Francja i Niemcy chcą kontrolować Komisję
Przepychanki wokół wyborów przewodniczącego Komisji Europejskiej pokazały, że motor europejskiej integracji zaciął się. Francja i Niemcy z głównych akolitów UE zamieniły się w jej hamulcowych. To okazja, by mniejsze kraje, w tym Polska, przejęły od nich pałeczkę czołowych Europejczyków.
Dziś można zapytać: czy jest jeszcze coś, co Berlin i Paryż mogłyby zrobić wbrew unijnym zasadom? Wspomagają własne gospodarki, łamiąc kryteria budżetowe z Maastricht czy reguły uczciwej konkurencji. Deprecjonują też unijne instytucje. Aby w UE uprawiać politykę narodową, a tak właśnie czynią, trzeba osłabić Brukselę. Jeśli nie da się formalnie, używają sposobów nieformalnych. Jednym z nich było trzymanie w niepewności Jose Manuela Barroso. To nie Parlament Europejski, ale główne państwa UE decydują tak naprawdę o tym, kto zostanie przewodniczącym. Naciski Francuzów i Niemców wcale jednak nie miały na celu utrącenie Barroso, lecz osłabienie go. Cel, jak się wydaje, został osiągnięty.
W takiej sytuacji w interesie Polski leży obrona silnej Brukseli. Za czasów Barroso Komisja Europejska nieraz stawała przeciw aspiracjom wielkich, ujmując się za mniejszymi. W UE tylko wspólne instytucje albo koalicje państw mogą pełnić rolę takiego hamulca. Wielostronne porozumienia trudno osiągnąć i utrzymać, instytucje są zaś dobrem trwałym. Powinniśmy ich bronić. Silny Barroso to silniejsza Polska w Unii. Słaby Barroso to rządy tandemu francusko-niemieckiego, tym razem wykorzystującego UE do swoich celów, a nie budowy dobra wspólnego.
@RY1@i02/2009/181/i02.2009.181.000.002b.101.jpg@RY2@
Andrzej Talaga
Andrzej Talaga
andrzej.talaga@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu