To rozgrzewka. Walka za półtora roku
Zwycięzca głosowania europejskiego ma szansę na powtórzenie sukcesu w kraju
Przeanalizowaliśmy, na kogo w wyborach do europarlamentu i najbliższych po nich wyborach parlamentarnych głosowali mieszkańcy sześciu największych pod względem populacji krajów starej Unii (Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania i Holandia) oraz trzech państw Europy Środkowo-Wschodniej: Polski, Czech i Węgier. Za punkt początkowy przyjęliśmy wybory do PE w 1994 r. - pierwsze, które odbyły się po upadku żelaznej kurtyny. A w przypadku trójki z naszej części Europy te z 2004 r., czyli pierwsze po rozszerzeniu UE.
Jeśli wybory parlamentarne odbywają się w ciągu dwóch lat od europejskich, ich zwycięzca ma duże szanse na powtórzenie sukcesu na polu krajowym. Najbardziej regularni są tu Hiszpanie i Niemcy.
W Hiszpanii centroprawicowa Partia Ludowa po wygranych europejskich w 1994 i 1999 r. uzyskała też najwięcej głosów w najbliższych wyborach krajowych, czyli w 1996 i 2000 r. Socjalistyczna PSOE najpierw przejęła w 2004 r. władzę w kraju, trzy miesiące później wygrała wybory europejskie, a po nich jeszcze wybory parlamentarne. Po nadejściu kryzysu Partia Ludowa wygrała wybory europejskie w 2009 r., po czym dwa lata później krajowe.
W Niemczech chadecja wygrała wszystkie wybory do europarlamentu, które odbyły się po zjednoczeniu, po czym trzy razy tuż po nich uzyskała także najwięcej mandatów w Bundestagu (w 1994, 2005 i 2009 r.). Tylko w 2002 r. wybory parlamentarne wygrała SPD, ale one odbyły się ponad trzy lata po europejskich. Ten trend widać nawet we Włoszech, gdzie często upadają rządy, i w Holandii, gdzie nie ma dwóch wyraźnie dominujących sił politycznych. We Włoszech centroprawica Silvia Berlusconiego wygrała wybory europejskie w 1999 r. i parlamentarne w 2001, zaś centrolewica powtórzyła ten sukces odpowiednio w 2004 i 2006 r. Zmiana preferencji - z prawicy na lewicę - nastąpiła tylko po ostatnich wyborach, ale między europejskimi a krajowymi minęły aż cztery lata (2009-2013). W Holandii, podobnie jak w Niemczech, w europejskim głosowaniu zwycięża za każdym razem chadecja i zwykle powtarza ten wynik w kraju - z wyjątkiem 2010 r.
Odwrotną regularnością cechują się Francuzi. Kadencja Zgromadzenia Narodowego trwa, tak samo jak Parlamentu Europejskiego, pięć lat, a wybory do niego odbywają się trzy lata po europejskich. I za każdym razem w ciągu ostatnich 20 lat partia, która zdobyła najwięcej francuskich mandatów w europarlamencie, przegrywała później bitwę o Zgromadzenie Narodowe.
Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Wielka Brytania - tam wyniki wyborów europejskich nie przekładają się na narodowe, co jednak ma wyjaśnienie: eurodeputowanych Brytyjczycy wybierają według systemu proporcjonalnego, podczas gdy członków Izby Gmin w systemie większościowym, w którym takie ugrupowania jak Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa nie mają szans się przebić.
Eurowybory w krajach nowej Unii dają mniej wskazówek na przyszłość. Na Węgrzech opozycyjny Fidesz wygrał eurowybory w 2004 r., ale dwa lata później władzę w kraju utrzymali socjaliści. Z kolei wyniki europejskiego głosowania z 2009 r. niemal dokładnie się powtórzyły rok później, zarówno jeśli chodzi o kolejność, jak i odsetek poparcia. W Czechach prawicowa ODS po europejskim zwycięstwie w 2004 r. wygrała też krajowe wybory dwa lata później, a po sukcesie w 2009 r. w następnym roku przegrała w kraju z socjaldemokracją.
W Polsce dwie edycje wyborów europejskich okazały się loterią. Te w 2004 r. stały się pechowe dla partii, które je wygrały. Na pierwszym miejscu była wtedy PO, a na drugim eurosceptyczna LPR. Dopiero na trzeciej pozycji PiS, które rok później wygrało wybory przed PO i przy wsparciu LPR stworzyło rząd. Ale sama LPR w wyborach parlamentarnych była dopiero piąta.
Ówczesna mnogość partii i niska frekwencja spowodowały, że w okresie pomiędzy wyborami nastąpiły spore przetasowania. Zupełnie inaczej było w 2009 r. Tu, wzorem bardziej dojrzałych demokracji, wyniki wyborów parlamentarnych w 2011 r. w zasadzie powieliły rezultat eurowyborów, zmniejszając jedynie różnice w poparciu między prowadzącą PO a PiS. - Generalnie, jak się wydaje, wyniki tych wyborów nie tyle zmieniają zachowania wyborców, ile klasy politycznej. Bo na ich podstawie zapadają w sztabach decyzje o przegrupowaniu sił czy budowie przekazu na kolejne wybory. Można je porównać do kwalifikacji w Formule 1: nie rozstrzygają o wyniku kolejnych wyborów, ale decydują o pozycji startowej - ocenia politolog dr Jarosław Flis.
Współpraca Grzegorz Osiecki
Wyniki wyborów paralmentarnych w 2011 były kopią eurowyborów 2009
Bartłomiej Niedziński
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu