Kto kogo ograł, czyli jak Rosja dała Łukaszence kilka lat spokoju
Sprzedaż Biełtranshazu Gazpromowi pozwoli Mińskowi uporać się z kryzysem i stłumić potencjał protestów w kraju
Białoruska opozycja ogłosiła podpisaną w piątek umowę gazową z Rosją zrzeczeniem się suwerenności. Prawda jest bardziej złożona, a dla samego Aleksandra Łukaszenki porozumienie oznacza gwarancję przedłużenia władzy o kolejne lata.
Prezydent przywiózł z Moskwy obietnicę obniżenia ceny gazu z 244 dol. za 1 tys. m sześc. obecnie do 164 dol. w I kw. 2012 r. Z kolei w 2014 r. Mińsk ma przejść na wewnątrzrosyjską cenę surowca, która obecnie wynosi 90 dol. dla przedsiębiorstw i 70 dol. dla gospodarstw domowych. Dodatkowo Mińsk otrzyma 10 mld dol. 15-letniej pożyczki na budowę elektrowni atomowej w Ostrowcu na Grodzieńszczyznie. W zamian Łukaszenka sprzeda Gazpromowi za 2,5 mld dol. brakujące 50 proc. udziałów w Biełtranshazie, operatorze gazowej sieci przesyłowej.
Białoruś obiecała też do 2015 r. przyjąć rosyjskiego rubla w charakterze waluty narodowej. W zamyśle ma to być krok na rzecz zwiększenia stopnia integracji tworzonej właśnie z inspiracji Putina Unii Eurazjatyckiej, mającej być rosyjską odpowiedzią na Unię Europejską.
"Białoruś na długie lata pozbawiła się suwerenności państwowej. To koniec naszej niepodległości" - napisał na łamach analitycznego pisma "Nowaja Europa" politolog Pawał Wusau. Sprawa nie jest jednak tak jednoznaczna. Ustępstwa Białorusi nie są aż tak znaczne, jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka.
Gdy w 2007 r. Mińsk został zmuszony do stopniowego oddania połowy udziałów w Biełtranshazie, Białoruś była obok Ukrainy najważniejszym państwem tranzytowym dla rosyjskiego gazu sprzedawanego Europie. Kontrola nad siecią oznaczała dla Moskwy zarazem kontrolę nad pewnością dostaw, a władzom obu państw uniemożliwiała szantażowanie Rosji odcięciem tranzytu. Od uruchomienia Nord Streamu takie argumenty nie mają racji bytu. Białoruś, a za nią Biełtranshaz, straciły na znaczeniu strategicznym. W przyszłości Łukaszenka nie zdołałby uzyskać za sprzedane właśnie udziały takiej samej ceny jak w 2007 r. czy obecnie.
Także obietnica rezygnacji z waluty narodowej na rzecz rosyjskiego rubla nie oznacza jeszcze jej spełnienia. Białoruś od zawsze retorycznie godziła się na ten krok, stawiając zarazem zaporowy warunek w postaci równouprawnienia obu banków centralnych. Rosja nigdy nie zgodzi się, by Mińsk mógł swobodnie dodrukowywać rosyjskie ruble, obarczając sąsiada inflacyjnymi skutkami takiej decyzji.
"Łukaszenka gra na integracyjnych aspiracjach Moskwy, aby zachować, a najlepiej zwiększyć rosyjskie dotacje ekonomiczne" - napisał w analizie sprzed tygodnia Andrej Lachowicz z Centrum Edukacji Politycznej. Skutecznie: obniżenie ceny gazu umożliwi Mińskowi przywrócenie rentowności rafinerii, co przełoży się na wzrost eksportu benzyny. Dzięki temu Łukaszenka dostanie kolejną szansę na ograniczenie problemu z zadłużeniem i dalsze finansowanie własnej wersji welfare state za pomocą rosyjskich pieniędzy.
Już dziś widać pierwsze symptomy powrotu do państwowych dotacji. W piątek wicepremier Anatol Kalinin zapowiedział powrót do urzędowego regulowania cen. - Producenci mają towar po jednej cenie, a w handlu cena jest dwukrotnie wyższa - narzekał urzędnik. Tani gaz z Rosji pomoże zachować lub zwiększyć subwencjonowanie usług komunalnych, co ostatecznie zdusi kiełkujący od wiosny potencjał rewolucyjny. Łukaszenka w zamian za Biełtranshaz kupił sobie spokój społeczny.
Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu