Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Łukaszenka: to moi Polacy i sami chcieli więzienia

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Nie ma problemu mniejszości polskiej na Białorusi - zapewnia prezydent tego kraju Aleksander Łukaszenka. Białoruski prezydent niespodziewanie spotkał się w czwartek w Kijowie z szefem polskiej dyplomacji Radosławem Sikorskim.

Polska strona liczyła na przełom. Ale go nie było. Bo trudno za takowy uznać lakoniczną obietnicę powołania wspólnej komisji, która ma wyjaśnić relacje polsko-białoruskie.

Sikorski rano przedstawił swojemu białoruskiemu odpowiednikowi Siergiejowi Martynau, by władze w Mińsku zalegalizowały oba działające tam związki Polaków: i ten prześladowany przez reżim Łukaszenki kierowany przez Andżelikę Borys, i jedyny uznawany, kierowany przez Stanisława Siemaszkę. Drugim krokiem miał być podział majątku związków po połowie. Po ostatnich decyzjach sądów całość przejął związek Siemaszki, z którym polskie władze nie utrzymują stosunków. Te same propozycje Sikorski przedstawił Łukaszence. Porozumienia nie osiągnął.

Rozmowa trwała ponad godzinę. Po jej zakończeniu białoruski przywódca promieniał. - Związek Polaków na Białorusi ma się świetnie i nikt mu w niczym nie przeszkadza - zapewniał uśmiechnięty w rozmowie z TVN. I dodał: - Polacy mieszkający na Białorusi to moi Polacy, moi wyborcy i zrobię wszystko, żeby było im dobrze. A nie jest im wcale gorzej niż Polakom w Polsce.

Pytany przez dziennikarza o aresztowania działaczy związku Andżeliki Borys odpowiedział zdziwiony, że nikt do więzienia nie poszedł. A po chwili dodał: - No może kilka osób, ale one chciały iść, by pokazać, jak im źle.

Radosław Sikorski tak dobrego samopoczucia nie mógł mieć. Ale nadrabiał miną. - Prezydent Białorusi zapewnił mnie, że będzie szukał rozwiązań i że może powstać grupa ekspertów, która w rychłym terminie znajdzie rozwiązania satysfakcjonujące dla obu stron - oświadczył Sikorski. Przekonywał, że przyjmuje tę deklarację za dobrą monetę. Apelował do polskich mediów i polityków o niepodgrzewanie atmosfery w sprawie Polaków na Białorusi. - Aby pozwolić ekspertom wykonać tę zakulisową pracę bez podgrzewania atmosfery, bez prowokacji, tak aby za jakiś czas Polacy mogli działać w autonomicznych strukturach, a Polska i Białoruś mogły rozwijać stosunki gospodarcze, kulturalne i polityczne - podkreślał.

Apel do polityków o niepodgrzewanie atmosfery na pewno nie był przypadkowy. Problemy z mniejszością polską na Białorusi to dzisiaj jeden z wątków swoistej prekampanii wyborczej. Szef MSZ od kilkunastu dni ustawia się w ostrej kontrze do urzędującego prezydenta. Zresztą to z Lechem Kaczyńskim jednym rządowym samolotem poleciał do Kijowa. By podkreślić swoją niechęć do prezydenta, nie przyjął jego zaproszenia do podróżowania w pierwszej salonce, pozostając w przedziale pasażerskim wraz z dziennikarzami. A potem jeszcze odniósł się do ostatniej historii z hakami. - Chciałem powiedzieć, że po raz kolejny powiedziałem braciom Kaczyńskim "sprawdzam" i po raz kolejny okazało się, że w kartach nic nie mają. Więc wydaje mi się, że Polacy ocenią ten styl prowadzenia polityki - mówił z zadowoleniem szef MSZ.

Już po wylądowaniu Sikorski podkreślał, że głównym celem jego wizyty w Kijowie jest spotkanie z Łukaszenką. A w jego otoczeniu usłyszeliśmy pełne dumy stwierdzenia, że takiego spotkania Lechowi Kaczyńskiemu nie udało się zorganizować. W czasie, gdy Sikorski rozmawiał z bialoruskim prezydentem, nasz prezydent rozmawiał z przegraną w wyborach prezydenckich premier Ukrainy Julią Tymoszenko. Potem przyznał, że z Łukaszenką nie udało mu się nawet zamienić słowa w czasie oficjalnych uroczystości zaprzysiężenia Janukowycza.

Sikorski miał sprytny plan wymuszenia na Łukaszence decyzji o uznaniu związku Andżeliki Borys. Gdyby to osiągnął albo przynajmniej usłyszał taką obietnicę, wracałby do Polski niemal jak bohater. I zdobyłby ważne punkty w walce o partyjną nominację w trwających w Platformie prawyborach prezydenckich. Ale nawet nie osiągając tego celu, odniósł sukces. Pokazał bowiem, że i tak udało mu się więcej niż Lechowi Kaczyńskiemu. Ten jedynie wymienił z Łukaszenką listy. I sam podkreślał, że odpowiedź białoruskiego przywódcy na jego pismo nie była zadowalająca.

Marcin Graczyk

marcin.graczyk@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.