Pięć lat ukraińskiej wojny na górze
W zaplanowanych na niedzielę wyborach prezydenckich największe szanse ma Wiktor Janukowycz. Przed starciem problemem Ukrainy jest nie groźba cudów nad urną, tylko paraliż władzy i kolejne lata chaosu politycznego
Oligarchowie, korupcja, podział państwa na proeuropejski Zachód i prorosyjski Wschód - jeszcze do niedawna właśnie te zjawiska miały być przyczyną wszelkich problemów Ukrainy. Pięć lat pomarańczowego prezydenta dowodzi czego innego. W ukraiński system polityczny niemal wpisany jest paraliż władzy, z którego całymi garściami czerpią elity polityczne. Niezależnie: pomarańczowe czy niebieskie. Zarówno dla prezydenta, kolejnych szefów rządów, jak i liderów opozycji taki układ gwarantuje ciągły udział w grze. I właśnie dlatego nikt nie jest zainteresowany zmianą status quo.
Mandat imperatywny (zakaz zmieniania barw politycznych w czasie trwania kadencji parlamentu pod groźbą utraty stanowiska w Radzie Najwyższej), koalicja parlamentarna, która musi liczyć co najmniej 50 proc. plus jeden mandat, ministrowie prezydenccy pracujący w rządzie, który często jest otwarcie wrogi wobec głowy państwa, prezydenckie prawo do rozwiązania parlamentu dekretem, jeśli nie zostaną powołani wszyscy ministrowie (choć to właśnie prezydent powołuje szefa resortu obrony i spraw zagranicznych, co daje mu możliwość sabotowania prac związanych z budowaniem gabinetu) - to tylko niektóre przykłady rozwiązań powodujących bezwład.
Efektów ich obowiązywania nie trzeba szukać daleko: obecny rząd Tymoszenko funkcjonuje bez poparcia formalnej koalicji. Zaś działający parlament w październiku 2008 r. został... rozwiązany dekretem prezydenta. Wcześniej w grudniu 2006 r. trwał spór o szefa MSZ, który zakończył się niemal powołaniem dwóch szefów dyplomacji (przez miesiąc projuszczenkowskiego Borysa Tarasiuka ochroniarze z siedziby rządu przy bulwarze Hruszewskiego nie wpuszczano na obrady gabinetu Janukowycza).
Później było tylko gorzej. Wiosną 2007 r. Juszczenko rozwiązał parlament, który nie uznając tej decyzji, działał przez kolejnych kilka miesięcy. Datę nowych wyborów do Rady ustalono nie na podstawie prawa, ale układu politycznego między głównymi graczami: prezydentem, ówczesnym premierem Janukowyczem i przywódczynią opozycji Tymoszenko. Deale z pominięciem prawa stały się wówczas esencją polityki.
Konsekwencje tego są fatalne. Szczególnie na arenie międzynarodowej. Spór o to, kto prowadzi politykę zagraniczną: premier czy prezydent i szef MSZ, doprowadził do tego, że w listopadzie 2006 r. na szczycie NATO w Rydze nie zaproponowano Kijowowi tzw. MAP - programu gwarantującego członkostwo w Sojuszu. Dlaczego? Na dwa miesiące przed spotkaniem ówczesny szef MSZ Borys Tarasiuk w rozmowie z nami zapewniał, że priorytetem Ukrainy jest MAP, którego Kijów spodziewa się w łotewskiej stolicy. Kilka dni później w kwaterze głównej NATO szef rządu Wiktor Janukowycz dał jasno do zrozumienia: Sojusz to dla jego rządu sprawa drugorzędna. Obydwaj politycy równolegle przedstawiali w NATO sprzeczne stanowiska: Tarasiuk w imieniu prezydenta, Janukowycz - rządu. Na szczycie w Rydze w kuluarowych rozmowach z zachodnimi dyplomatami usłyszeliśmy: "Niech Kijów zdecyduje sam, czego właściwie chce. MAP musi poczekać".
W polityce europejskiej było jeszcze gorzej: jak mówił w rozmowie z nami dyplomata z przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Kijowie szczególnie rok 2009 był festiwalem sprzecznych deklaracji. Co gorsze, działo się to w obrębie uznawanego za prozachodni - obozu pomarańczowego. Przedstawiciele Juszczenki i Tymoszenko prezentowali rozbieżne stanowiska podczas rozmów stowarzyszeniowych z UE. W efekcie pozostają one w zawieszeniu, a o tzw. perspektywie członkostwa nie może być mowy.
Podobnie jest w polityce wewnętrznej. - Przykład gubernatorów. Mianuje ich prezydent, kierunki ich działania wyznacza rząd. A z realizacji wyznaczonych przez rząd działań odpowiadają przed prezydentem - mówi nam Bohdan Futey, sędzia Federalnego Sądu Odszkodowawczego USA, specjalista w dziedzinie ukraińskiej konstytucji. Efektem jest trwanie gubernatorów na stanowiskach i niechęć do podejmowania jakichkolwiek decyzji, co okazało się szczególnie groźne w czasie epidemii świńskiej grypy.
Słaba władza ma jednak jedną zaletę. Nie morduje dziennikarzy, nie kontroluje gospodarki, nie wysyła temnyków do redakcji, czyli znanych z czasów Leonida Kuczmy dyspozycji, jak relacjonować wydarzenia polityczne. - Takie postawienie sprawy to klasyczny dylemat: dżuma czy cholera - mówi w rozmowie z nami redaktor naczelna renomowanego magazynu Dzerkało Tyżnia Julia Mostowa. - Chodzi o to, aby w państwie była i wolność, i porządek. Nie powinno być dylematu, czy imitować autorytaryzm jak Rosja, czy demokrację jak Ukraina. Nie tego oczekiwali zwolennicy pomarańczowej rewolucji - podsumowuje Mostowa.
Dokładnie pięć lat po sukcesie pomarańczowej rewolucji - w niedzielę - Ukraińcy wybiorą nowego prezydenta. Bohater Majdanu Nezałeżnosti Wiktor Juszczenko jest bez szans. Faworytami są: uosobienie zła w czasie rewolucji Wiktor Janukowycz i dawna sojuszniczka Juszczenki - Julia Tymoszenko. Dziennik Gazeta Prawna rozpoczyna cykl artykułów, które podsumują pięć porewolucyjnych lat. Z Kijowa będziemy pisali o perspektywach euroatlantyckiej polityki Ukrainy, kryzysie, który doprowadził ją na skraj bankructwa, oligarchach i ich drugiej młodości. Dziś opisujemy paraliż władzy i jego konsekwencje dla Ukrainy.
@RY1@i02/2010/008/i02.2010.008.000.008a.001.jpg@RY2@
Pięć lat po rewolucji Wiktora Juszczenkę popiera zaledwie 4 proc. wyborców. Na jego ówczesnego wroga Wiktora Janukowycza chce głosować co trzeci Ukrainiec
Fot. AFP
Zbigniew Parafianowicz
Michał Potocki
dgp@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu