna jest ze swej natury egoistyczna. Dla zdają się warte ceny, jaką będzie niemożność realizowania w przyszłości podobnych projektów dwustronnych; dla Moskwy niedopuszczenie do stacjonowania oddziałów amerykańskich w Polsce jest potwierdzeniem możliwości przywrócenia w przyszłości swej dominacji na obszarze sięgającym po granice z Niemcami. Dla Polski wartością najwyższą musi być upewnienie się, że w sytuacji kryzysu, którego dzisiaj nie sposób przewidzieć, ale też nie można go wykluczyć, będziemy mogli liczyć na skuteczne wsparcie.

A pamiętajmy, że zgodnie z art. 5 traktatu waszyngtońskiego o takim wsparciu nie decyduje twór zwany NATO - to każde państwo z osobna decyduje, czy przyjść sojusznikowi z pomocą. Najlepiej przygotowane do jej udzielenia są zaś i długo jeszcze będą Stany Zjednoczone - państwo, któremu sami dopiero co odmówiliśmy wsparcia i z którym poważnie pogorszyliśmy sobie stosunki.

@RY1@i02/2009/184/i02.2009.184.000.016b.101.jpg@RY2@

Marcin Łobaczewski

Zbigniew Lewicki politolog, profesor w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Warszawskiego i Instytucie Stosunków Międzynarodowych UKSW

Zbigniew Lewicki

politolog, profesor w Instytucie Badań Interdyscyplinarnych Uniwersytetu Warszawskiego i Instytucie Stosunków Międzynarodowych UKSW

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.