Francja i Niemcy walczą o słabego Barroso w czasie drugiej kadencji
Dziś w południe Parlament Europejski zadecyduje, czy Jose Manuel Barroso pozostanie szefem Komisji Europejskiej na drugą kadencję. Portugalczyk zapewne uzyska wystarczające poparcie, zwłaszcza że socjalistom i Zielonym nie udało się przełożyć terminu głosowania. Problem jednak w tym, że nawet jeśli Barroso wygra, będzie pierwszy szefem Komisji, którego zarówno unijnym deputowanym, jak i przywódcom największych państw udało się usta wić przed objęciem funkcji.
Celowali w tym Fr ancuzi i Niemcy, czyli filary integracji. Nie przypadkiem kilka dni temu gotowość zastąpienia Barroso zgłosił premier Francji Francois Fillon. Berlin i Paryż już w zeszłym roku dawali do zrozumienia, że najważniejsze decyzje ma ją zamiar podejmować sami, nie oglądając się na biurokrację UE. Zdaniem ekspertów celowo przedłużają oni wątpliwości wokół Barroso, by zmusić go do jeszcze większej uległości (choć i tak już podczas pierwszej kadencji został uznany za słabego przewodniczącego, który kryje się za ważnymi politykami). Dlaczego Berlinowi i Paryżowi potrzebny jest słaby szef Komisji? Choćby po to, by spokojnie wprowadzać w życie protekcjonistyczne rozwiązania, które stoją w sprzeczności z unijnymi zasadami konkurencji. W czasach kryzysu zarówno dla Merkel, jak i Sarkozy’ego kluczowa jest obrona Opla czy Renault. Dbanie o pozory wiary w federalizm i Komisję schodzą na dalszy plan.
Bartłomiej Niedziński
bartlomiej.niedzinski@dziennik.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu