Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Niemcy bali się utworzenia rządu gospodarczego

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Wychodzą błędy z przeszłości. Gdy na początku lat 90. powstawał projekt unii walutowej, Jacques Delors (ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej - red.) i prezydent Francji Francois Mitterrand ostrzegali, że samo utworzenie Europejskiego Banku Centralnego nie wystarczy. Podkreślali, że konieczne jest także powołanie europejskiego rządu gospodarczego, który dbałby o spójny rozwój krajów członkowskich i nadzorował ich finanse. Tych postulatów nie udało się jednak przeforsować. To był pierwszy błąd. Ale zrobiono też drugi. Odpowiedzialność za egzekwowanie paktu stabilności i rozwoju (nakłada limity deficytu budżetowego - red.) powinna zostać powierzona Komisji Europejskiej, ale przyznano ją Radzie UE, czyli samym ministrom finansów krajów Unii. A wiadomo, nie zrobią sobie oni nawzajem przykrości. Już w pierwszych latach istnienia unii walutowej Francja i Niemcy, które przekroczyły maksymalną dozwoloną wielkość deficytu budżetowego, nie zostały ukarane. Osiągnięto tzw. kompromis polityczny. To stworzyło fatalny precedens.

Dla Niemców, architektów powołania unii walutowej, priorytetem była niezależność EBC. Miał stać się takim super-Bundesbankiem, gwarantem, że w Unii nie wybuchnie hiperinflacja, która w Republice Weimarskiej lat 30. otworzyła Hitlerowi drogę do władzy. Niemcy obawiali się, że europejski rząd gospodarczy podważy niezależność EBC. Nigdy nie rozumiałem tego argumentu, przecież Republika Federalna też miała rząd, a mimo to Bundesbank pozostał niezależny.

Problem rozbieżności, w jakim kierunku powinna posuwać się integracja, pojawił się 30 lat wcześniej, wraz z akcesją do Unii Wielkiej Brytanii. To od tej pory mamy stałe napięcie między tymi, którzy chcą zintegrowanej Wspólnoty politycznej, a tymi, którzy woleliby ograniczyć współpracę w Unii do luźnej strefy gospodarczej. Obecny kryzys zablokuje dalsze poszerzanie Unii. Dziś widać, jak ogromne koszty pociąga plan ratowania nawet niewielkich gospodarek takich jak Grecja. A co by się stało, gdyby do Unii należała Turcja lub Ukraina i gdyby groziło im bankructwo? Niemcy chyba woleliby o tym nawet nie myśleć.

Owszem, Valery Giscard dEstaing proponował nadanie dodatkowych kompetencji Komisji Europejskiej. Ale ten pomysł nie spotkał się z żadnym odzewem. To był okres dobrej koniunktury gospodarczej, a najważniejszym wyzwaniem stało się poszerzenie na Wschód. Nikt nie chciał brać na głowę dodatkowych problemów. Ale w konstytucji ponieśliśmy jeszcze jedną porażkę, za którą dziś płacimy. Nie udało nam się przekonać europejskich przywódców do wprowadzenia niezależnego systemu finansowania Unii, czyli ustanowienia europejskiego podatku. Nadal więc budżet UE zależy od ustalanych co kilka lat składek krajów członkowskich. I teraz, kiedy każdy rząd chce ciąć podatki, pojawia się groźna sytuacja: wymagania wobec Unii rosną, a będzie ona miała coraz mniej środków. Gdyby zjednoczona Europa miała duży budżet, euro miałoby mocniejszą pozycję.

Zamiast o rządzie europejskim wolałbym mówić o wspólnym systemie zarządzania europejskiego. Po prostu ministrowie krajów UE będą wspólnie uzgadniali o wiele więcej decyzji gospodarczych niż do tej pory. Wszystkie kraje unii walutowej zdały sobie sprawę, że muszą wzajemnie kontrolować swoje budżety, bo koszty ewentualnych błędów ponoszą wszyscy.

Nie możemy iść tą drogą. To oznaczałoby niekończące się dyskusje, bo przecież trudno wyobrażać sobie, że zmiany byłyby ograniczone tylko do tych punktów, które podnoszą Niemcy. A my musimy działać szybko, już teraz. W ramach obecnych traktatów można wprowadzić wiele zmian.

Klęska strategii lizbońskiej pokazała, że same naciski, wzajemna ocena programów gospodarczych przez państwa UE nie wystarczy. Politycy działają tylko wtedy, jeśli stoi przed nimi poważna groźba sankcji.

Unia zawsze się tak rozwijała. Grupa krajów, którym najbardziej zależało na integracji, podejmowała między sobą bliską współpracę, a potem dołączali inni. Tak było chociażby ze strefą Schengen. Dziś bez paszportu można jeździć po całej Europie.

Tego się nie obawiam. Co prawda deklaracje Camerona są twarde, ale pamiętajmy, że większość handlu zagranicznego Wielka Brytania prowadzi z krajami strefy euro. Brytyjczykom w takim samym stopniu zależy więc na stabilności euro jak nam.

Dziś już nikt nie będzie zmieniał tych, którym powierzono odpowiedzialność za kierowanie unijnymi instytucjami - dokończą 5-letnią kadencję. Ale też nie można przesadzać. Traktat lizboński wszedł w życie parę miesięcy temu. A potrzeba lat, aby ocenić, czy nadzieje z nim związane rzeczywiście się spełnią.

@RY1@i02/2010/103/i02.2010.103.000.0016.001.jpg@RY2@

Fot. Reuters/Forum

Jean-Luc Dehaene

, wiceprzewodniczący konwentu opracowującego projekt europejskiej konstytucji, wieloletni premier Belgii

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.