Prawo rządzących zamiast rządów prawa
Najnowsza historia Ukrainy to ustawione sprawy sądowe, dyspozycyjni sędziowie i prokuratorzy oraz oskarżenia przygotowywane na zamówienie polityków
Sądy na Ukrainie są niezawisłe, nikt nie stoi ponad prawem - tłumaczy z uporem maniaka wyrok na Julię Tymoszenko prezydent Wiktor Janukowycz. Niewielu jednak wierzy w taką wizję ładu społecznego nad Dnieprem.
Od dwóch dekad Ukraina jest przykładem państwa nihilizmu prawnego. Normy są dostosowywane pod konkretne wydarzenia polityczne czy gospodarcze. Wyroki zapadają w gabinetach polityków i oligarchów. A sędziowskie i prokuratorskie kariery zależą od układu władzy. Poszkodowani są ci, którzy akurat nie mają dostępu do ucha prezydenta, premiera czy deputowanego. Tak było w przypadku prywatyzacji, a później renacjonalizacji koncernu metalurgicznego Kryworiżstal. Podobnie z walką o legalność prezydenckiego dekretu o rozwiązaniu Rady Najwyższej wiosną 2007 r.
Zasady nihilizmu prawnego odczuli też polscy przedsiębiorcy, którzy nie mogli się doczekać ustalenia zasad zwrotu nadpłacanego podatku VAT. Teraz ofiarą systemu pada Tymoszenko. Byłą premier za decyzje podjęte w okresie urzędowania sądził podrzędny sędzia w podrzędnym sądzie dla dzielnicy Peczersk w Kijowie, a nie trybunał stanu, którego nad Dnieprem nie ma. Najnowsza historia Ukrainy właśnie taka jest. To historia ustawionych procesów, dyspozycyjnych sędziów i prokuratorów, szytych oskarżeń i zgniłych kompromisów.
Zaleganie z VAT dla zagranicznych firm jest jednym z najlepszych przykładów uznaniowego traktowania prawa. W kwietniu 2010 r. ukraiński rząd był winien przedsiębiorcom równowartość 4 mld dol. Problem dotyczył również inwestujących nad Dnieprem Polaków. Fiskus był im dłużny ok. 100 mln dol., czyli kwotę stanowiącą 1/8 polskich inwestycji na Ukrainie. Kłopoty miał m.in. Michał Sołowow i jego spółki Cersanit i Barlinek, a także Groclin czy Forte. Kijów nie kwapił się z oddawaniem pieniędzy, bo akurat miał problemy z deficytem budżetowym.
Równolegle ukraińska skarbówka egzekwowała wpłaty VAT od firm. Ostatecznie - po wielu miesiącach gry - władze w Kijowie zaoferowały firmom obligacje zamiast pieniędzy. Problem w tym, że nie bardzo było wiadomo, ile warte są papiery emitowane przez państwo i jak będzie można je zamienić na gotówkę. Kto chciał, mógł brać. Kto się wahał, czekał, aż państwo raczy znaleźć inne rozwiązanie.
Podobna umowność podatkowa panowała rok wcześniej. W 2009 r. rząd Tymoszenko zmuszał firmy do płacenia CIT awansem. Zbliżały się wybory prezydenckie i władze potrzebowały pieniędzy na socjalne rozdawnictwo. Sprawę VAT i CIT częściowo uregulowano dopiero w tym roku, wprowadzając nowy kodeks podatkowy. Przedsiębiorcy działający na Ukrainie dalecy są jednak od optymizmu. Jak mówił "DGP" jeden z zagranicznych biznesmenów w Kijowie: - Stare obyczaje nigdy nie umierają. Szczególnie na Ukrainie.
Zwrot VAT to jednak drobnica w porównaniu z prywatyzacją, a później nacjonalizacją kombinatu metalurgicznego w Krzywym Rogu. To przykład sądowej wolnej amerykanki w czystej formie. Najpierw, w 2004 r., tuż przed końcem kadencji prezydenta Leonida Kuczmy, produkujący 7 mln ton stali Kryworiżstal został sprzedany za 4,3 mld hrywien (po obecnym kursie 1,7 mld zł) konsorcjum utworzonemu przez sponsora Partii Regionów Rinata Achmetowa i zięcia Kuczmy Wiktora Pinczuka. Formalnie oligarchowie wygrali przetarg, jednak jego warunki ustawiono tak, by jedynie oni byli w stanie je spełnić.
Przetarg został natychmiast zaskarżony (lista zarzutów była długa i dotyczyła m.in. zaniżonej ceny czy złamania zasad wolnej konkurencji), jednak oba zajmujące się nim sądy - sąd gospodarczy w Kijowie i najwyższy sąd gospodarczy (NSG) - nie dopatrzyły się naruszenia prawa. Sytuacja zmieniła się o 180 stopni po zwycięstwie pomarańczowej rewolucji. Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko zdobyli władzę m.in. dzięki obietnicom rewizji prywatyzacji (czy też "prychwatyzacji", od słowa "prychwatyty" oznaczającego "zawłaszczyć").
Tymoszenko została zaprzysiężona na stanowisku premiera 4 lutego 2005 r. Zaledwie trzy dni później prokuratura generalna wniosła do sądu najwyższego o unieważnienie wyroków sądów gospodarczych. Można by powiedzieć, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurami. Można - gdyby nie to, że te same sądy gospodarcze, które wcześniej nie dopatrzyły się niczego nagannego w procesie prywatyzacji Kryworiżstalu, w powtórnym procesie wydały dokładnie odwrotne wyroki, pozbawiając Pinczuka i Achmetowa własności. W nowym przetargu zakład w Krzywym Rogu sprzedano spółce Mittal Steel Germany za 24,2 mld hrywien (9,5 mld zł), czyli sześciokrotnie drożej, niż zapłacili kuczmowscy oligarchowie.
Dostosowywanie prawa do potrzeb to codzienność na najwyższych szczeblach władzy. W kwietniu 2007 r. prezydent (Wiktor Juszczenko) i premier (Wiktor Janukowycz) wojną o sąd konstytucyjny (SK) i prokuratora generalnego potwierdzili, jak luźno interpretują pojęcie państwa prawa.
Najpierw Juszczenko, łamiąc konstytucję, rozwiązał parlament, oskarżywszy Janukowycza o kupowanie posłów i budowanie antyprezydenckiej koalicji. Janukowycz oczywiście decyzji nie uznał i wyprowadził Ukraińców na ulice, strasząc niebieską (od jego barw partyjnych) rewolucją. Przy okazji rozpoczęła się batalia o sędziów SK, którzy mieli zdecydować o rozwiązaniu sporu. Prezydent miał swoich ludzi w SK, premier swoich, opozycja swoich. Mimo ich formalnej niezawisłości równolegle na każdego z nich szukano haków. Najbardziej dostało się Siuzannie Stanik, którą oskarżono o korupcję.
To jednak nie koniec obrazka niezawisłości ukraińskiego wymiaru sprawiedliwości. Kryzys zaostrzył się 24 maja po odwołaniu przez Juszczenkę prokuratora generalnego Swiatosława Piskuna. Na jego miejsce powołał dotychczasowego zastępcę Wiktora Szemczuka. Piskun został jednak ponownie wprowadzony do budynku prokuratury przez wiernych rządowi Janukowycza komandosów z jednostki MSW Berkut. Juszczenko wydał wówczas dekret, na podstawie którego wojska podległe dotychczas MSW przeszły pod dowództwo prezydenta.
Premier Wiktor Janukowycz oraz marszałek Rady Najwyższej Ołeksandr Moroz określili te działania mianem zamachu stanu. Sytuacja wyglądała dramatycznie, bo Juszczenko do Kijowa zaczął ściągać wojsko. Burza o prokuratora generalnego zakończyła się jednak kompromisem wypracowanym oczywiście w gabinetach polityków. Prawa, które precyzowałoby, kto powołuje i odwołuje najważniejszego prokuratora w kraju, jednak nie zmieniono. Nie zreformowano również sądu konstytucyjnego. Niejednoznaczność procedur posłuży w przyszłych przesileniach politycznych.
Ofiarą nihilizmu prawnego nad Dnieprem padła również historia. Sprawa nadania i odebrania Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy pokazała od razu dwa niepokojące zjawiska. Po pierwsze - pełną dowolność polityków w interpretacji prawa. Po drugie - absurdalną wykładnię przepisów konstytucyjnych, która potencjalnie stanowi rozsadnik całego systemu prawnego. Bandera, główny ideolog ukraińskiego integralnego nacjonalizmu i lider Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, został pośmiertnie odznaczony tytułem Bohatera Ukrainy przez Juszczenkę w styczniu 2010 r., czyli już po tym, jak prezydent z kretesem przegrał wybory.
Na dekret poskarżył się do sądu adwokat z Doniecka, bastionu antybanderowskiej wizji historii Ukrainy, Wołodymyr Ołencewycz. Sprawa dotarła do najwyższego sądu administracyjnego, który w sierpniu 2010 r. odebrał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy. W obu przypadkach prawo zostało, delikatnie mówiąc, nagięte. Przede wszystkim zgodnie z prawem odznaczenie można przyznać jedynie obywatelom Ukrainy, a Bandera nie zdążył nim zostać (urodził się w Austro-Węgrzech), ponieważ w 1959 r. został zamordowany. Z drugiej strony odebranie odznaczeń państwowych jest możliwe jedynie, gdy nagrodzony został potem skazany za ciężkie przestępstwo, i to wyłącznie na wniosek sądu.
Niekoniecznie zgodnie z kanonem zachował się też nowy prezydent Wiktor Janukowycz. Gdy doniecki sąd okręgowy po raz pierwszy uznał nagrodzenie Bandery za nielegalne, usunął dekret Juszczenki ze spisu aktów prawnych, ale go formalnie nie unieważnił. Innymi słowy schował niewygodny dekret pod dywan, zostawiając zarazem sądom rozwścieczenie uwielbiających Banderę mieszkańców Galicji.
Cała sprawa pokazuje też inny absurd ukraińskiej praktyki sądowej. Adwokat Ołencewycz nie miał żadnego interesu prawnego w związku z nagrodzeniem Bandery. Innymi słowy sądy uznały za dopuszczalną praktykę, w której dowolny obywatel Ukrainy może zaskarżyć do małego sądu na prowincji akt prawny wydany przez szefa państwa. Co więcej, sąd ten może ten akt prawny unieważnić. A ponieważ sędziowie z Tarnopola zawsze będą negatywnie nastawieni do Partii Regionów, a ci z Ługańska - do obozu pomarańczowych, przepis na skuteczną obstrukcję państwa mamy gotowy.
Wciąż nie wiadomo, czy Tymoszenko uniknie odsiadki. Jednym z realnych scenariuszy jest możliwość wykreślenia z kodeksu karnego art. 365 cz. 3, z którego ekspremier została skazana na siedem lat więzienia. Parlament miał o tym zdecydować w mijającym tygodniu, ale dość niespodziewana wolta Janukowycza skłoniła jego partię do odsunięcia głosowania.
W sumie w Radzie Najwyższej złożono trzy propozycje zmian - dwie opozycyjne i jedną prezydencką. Chociaż formalnie mówiono o chęci humanizacji kodeksu karnego, dostosowania prawa do standardów europejskich i uniemożliwienia sytuacji, w której za decyzje polityczne ponosi się odpowiedzialność karną, nikt nie starał się ukryć, że chodzi o uwolnienie byłej premier. O zasadzie, że norma prawna powinna być generalna, czyli nie może być tworzona pod konkretnego adresata, nikt już nie pamiętał, a art. 365 zaczął funkcjonować w mediach jako "artykuł Tymoszenko".
- Jeśli parlament nie skreśli przepisu z własnej woli, odpowiedzialność za podjęcie decyzji spadnie na Strasburg. Wtedy to Europa dostanie łamigłówkę, jak wybrnąć z tego ślepego zaułka - mówił "DGP" Andrij Doroszenko, ekspert instytutu Postępowe Inicjatywy Prawne. - Strasburg prawdopodobnie wyda rekomendację, która pozwoli uratować reputację wszystkich zainteresowanych stron. W wyroku zostanie umieszczona propozycja zreformowania przepisów kodeksu karnego na wzór europejski. W takim układzie parlament także podejmie decyzję o skreśleniu art. 365, tyle że stanie się to wiele miesięcy później - dodawał.
Liderka BJuT sama też przyłożyła rękę do ukraińskiego nihilizmu prawnego. Jedną z najbardziej kuriozalnych decyzji jej rządu było umożliwienie urzędnikom państwowym ignorowania postanowień sądu, jeżeli są one bezprawne. Przy czym decyzja o ich bezprawności każdorazowo miała należeć do urzędnika.
Z czego wynika tak jawne naruszanie reguł demokratycznego państwa prawa? Według politologa z Akademii Ostrogskiej Jurija Macijewskiego to skutek bliskich związków władzy z biznesem, dla którego priorytetem jest stabilizacja zysków przy zachowywaniu pozorów przestrzegania przepisów. Jak twierdził poseł Mychajło Syrota, w 2006 r. w parlamencie wśród 450 deputowanych było 300 milionerów. Rewolucja pomarańczowa, której liderzy mieli usta pełne frazesów o równości oligarchów wobec prawa i rewizji najbardziej bulwersujących przekrętów, nie zmieniła w tej kwestii niczego. "Wydarzenia 2004 r. nie były rewolucją, bo nie doszło do wymiany elit" - pisze Macijewski w jednym z artykułów. Dlatego nie można było liczyć na jakościową zmianę zasad gry. Decyzje sądów za rządów Janukowycza są po prostu konsekwentną kontynuacją tego, co na Ukrainie znane jest od lat.
@RY1@i02/2011/205/i02.2011.205.186000600.801.jpg@RY2@
Reuters/Forum
Julia Tymoszenko, gdy była szefem rządu, z chęcią wykorzystywała prawo do rozgrywek z politycznymi rywalami. Dziś sama padła ofiarą hodowanego od dwóch dekad systemu
Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu