Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Polityka zagraniczna

Inwestycje za pieniądze UE muszą się opłacać, a nie być ciężarem

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Janusz Lewandowski o sporze z PE, nowych zasadach wydawania pieniędzy i zagrożeniach dla Polski

Jak się zakończy prężenie muskułów przez Parlament Europejski?

Nie powiedziałbym, że jest to tylko prężenie muskułów, bo zasadnicze postulaty PE są bardzo rozsądne. Mam na myśli potrzebę elastyczności i rozwiązanie problemu płatności w 2013 r. Dziedziczymy miliardowe zaległości z poprzedniego roku i ciągle je spłacamy, kosztem tegorocznych rachunków. A elastyczność, czyli możliwość przesuwania niewykorzystanych pieniędzy z różnych programów na lata następne (a nie jak dotąd zwracanie ich płatnikom), to wręcz konieczność. Obliczyliśmy, że 908 mld euro dla 28 krajów w ciągu 7 lat byłoby budżetem wykonalnym, zdolnym do finansowania unijnych polityk, ale tylko pod warunkiem zwiększenia elastyczności w dysponowaniu szczupłym budżetem. Postulaty są zatem, przynajmniej te dwa, rozsądne, ale niestety jesteśmy już w niedoczasie. Siedem lat temu mieliśmy ostateczną zgodę w kwietniu, a i tak programy na lata 2007-2013 ruszyły z opóźnieniem. Teraz, pod koniec kwietnia, negocjacje się nie rozpoczęły.

Zakładając, że dojdzie do porozumienia, to jakie są inne największe zmiany w sposobie wydawania pieniędzy?

Zasady są wciąż doprecyzowywane. Będą na pewno bardziej restrykcyjne niż w poprzedniej perspektywie, bo to ukłon w stronę płatników netto. Przede wszystkim więcej warunkowości, by przekonać tych, którzy dopłacają do budżetu UE. Można ich zrozumieć, bo Holendrzy, Niemczy czy Brytyjczycy chcieliby mieć pewność, że na południu Europy, w krajach, które przez 20 lat korzystały z funduszy spójności i teraz znowu wołają o pomoc, pieniądz będzie lepiej wydawany. Nie jestem zwolennikiem przeregulowania systemu. Nie po to złagodziliśmy regulamin finansowy, który mówi, jak mamy wydawać pieniądze, by znowu komplikować. A taka skłonność zarysowała się w rozmowach między parlamentem a rządami UE.

Wszystkie kraje będą miały tak ograniczone pole manewru?

Na szczęście dla Polski najbardziej zawężone pole wyboru celów finansowania mają kraje najbardziej rozwinięte, z PKB powyżej 75 proc. średniej UE. W Polsce tylko Mazowsze, którego średnią zawyżyła Warszawa, obejmują te ograniczenia.

A warunkowość makroekonomiczna?

To najbardziej krytykowana część warunkowości. Mam nadzieję, że sankcja w postaci zawieszenia lub uszczuplenia funduszy dla krajów, które źle sobie radzą z finansami publicznymi, nie uderzy w Polskę. Jest to kij na niegospodarnych, którzy swoją beztroską finansową zarażają całą strefę euro. W skali całej Europy nasz kraj prezentuje się dobrze. Nieaktualny jest zresztą podział na dobry Zachód i kłopotliwy Wschód, bo nowe kraje radzą sobie lepiej niż część starej Unii. Bułgarię i Rumunię można usprawiedliwić, bo bardzo późno zaczęły korzystać z pieniędzy unijnych. Warunkowość nie została wymyślona przeciwko nowym krajom unijnym, a na pewno nie przeciw Polsce. Ma poprawić standardy gospodarcze Europy jako całości.

Jakie pułapki czyhają na Polskę?

Zagrożeniem jest kryzysowe otoczenie, bo w Unii lokujemy 78 proc. naszego eksportu. Do tego dokłada się mniejszy optymizm konsumpcyjny Polaków straszonych złymi wiadomościami i wyczerpanie się funduszy UE z obecnej siedmiolatki. Te wszystkie dopalacze polskiej gospodarki i przesłanki jej nadzwyczajnej odporności w latach 2009-2012 (eksport, popyt wewnętrzny, fundusze unijne) wyglądają teraz gorzej, czyli trzeba stawić czoła rozmaitym nakładającym się na siebie zagrożeniom.

A co z wydawaniem funduszy unijnych, jakie wskazówki dałby pan Polsce?

Przestroga płynie z doświadczeń iberyjskich. Nie można zanadto folgować lokalnym ambicjom w zakresie infrastruktury. Nie wystarczy wybudować lotnisko czy rozbudować sieci komunikacyjne. Te inwestycje muszą być potrzebne i opłacalne, muszą się z czasem obronić, a nie być ciężarem nie do uniesienia. W kończącej się perspektywie finansowej zaspokajaliśmy przede wszystkim głód lokalny, który był ogromny. Samorządy wreszcie miały pieniądze na inwestycje. I dobrze, bo Polska lokalna się zmieniła. Są jeszcze obszary, gdzie mamy dużo do zrobienia, np. szybkie połączenia kolejowe. Ale ostrożnie z infrastrukturą, gdy nie jest poparta sensownym biznesplanem! Nowa generacja programów strukturalnych 2014-2020 musi wprowadzić Polskę w epokę innowacyjnej gospodarki, bo taka szansa może się nie powtórzyć. Polska XXI w. jest fenomenem zaradności, co zwłaszcza pokazują małe i średnie firmy, ale nie innowacyjności. Ujawnił to zresztą strach przed europejskim patentem - jakbyśmy na długie lata skazani byli na konsumowanie, a nie tworzenie wynalazków. Jest to zresztą bolączka całej Europy, gdzie publiczne nakłady na badania i rozwój nie są wspomagane przez oddolny venture capital, skłonny do ryzyka.

Nie boi się pan trupów w szafie? Po przekrętach z kontraktami na budowę autostrad czy wcześniej z Innowacyjną Gospodarką mogą wyjść na jaw inne afery.

Nikt nie jest doskonały, ale Polska nie jest problemem. Nie wymienię krajów, które żywią eurosceptyczne media swoimi wieloletnimi i powtarzalnymi wpadkami. Polskie potknięcia sami wychwyciliśmy, sami ostrzegliśmy Brukselę. Ja mam perspektywę 27 krajów unijnych i na tej mapie Polska jest jasnym punktem.

@RY1@i02/2013/083/i02.2013.083.00000050b.802.jpg@RY2@

pe

Janusz Lewandowski, unijny komisarz ds. budżetu

Rozmawiała Dominika Ćosić

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.