Chiny wystawią słony rachunek
PEKIN URATUJE STREFĘ EURO. W zamian Bruksela będzie jednak musiała zrezygnować ze wspierania Tybetu, przymknie oko na łamanie praw człowieka i zezwoli na ekspansję chińskich firm w Afryce - mówi Yiyi Lu
Chińczycy obawiają się, że strefa euro rzeczywiście się rozpadnie. To zaś spowodowałoby ogromne straty dla samych Chin, choćby dlatego że Europa jest obok Stanów Zjednoczonych najważniejszym rynkiem zbytu dla ich towarów. Ale Pekin wietrzy też tu dobry biznes. Liczy, że Portugalia czy Grecja dość szybko przezwyciężą kryzys. A wówczas ich obligacje o wysokiej rentowności okażą się całkiem dobrą inwestycją. Pamiętajmy, że Pekin ma dziś bardzo duże wolne rezerwy walutowe, które musi jakoś zagospodarować.
Europa nie ma wyboru: poza Chinami nikt nie ma dziś wystarczających środków, aby uratować słabsze kraje strefy euro przed bankructwem. Ale nie można też mówić o jednostronnej zależności USA od Chin, w którą teraz miałaby wpaść Europa. To raczej wzajemna współzależność, która także dla Chińczyków nie jest zawsze korzystna. Aby utrzymać niski kurs juana i eksport do USA, Chiny muszą na dużą skalę kupować amerykańskie obligacje. W ten sposób narażają się na ogromne straty: gdy Rezerwa Federalna puszcza w obieg puste dolary, aktywa zakupione przez Chiny tracą na wartości. Dlatego decydując się na zakup na dużą skalę obligacji krajów strefy euro, Pekin chce się choć do pewnego stopnia uniezależnić od Stanów Zjednoczonych.
Jest to nieuniknione. W zamian za uratowanie krajów strefy euro Chiny będą zresztą chciały znacznie więcej niż zniesienie embarga na eksport broni. Pekin oczekuje zaprzestania przez europejskich polityków wsparcia dla autonomicznych dążeń Tybetu. Nie będzie też tolerował sponsorowanych przez Zachód kampanii na rzecz obrony praw człowieka w Chinach w obawie, że może to prowadzić do zniesienia monopolu partii komunistycznej na władzę. Kolejny punkt to Afryka: Chińczycy oczekują, że kraje europejskie nie będą utrudniały ekspansji ich firm w tamtym regionie świata. I wreszcie Pekin będzie starał się rozgrywać różnice między Unią i Stanami Zjednoczonymi, tak aby Europejczycy nie przyłączyli się do nacisków Amerykanów na rzecz umocnienia juana.
To nie będzie natychmiastowa zmiana stanowisk, ale pewien proces. Pekin nie stawia tych żądań na ostrzu noża, bo sam też jest zależny od dobrej woli Brukseli. Gdyby Unia zaczęła chronić swój rynek przed importem z Chin albo podjęła kroki na rzecz osłabienia euro, to straty dla Chińczyków byłyby bardzo duże. Mimo wszystko daje się już zauważyć pewną zmianę postawy wobec Chin: nikt już poważnie nie protestuje przed przejęciem przez chiński kapitał strategicznych gałęzi przemysłu w takich krajach jak Grecja.
Komuniści obawiają się, że ich pozycja byłaby zagrożona, gdyby wzrost gospodarczy w Chinach znacząco osłabł. A tak by się stało, gdyby eksport wyraźnie osłabł. W krótkim czasie nie da się zwiększyć popytu wewnętrznego na tyle, aby ujście znalazły ogromne moce produkcyjne zakładów nastawionych dziś na sprzedaż za granicę. W ten sam sposób nie da się też zlikwidować nadwyżki siły roboczej w Chinach.
@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.000.0007.001.jpg@RY2@
Fot. Paweł Supernak/PAP
Yiyi Lu, specjalistka od Chin w Królewskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (Chatham House) w Londynie
Rozmawiał Jędrzej Bielecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu