Londyn traci wiarę w sojusz z Ameryką
Wielka Brytania powinna być mniej uległa wobec Stanów Zjednoczonych i nauczyć się mówić Waszyngtonowi "nie".
Trwające niemal 60 lat specjalne stosunki między Londynem a USA przechodzą do lamusa. Taka jest wymowa opublikowanego w niedzielę raportu komisji spraw zagranicznych brytyjskiego parlamentu.
Deputowani zapewniają co prawda, że relacje transatlantyckie są wartościowe, jednak wielu komentatorów po obu stronach oceanu nie ma złudzeń: jeden z najważniejszych sojuszy ostatniego półwiecza zaczyna pękać.
"Termin »specjalne stosunki« w historycznym sensie (...) jest potencjalnie mylący i rekomendujemy unikanie jego stosowania" - napisali deputowani w liczącym 244 strony dokumencie. "Nadużywanie go przez polityków powoduje wzrost nierealistycznych oczekiwań co do korzyści, które te stosunki mogą przynieść Zjednoczonemu Królestwu. (...) Powinniśmy się kierować narodowym interesem" - dodają. Inicjatorem powstania dokumentu jest poseł Partii Pracy Mike Gapes, jeden z najbardziej proeuropejskich polityków na Wyspach.
Argumentacja posłów jest prosta: specjalne relacje były dla Londynu korzystne, do momentu gdy Zjednoczone Królestwo było jednym z najważniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Wraz z topnieniem militarnej i ekonomicznej potęgi Wielkiej Brytanii zamieniły się one w balast zmuszający Londyn do brania na barki niewygodnych i kosztownych zobowiązań. Choćby takich jak wojny w Iraku i Afganistanie. Gdyby nie specjalne stosunki, skala zaangażowania nad Tygrysem i Eufratem oraz pod Hindukuszem nie musiałaby być tak znacząca jak obecnie.
- Kluczowe jest, byśmy współpracowali z USA, gdy dyktuje nam to nasz interes. (...) Chociaż niekoniecznie przy każdej okazji - komentował przed parlamentarzystami z komisji spraw zagranicznych były brytyjski ambasador w Waszyngtonie David Manning.
Tych okazji, w których interesy Londynu i Waszyngtonu się rozchodziły jest z roku na rok coraz więcej. Do spięcia między strategicznymi sojusznikami doszło na przykład przy okazji wypuszczenia w ubiegłym roku z brytyjskiego więzienia Abdelbaseta Alego Al-Megrahiego, który odsiadywał wyrok za zamach na amerykański samolot PanAm nad Lockerbie. W zamian za to Waszyngton odwzajemnił się brakiem poparcia dla brytyjskiego stanowiska w niedawnym sporze Londynu z Argentyną o wydobycie ropy u wybrzeży spornych Falklandów.
O bliskim końcu specjalnych stosunków między Londynem a Waszyngtonem już w 2006 roku pisał renomowany magazyn Foreign Affairs. Zdaniem brytyjskiego profesora Lawrence’a Freedmana - autora artykułu w FA - decyzje byłego premiera Tony’ego Blaira o bezwarunkowym poparciu operacji w Afganistanie i Iraku stały się paradoksalnie jedynie potwierdzeniem tej tezy. Według niego Blairowi nawet w minimalnym stopniu nie udało się zdyskontować korzyści z zaangażowania w wojny, a Londyn miał niewielki wpływ na ich planowanie.
Gorzką lekcją była również ocena przez amerykańskich generałów zdolności bojowych Brytyjczyków w Afganistanie. Mimo ponoszonych strat w ogarniętej rebelią prowincji Kandahar wojskowi ze Stanów Zjednoczonych ocenili, że ich sojusznicy nie potrafią walczyć z rebeliantami. Brytyjczycy mają za złe Amerykanom również to, że musieli się tłumaczyć przed światem ze zgody na program tzw. rendition flights - czyli z tajnych lotów CIA na Wyspy Brytyjskie.
@RY1@i02/2010/061/i02.2010.061.000.010a.001.jpg@RY2@
Fot. Bloomberg
Londyn powinien częściej mówić USA "nie" - przekonują brytyjscy parlamentarzyści
zbigniew.parafianowicz@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu