Dziennik Gazeta Prawana logo

Nadciąga trzecia fala

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 65 minut

Wiatry przemian wieją nie tylko w Europie. W żaglach poczuli je również antysystemowi politycy za Atlantykiem - poza "lewakiem" Partii Demokratycznej Berniem Sandersem oraz wyrzutkiem z grona republikanów Donaldem Trumpem w wyścigu o prezydenturę chce wziąć udział były burmistrz Nowego Jorku, miliarder Michael Bloomberg

Trump + Sanders = Bloomberg" - skwitował w środę na Twitterze wyniki prawyborów w USA David Knowles, komentator polityczny agencji Bloomberg. Wbrew pozorom ta lakoniczna analiza nie jest wyłącznie gestem adresowanym do pryncypała - 73-letniego miliardera i twórcy agencji Michaela Bloomberga. Kolejny etap rozpisanego na najbliższe dziewięć miesięcy wyborczego spektaklu - prawybory w New Hampshire - zamienił się w rywalizację "czarnych koni" i pokazał amerykańskim politologom, że elektorat obu kluczowych partii nie chce iść za partyjnymi faworytami.

W New Hampshire Hillary Clinton dostała jedynie 38,4 proc. głosów, przy 60 proc., jakie zebrał Bernie Sanders. Jeszcze bardziej chaotyczna sytuacja panuje wśród republikanów: tam stawce kandydatów przewodzi Donald Trump (35,1 proc.), a nadzieja partii - senator z Teksasu Ted Cruz - uzyskał wynik 11,5 proc., niższy nawet od Johna Kasicha (15,9 proc.), gubernatora Ohio, na którego do ostatniego tygodnia nikt nie postawiłby złamanego grosza. Z badań sondażowych przeprowadzonych w trakcie głosowania w New Hampshire wynika, że co drugi sympatyk prawicy "szuka kogoś spoza establishmentu", 90 proc. jest rozczarowanych obecnym rządem, a 40 proc. określa swój stosunek do władz mianem "gniewu". Z kolei wśród demokratów Sanders górował nad Clinton praktycznie we wszystkich grupach - wśród mężczyzn i kobiet, zwolenników partii o poglądach bliskich centrum i tych najliberalniejszych, posiadaczy broni i tych, którzy jej nie mają.

Bloomberg wpisuje się w te nastroje, odkąd kilka tygodni temu jego współpracownicy zaczęli sygnalizować, że może mieć prezydenckie ambicje. - Uważam, że poziom dyskursu politycznego w Ameryce stał się boleśnie banalny i jest obrazą dla wyborców - skomentował kilka dni temu miliarder w wywiadzie dla dziennika "Financial Times", potwierdzając wcześniejsze plotki o swoich planach. - Amerykańska opinia publiczna zasługuje na znacznie więcej - dorzucał.

Myślę o prezydenturze! Ja! Ja myślę!

"Rezultaty wtorkowej nocy tylko zwiększą zainteresowanie Bloomberga udziałem w wyborach. Potencjalne kandydatury Trumpa i Sandersa tworzą Bloombergowi możliwość zaprezentowania się jako pragmatyczny wybór Ameryki, szczypta zdrowego rozsądku pomiędzy dwoma politycznymi ekstremami" - pisał wysłannik "Financial Times" do New Hampshire. O ile pokona "górę amerykańskiego systemu dwupartyjnego".

Cóż, nie pokonywałby jej pierwszy raz. Romans nowojorskiego miliardera z polityką to żadna nowość: przez dekady działalności biznesowej Bloomberg był zagorzałym demokratą. A jednak, w 2001 r. - wkrótce po zamachach 11 września - gdy demokraci odmówili mu poparcia w walce o urząd burmistrza Nowego Jorku, biznesmen bez większych sentymentów zmienił partyjne barwy i pokonał nominata demokratów jako przedstawiciel Partii Republikańskiej. Jako republikanin utrzymał ratusz w wyborach w 2005 r., ale już dwa lata później rzucił partyjną legitymację. W 2009 r. wystartował jako kandydat niezależny - i utrzymał władzę w największej amerykańskiej metropolii.

W tym samym czasie spekulowano, że 8,5-milionowy Nowy Jork to poligon przed szturmem na Biały Dom. Od czasu do czasu pojawiały się medialne "wrzutki" - a to któryś ze współpracowników Bloomberga ujawniał, że spotykał się on z weteranami politycznych salonów, wypytując o logistyczne szczegóły prowadzenia kampanii, a to znowu któryś ze spin doctorów miał być świadkiem rozmowy o kosztach kampanii prezydenckiej. Sensację wzbudził lunch ze specem od kampanii wyborczych Rossa Perota, niezależnego kandydata, który kilkakrotnie próbował mierzyć się z wybrańcami głównych partii, Clayem Mulfordem. Jednocześnie burmistrz widywał się z przyjaciółmi z obu stron politycznego spektrum i organizował dla nich dyskusje na temat tego, jak sprawić, by polityczny dialog w Ameryce stał się bardziej merytoryczny, a jak zasypywać pogłębiającą się przepaść między wyborcami obu głównych partii. Współpracownicy i sympatycy kandydatury burmistrza na urząd prezydencki sformowali nawet specjalny quasi-wyborczy komitet - The Committee To Draft Michael Bloomberg, który miał naciskać na niego w 2008 i 2012 r.

Bezskutecznie. - Nie jestem kandydatem, czy wyrażam się jasno? Którego ze słów pan nie rozumie? - ucinał wówczas Bloomberg. Dziś miliarder nie jest już tak opryskliwy. - Na stole są wszystkie opcje - przyznał we wspomnianym wywiadzie dla "Financial Times". - Słucham tego, co mają do powiedzenia kandydaci i co sądzą uczestnicy prawyborów - dodawał. Nie ma wątpliwości, że ma on przyjaciół i potencjalnych współpracowników zarówno wśród republikanów, jak i demokratów: nie na darmo plotkowano, że mógłby być wiceprezydentem w potencjalnej ekipie Johna McCaina (kandydata tych pierwszych w 2008 r.), nie bez przyczyny Bloomberg poparł kandydaturę Baracka Obamy (nominata tych drugich). Jego start mógłby dziś zapewne zaszkodzić przede wszystkim demokratom. - Byłby to jeszcze jeden dowód na to, że Ameryka przesuwa się od demokracji do oligarchii - zagrzmiał Sanders zapytany o potencjalną rywalizację z Bloombergiem. Republikanie przyjmują taką możliwość znacznie przychylniej. - Proszę, startuj! - odparł krótko Rick Tyler, rzecznik Teda Cruza. Również Donald Trump skwitował, że byłby "bardzo szczęśliwy", mogąc konkurować z miliarderem.

Falstart? Reporterzy "The New York Timesa", którzy jako pierwsi donieśli o prezydenckich rozterkach Bloomberga, twierdzą, że miliarder będzie się przyglądać serii partyjnych prawyborów, próbując oszacować, czy wyborcy rzeczywiście są gotowi zagłosować na kandydata "third party", czyli spoza puli oficjalnych nominatów dwóch dominujących partii. Ostateczna decyzja ma zapaść na początku marca, gdy seria głosowań partyjnych dobiegnie końca, a wciąż jeszcze będzie można zarejestrować kandydaturę we wszystkich pięćdziesięciu stanach. A jeśli będzie pozytywna, Bloomberg nie będzie się musiał oglądać na poparcie mainstreamu ani pieniądze sponsorów i sympatyków - z przecieków z jego otoczenia wynika, że jest on gotów wysupłać na kampanię (prawdopodobnie najdroższą w historii Ameryki, rekordy na poszczególnych etapach wyścigu wyborczego już padają) miliard dolarów z własnego, szacowanego na prawie 39 mld dol. majątku.

W przypadku, gdyby ukształtował się układ "Sanders kontra Trump/Cruz", Bloomberg nie będzie się wahał. Jego "sztab" miał już przygotować zarys kampanii: seria merytorycznych wystąpień odnoszących się do kluczowych kwestii oraz kampania reklam telewizyjnych, które przybliżyłyby postać miliardera wyborcom spoza Nowego Jorku i innych największych metropolii. - On wierzy, że wyborcy chcą nieideologicznej, ponadpartyjnej, zorientowanej na efekty działania wizji - twierdzi jeden z doradców byłego burmistrza.

Problem w tym, że wyborcy mogą nie podzielać tej wiary. - Nie dbam o niego - komentował Christopher Anderson, 49-latek spotkany przez jednego z reporterów na wiecu Berniego Sandersa. - Nie ma między nim a Hillary większej różnicy: oboje sypiają z Wall Street i wielkimi korporacjami - kwitował. Jay Parini, popularny pisarz, jest tą kandydaturą wręcz poirytowany. "Jego Wysokość zapowiedział, że rozważa start w wyborach prezydenckich, bo nie ma poważnej debaty między politykami wielkich partii" - napisał dla CNN. "Jego pierwsze wystąpienia pod koniec stycznia nie odbiły się najmniejszym nawet echem, więc teraz próbuje jeszcze raz, jakbyśmy go nie usłyszeli za pierwszym razem: hej, ludzie, nie słyszycie mnie? Myślę o prezydenturze! Ja! Ja myślę!" - ironizował. "W tych wyborach nie chodzi o wiele więcej ponad głośne mówienie i formułowanie budzących emocje opinii, a jemu brakuje i jednego, i drugiego" - tłumaczy z kolei komentator "FT". - "Gdy poszedłem na wieczór wyborczy Jeba Busha, uderzyło mnie, jak wiele osób tam nie ma żadnej opinii o Michaelu Bloombergu, nie mówiąc już o tym, żeby mieli opinię na temat jego potencjalnego startu w wyborach". I niestety, zwłaszcza pierwsze zdanie z tej lapidarnej analizy zdaje się być wyjątkowo trafne: w czasie, kiedy amerykańska gospodarka staje na nogi - tylko w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przybyło 443 tys. miejsc pracy, płace rosną - a USA wyplątują się z serii niezbyt udanych interwencji na krańcach świata, wyborcy szukają nie tyle kogoś, kto rozwiąże problemy, ile raczej kogoś, kto wygarnie waszyngtońskiemu establishmentowi.

Gdy już użądlą, umierają

O tym, jak silne są te nastroje, świadczyć może historia Deeza Nutsa. W Północnej Karolinie ten niezależny kandydat w sierpniu ubiegłego roku uzyskał w badaniach sondażowych 9 proc. poparcia, trafiając do czołówki faworytów miejscowych wyborców, tuż po Donaldzie Trumpie i Hillary Clinton. - Jestem piętnastolatkiem, który wypełnił formularz, którego kampania właśnie złapała iskrę, a teraz odnotowuje najlepszy wynik niezależnego kandydata od czasów Rossa Perota - relacjonował Brady Olson, czyli rzeczywiste alter ego Deeza Nutsa, uczeń jednej ze szkół w stanie Iowa. Nie wiadomo, czy wyborcy rozpoznali zaczerpnięte z piosenek rapera Dr. Dre nazwisko - tak czy inaczej sam fakt, że kompletnie nieznany kandydat "uszarpnął" tak wysokie poparcie, mówi sam za siebie.

- Kandydaci niezależni są jak pszczoły. Gdy już użądlą, umierają - kwitował nieżyjący już amerykański historyk Richard Hofstadter. Przez półtora stulecia ta zasada była dogmatem amerykańskiej polityki. Jedynym kandydatem "trzeciej partii", któremu się udało, był Abraham Lincoln. W 1860 r. republikanie byli ugrupowaniem istniejącym ledwie od sześciu lat i w drodze do Białego Domu najpopularniejszy prezydent USA musiał pokonać "mainstream" w postaci demokratów i amerykańskich wigów.

Pół wieku po nim sztuki tej próbował dokonać inny republikanin Theodore Roosevelt. Po jednej kadencji w Białym Domu (1904-1908) Roosevelt ustąpił pola wiceprezydentowi Williamowi Howardowi Taftowi. Gdy w 1912 r. Taft ubiegał się o reelekcję, do wyścigu z nim przystąpił jego dawny zwierzchnik, skłócony z partyjnym establishmentem Roosevelt, tym razem występujący pod szyldem świeżo utworzonej partii Narodowych Postępowców (National Progressive). Gdy przed jednym z wieców w Milwaukee właściciel miejscowego saloonu wpakował Rooseveltowi kulę w pierś (pocisk zatrzymało metalowe etui na okulary), były prezydent mimo wszystko wygłosił przemówienie. Incydent podzielił republikanów na stronnictwo Tafta i sympatyków Roosevelta - w efekcie wygrał Woodrow Wilson, demokrata.

W powojennej historii USA niezależni kandydaci byli już ledwie lokalnym folklorem: najbliżej Białego Domu był miliarder Ross Perot, który w 1992 r. spróbował swoich sił w walce z Georgeem H.W. Bushem i Billem Clintonem. Biznesmenowi bliżej było do elektoratu republikańskiego: obiecywał zrównoważenie budżetu federalnego i zahamowanie rozrastającego się deficytu finansów - i mimo że w kluczowym okresie przedwyborczym przerwał kampanię na trzy miesiące, zdobył 18,6 proc. głosów, podcinając przede wszystkim poparcie dla walczącego o reelekcję Busha. Zachęcony być może tym sukcesem Perot zawalczył jeszcze cztery lata później z Clintonem i senatorem Bobem Doleem. Tym razem ze znacznie mizerniejszym (8 proc.) skutkiem.

Bloomberg mógłby być współczesnym odpowiednikiem Perota, ale i Trump z powodzeniem przywołuje historyczne analogie. Choćby z gubernatorem Alabamy Georgeem Wallaceem, który walczył o Biały Dom w niespokojnej końcówce lat 60., gdy przez Amerykę przetoczyły się zamachy (John F. Kennedy, Robert Kennedy, Martin Luther King), mocarstwo ugrzęzło na dobre w Wietnamie, przez kraj przetaczała się rewolucja obyczajowa, a ruch praw obywatelskich mniej lub bardziej radykalnie domagał się praw dla czarnoskórych. - Segregacja dziś, segregacja jutro, segregacja zawsze - odpowiadał na to Wallace, a jego Niezależna Partia Amerykańska deklarowała "ani kroku w tył w Wietnamie". I było to przesłanie, które zapewniło Wallaceowi zwycięstwo w pięciu stanach na południu USA oraz 13,5 proc. głosów w skali kraju. Czyli znacznie więcej, niż zdobył dwadzieścia lat wcześniej gubernator Karoliny Południowej Strom Thurmond - również miłośnik segregacji rasowej i "tradycyjnych wartości" Południa (skądinąd, po uzyskaniu wyniku rzędu 2,4 proc. głosów Thurmond przez 47 lat pełnił funkcję senatora i dożył setki, sprawując ten urząd). Dla porządku należałoby wspomnieć jeszcze kongresmena Rona Paula - przedstawiciela skrajnej frakcji republikanów, nieco dziś zapomnianej Partii Herbacianej - który osiem lat temu cieszył się poparciem rzędu 0,03 proc.

Amerykańska lewica miała więcej szczęścia do potencjalnych wichrzycieli. Jej zmorą był Ralph Nader, kandydat amerykańskich Zielonych, który pierwszy raz wystartował w 2000 r. - i puścił mimo uszu prośby demokratów, by zawczasu wycofał się z wyścigu, zwiększając szanse Ala Gorea w konfrontacji z Georgeem W. Bushem. 2,74 proc. poparcia dla Nadera wystarczyło - przynajmniej z perspektywy Gorea - do przesądzenia o wyniku elekcji na korzyść Busha. Od tamtej pory Nader był na lewicy darzony szczerą niechęcią.

Dyskutanci odcięci od debaty

"Choć osioł i słoń (symbole demokratów i republikanów - przyp. aut.) w oczywisty sposób pokazały swoją umiejętność przetrwania, te polityczne zwierzaki nie zawsze były otwarte na nowe idee, których adwokatami byli polityczni autsajderzy" - pisze amerykański historyk Don J. Green w książce "Third-Party Matters. Politics, Presidents and Third Parties In American History" ("Trzecia partia ma znaczenie. Polityka, prezydenci i trzecie partie w amerykańskiej historii"). - "Przyczyna jest prosta: nie chciały narazić się masom, od których poparcia zależy ich los. W rezultacie zdeterminowani zwolennicy nowych idei formowali własne partie. Tyle że brakowało im poparcia politycznego i wsparcia mediów, jakim cieszyli się demokraci i republikanie".

Green doliczył się w ciągu dwustu ostatnich lat około stu "trzecich partii", które wystawiły w sumie ok. 300 kandydatur. "Ale tylko jedenaście z nich odegrało znaczącą rolę: zmieniło historię czy dostarczyło ważnego wglądu w to, co myśleli Amerykanie w konkretnym okresie życia narodu. Osiągały one sukces wtedy, gdy ważne problemy kraju nie były w odpowiedni sposób rozwiązywane przez dwie duże partie" - konkludował. Według niego takie szczególnie burzliwe okresy to lata poprzedzające wojnę domową, gwałtowna popularność ruchów zwalczających niewolnictwo, lawinowy napływ irlandzkich i niemieckich katolików w latach 40. i 50. XIX wieku, który skutkował pojawieniem się antyimigranckich i antykatolickich nastrojów. Potem jeszcze rewolucja przemysłowa, XX-wieczny napływ idei socjalistycznych, napięcia na tle etnicznym i społecznym po II wojnie światowej, wreszcie znudzenie polityką lat 90.

Przy czym przeciętny Amerykanin patrzy na rodzimą politykę w sposób pragmatyczny. - I jak on miałby rządzić, bez zaplecza pod postacią partii? - odpowiadał pytaniem na pytanie (o kandydaturę Bloomberga) jeden z wyborców demokratów w New Hampshire. Za Atlantykiem droga do władzy wiedzie, mimo wszystko, przez Izbę Reprezentantów i Senat. O tym, jak trudno jest administracji rządzić, dobitnie świadczyć mogą batalie ekipy Baracka Obamy - od reformy systemu opieki zdrowotnej po porozumienie nuklearne z Iranem. Co więcej, współczesna amerykańska partia nie jest w stanie rządzić bez systemu PACs (political action committees), komitetów zbierających fundusze na kampanie wyborcze partyjnych polityków. - Bez nich kandydat nie ma praktycznie żadnych szans - kwitował J. David Gillespie, autor "Politics at the Periphery. Third Parties In Two-Party America". Miliard przeznaczony przez Bloomberga na kampanię to kropla w morzu potrzeb, gdyby chciał się on podeprzeć jakąś strukturą partyjną.

Ale najważniejsza bariera - mentalna, związana z brakiem wiary i otwartym lekceważeniem niezależnych kandydatów - wydaje się padać. "Wygląda na to, że co najmniej dwudziestu demokratów i republikanów będzie się ubiegać o prezydenturę" - pisał kilka miesięcy temu Joseph (Joe) Lieberman, kandydat na wiceprezydenta u boku Ala Gorea w 2000 r. - "Panuje taki tłok, że na pierwszy rzut oka trudno się zorientować, dlaczego niektórzy z nich nie startują jako niezależni. Przecież niektórzy republikanie, jak Rand Paul czy senator Bernie Sanders i były gubernator Lincoln Chafee, zdobyli dotychczas piastowane urzędy jako kandydaci niezależni".

"Odpowiedź jest bardzo prosta" - peroruje Lieberman. - "Jeśli jesteś niezależny, nie masz szans brać udziału w prezydenckich debatach na jesieni 2016 r., a jeśli nie bierzesz w nich udziału, nie masz szans na prezydenturę. A dlaczego niezależny nie może stanąć na jednym podium z nominatami demokratów i republikanów? Bo zasady ustala komisja zdominowana przez te dwie duże partie" - ucina Lieberman. I apeluje o zlikwidowanie tego "szklanego sufitu", nawet gdyby oznaczało to dopuszczenie do głosu kompletnie ekscentrycznych kandydatów. Apel nie trafił w próżnię - w styczniu "The Washington Post" donosił, że wspomniana komisja odpowiedzialna za organizację debat otworzy się na "poważnych" kandydatów niezależnych.

Co jeszcze ważniejsze, kandydatury takie jak Michaela Bloomberga są w stanie przyciągnąć polityków z obu partii, którzy w określonych okolicznościach byliby w stanie odstąpić od partyjnej lojalności. - Kandydatura Mikea opiera się nie na niemożliwej, ale na dosyć nieprawdopodobnej rywalizacji: Trump albo Cruz przeciwko Sandersowi. Jeśli Hillary wygra nominację, będzie wystarczająco centrowa, by Mike uznał, że nie ma szans, a Mike nie porywa się na misje samobójcze - analizował w rozmowie z "The New York Times" weteran Partii Demokratycznej i były gubernator Pensylwanii Edward G. Rendell. A gdyby jednak taka alternatywa wyłoniła się z prawyborów? - Mógłbym poprzeć Bloomberga - wzdychał Rendell. - Jako demokrata przez całe życie, były przewodniczący partii, stanąłbym przed bardzo trudnym wyborem. Ale tak, z pewnością rozważyłbym taką decyzję - kwitował. A to było jeszcze przed New Hampshire.

Biorąc pod uwagę, że w ciągu kilku ostatnich lat posypały się duopole partii politycznych we Francji czy w Hiszpanii, pojawia się pytanie, czy podobny proces - mimo dwustu lat historii - nie zaczyna zachodzić za Atlantykiem.

Nie dbam o Bloomberga - komentował Christopher Anderson, 49-latek spotkany przez jednego z reporterów na wiecu Berniego Sandersa. - Nie ma między nim a Hillary większej różnicy: oboje sypiają z Wall Street i wielkimi korporacjami

@RY1@i02/2016/029/i02.2016.029.000002400.802.jpg@RY2@

Corbis/Profimedia

Michael Bloomberg

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.