Dziennik Gazeta Prawana logo

Nie będzie Unii à la carte

Marek Prawda socjolog i dyplomata, były ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Szwecji i Niemczech. Od 1 kwietnia 2016 r. dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce
Marek Prawda socjolog i dyplomata, były ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Szwecji i Niemczech. Od 1 kwietnia 2016 r. dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polscenieznane / fot. KE
20 września 2018

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker opowiada nam dziś przede wszystkim o sensie bycia razem. Europa suwerenna to taka, która ma ambicję bycia nie tylko płatnikiem , lecz także architektem sytuacji na świecie

Z Markiem Prawdą rozmawia Grzegorz Osiecki

Jaką Unię chce po sobie pozostawić Jean-Claude Juncker?

Unię, w której kraje członkowskie rozumieją, że suwerenność państw i Unii Europejskiej są współzależne. Do tej pory o suwerenności mówili głównie ci, którzy zwalczali Unię pod hasłem obrony autonomii państw. Przewodniczący Komisji Europejskiej odwraca to, mówiąc, że taka suwerenność jest całkowicie złudna bez narzędzi, które możemy wypracować tylko razem. Inny jest dziś świat i inne w nim miejsce Unii. Juncker opowiada nam teraz przede wszystkim o sensie bycia razem.

Tylko czy faktycznie istnieje coś takiego jak suwerenność europejska? Czy to nie jest pojęcie wyimaginowane?

Nie, bo nie są wytworem naszej wyobraźni zjawiska takie jak nadużycia niektórych korporacji międzynarodowych ani to, że rządy państw same sobie z nimi nie radzą. Zagrożenia mają dziś charakter globalny, dlatego odpowiedzi na nie muszą być wypracowane wspólnie. Suwerenność europejska wyraża się w skuteczności. Juncker w orędziu przedstawił nie wyimaginowane, lecz jak najbardziej realne propozycje w różnych dziedzinach, jak migracje, obronność, unia gospodarcza i walutowa, polityka zagraniczna. Europa suwerenna to taka, która ma ambicję bycia nie tylko płatnikiem, lecz również architektem i budowniczym kształtującym sytuację na świecie.

Po doświadczeniu kryzysów na kontynencie ludzie coraz częściej oceniają Unię nie według skali postępu, jaki umożliwiła, lecz po tym, czy potrafi ich ochronić przed zagrożeniami, ciemnymi stronami globalizacji i otwarcia. Na tych prawdziwych i wymyślonych obawach zaczęli żerować miłośnicy zbyt prostych rozwiązań, powstał grunt dla politycznej medycyny niekonwencjonalnej. Unia, żeby być prawdziwie suwerenna, powinna przywrócić obywatelom poczucie kontroli nad ich losem i procesami, które nas w ostatnich latach zaskakiwały. Dlatego w orędziu Juncker tak wiele miejsca poświęcił migracji, mówił o potrzebie radykalnego wzmocnienia ochrony granic zewnętrznych oraz przyspieszenia zawracania migrantów o nieuregulowanym statusie. Wezwał do wzmocnienia unii gospodarczej i walutowej, bo, jego zdaniem, euro powinno się również stać narzędziem nowej suwerenności europejskiej.

Czy takie ruchy jak np. wpuszczenie przez Angelę Merkel w ciągu jednej nocy kilkuset tysięcy imigrantów to akt, który jest wyrazem suwerenności Unii jako całości, czy też jest to coś zupełnie innego?

Gdyby w 2015 r. Unia posiadała tę suwerenność, o której teraz mówi Juncker, tamten dramat by się nie wydarzył. A w każdym razie nie w tej skali i w tak niekontrolowany sposób. Tymczasem wówczas, na bałkańskim szlaku trwał dramat, który mógł przekształcić się w tragedię. To była trudna decyzja w sytuacji, kiedy w Niemczech już było 700 tys. migrantów. Za tę humanitarną decyzję kanclerz Niemiec jest do dzisiaj krytykowana. Cała ta historia pokazała, że skala zjawiska przerosła możliwości południowych państw UE, które nie wypełniały zobowiązań systemu przyjmowania uchodźców. Ale też nie doczekały się wystarczającej pomocy ze strony partnerów unijnych. Zobaczyliśmy, jak pilnie potrzebna jest w Unii reforma polityki migracyjnej na miarę nowych wyzwań. Unia, która szuka rozwiązań i już doprowadziła do znacznego ograniczenia napływu migrantów – co przecież wyraża jej suwerenność, jest powszechnie mylona ze źródłami tych kłopotów. Przecież od dawna było wiadomo, że kiedyś runie mur między bogatą Północą i biednym Południem i miliony ludzi zapukają do naszych drzwi. To skutek tendencji globalnych, których integracja europejska jest tylko małą częścią.

Suwerenność jest zawsze związana z władzą i z polityką. Czy jest ona możliwa bez zwiększenia władzy Unii?

Unia to zarówno państwa członkowskie, jak i instytucje. Zawsze będzie pewne napięcie między tym, co jest kompetencją krajów członkowskich, a co instytucji unijnych. Jeżeli pojawia się nagły kryzys, to na plan pierwszy wychodzą państwa członkowskie, bo mają zwykle więcej narzędzi, żeby ugasić pożar. Jeżeli natomiast pracujemy nad sposobami zapobiegania kryzysom, to wtedy bardziej przydają nam się instytucje.

Rzeczywisty obraz nie odstaje za bardzo od tych słów szefa KE? Mamy Unię, w której rosną siły eurosceptyczne, właśnie odeszła Wielka Brytania, co może świadczyć o tym, że jej atrakcyjność spada. I Unię, gdzie nasilają się podziały – z Francji słychać, żeby budować jakieś koncentryczne kręgi… Czy to nie jest zaklinanie rzeczywistości?

To jest próba znalezienia realistycznej odpowiedzi wobec zachodzących zmian. I zbudowania nowej tożsamości pomniejszonej Unii 27 państw. Z jednej strony widać, że antyeuropejski populizm stał się trwałym elementem sceny politycznej, mam nawet wrażenie triumfu bezkarnych uproszczeń na temat Unii. Z drugiej, w reakcji na to, obserwujemy pewnego rodzaju proeuropejskie przebudzenie. Do głosu dochodzą ci, którzy chcą utrzymać dorobek integracji. Od 2004 r. nie było na kontynencie tak silnego poparcia dla strefy euro – mimo niedoskonałości tej konstrukcji.

Zgodziłbym się, że brexit świadczy o spadku atrakcyjności Unii, gdyby w kolejce do wyjścia ustawili się inni chętni. Ale jakoś ich nie widać. Przeciwnie – na przykład Szwecja, Dania, Finlandia i Holandia, czyli kraje, które wcześniej prezentowały pewien stopień sceptycyzmu wobec pogłębionej integracji, dzisiaj używają innego języka. Najwyraźniej będąc pod wrażeniem tego, co się stało w Wielkiej Brytanii, zaczęły bardziej przejmować się tym, co będzie z Unią Europejską. Dotychczas chowały się za Brytyjczykami, teraz same zgłaszają pomysły, co naprawić. Zapewne konkurują też o wpływy, gdy powstaje pustka po Wielkiej Brytanii. To jest tendencja, którą nazwałbym nową konsolidacją. Mamy zatem raczej przegrupowanie, intensywne spotkania w nowych formatach, testowanie pomysłów, a nie postępującą dezintegrację.

Są oczywiście i tacy, którzy „dają na mszę”, aby Unia się rozpadła, bo to by pasowało do ich koncepcji o niezwykłej dalekowzroczności Brytyjczyków, którzy słusznie opuszczają tonący statek. Mówią: zastąpmy Unię sojuszami z mocarstwami. To jest dalszy scenariusz tego, co pan założył w pytaniu…

Domino?

Tak. Przewidywanie kolejnych wystąpień z Unii i budowanie nowej wersji koncertu mocarstw. Świat zorganizowany w ten sposób miałby lepiej sobie radzić z konfliktami. Zwolennicy takiego wariantu zapominają, jak w przeszłości zawsze się kończyło funkcjonowanie systemu opartego na relacjach transakcyjnych, wąsko pojmowanym pomnażaniu zysków, protekcjonizmie i prawie silniejszego. Krytycy UE nie uwzględniają też, że bez unijnego parasola kraje Europy znacznie mniej znaczyłyby globalnie. Że w niespokojnych czasach, które być może nadchodzą, nie jest dobrze prowadzić grę na własny rachunek. Że korzystanie z liberalizacji handlu i przepływu technologii nie jest dane raz na zawsze. Rola Unii w globalnej gospodarce powinna raczej wzrastać, a nie się zmniejszać.

Na ile, na dłuższą metę, do pogodzenia jest ta wizja Europy Junckera, czyli – jak pan mówił – rekonsolidacji i unijnej suwerenności, z unią narodów, do której nawiązuje Viktor Orbán czy Jarosław Kaczyński?

Nie wiem, czy najistotniejsze różnice między tymi dwoma podejściami dadzą się wyrazić akurat za pomocą tych pojęć. Bruksela dawno odeszła od przekonania, że „więcej Europy” w każdej sprawie oznacza optymalne rozwiązanie. W zależności od problemu – raz bardziej skuteczne mogą okazać się instrumenty, którymi dysponują państwa, innym razem – instrumenty wspólnotowe. Ogólnie: unijna suwerenność opiera się przecież na niezależności państw członkowskich. Nie może zastąpić tego, co jest właściwe narodom. I jak mówi Juncker, dzielenie się suwerennością powinno wzmacniać każde państwo narodowe.

Podam przykład migracji, której Juncker poświęcił bardzo dużo miejsca. Wyraźnie chciałby jeszcze w tej kadencji (kończy się jesienią 2019 r. – red.) uporządkować te sprawy, doprowadzić do zbliżenia stanowisk. Nie ma alternatywy dla europejskiej solidarności, ale można już mówić o różnych sposobach jej praktykowania. Juncker zachęca do znalezienia równowagi między zrozumiałą odpowiedzialnością państw za ich terytoria a niezbędną solidarnością. Skupia się raczej na tym, jak wyjść naprzeciw obawom społeczeństw, a nie aplikować wszystkim jednakowe recepty.

Czy warto było w takim razie prowadzić trzyletnią wojnę o relokacje, straszyć karami…

Po pierwsze, kilkadziesiąt tysięcy ludzi udało się jednak relokować. Po drugie, w tej historii bardziej liczyły się wartości i inwestowanie w sojusze.

Pracowałem w Brukseli jako przedstawiciel Polski przy UE w czasie kryzysu ukraińskiego. Rozpaczliwie szukaliśmy wtedy sposobów na wypracowanie wspólnego stanowiska. Wiele krajów Południa nie rozumiało naszych obaw. Na przykład kolega z Włoch tłumaczył, jak wiele stracą, bo akurat zainwestowali w projekty energetyczne w Rosji. Po kilku dniach jednak powiedział: „Nie podzielamy waszych poglądów i obaw, ale wspólnie troszczymy się o to, żeby ratować unijną jedność, bo to jest dla nas wartość nadrzędna”. I zgodzili się na sankcje. Po dwóch latach ten sam włoski kolega przyszedł do mnie i powiedział, że w sprawie napływu uchodźców doszli już do ściany. Wyjaśnił, że owszem, rozumie, iż inne kraje, w tym Polska, nie mają z tym takiego problemu, ale apelował, abyśmy znaleźli sposób na przyłączenie się do wspólnego projektu. Raz – by ratować nadrzędne cele, po drugie, dlatego że to jednak jest sprawa polsko-włoska, że będą doceniać solidarne gesty ze strony partnerów.

Europę buduje się także poprzez to, jak zachowujemy się w trudnych sytuacjach. Widzę to właśnie w takich kategoriach. A co do samych projektów – są lepsze i gorsze pomysły…

Jak pan w tym kontekście przyjmuje słowa prezydenta o „wyimaginowanej wspólnocie”? O czym one świadczą pana zdaniem?

Wspólnota europejska jest bardzo realna, bo nie ma dziś skuteczniejszej niż UE gwarancji trwałości polskiego wyboru cywilizacyjnego. Jeżeli Brytyjczycy wychodzą z Unii, to albo będą tego żałować, albo nie. Ale w ogóle nie pojawi się na agendzie kwestia ich przynależności do Zachodu – z jego cywilizacją i wartościami. Natomiast nasza akcesja do UE miała nas tam właśnie zakotwiczyć. I stawką jest teraz utrzymanie się w tej przestrzeni instytucjonalnej i aksjologicznej.

Doświadczenie sprzed referendum o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii uczy, że w kampanii wygłasza się pewne opinie dla celów polityki wewnętrznej. Tylko że mogą one wyzwalać procesy, które potem bardzo trudno kontrolować. Pamiętam, jak były premier David Cameron w ostatnich miesiącach przed referendum próbował jednak przekonać swoje społeczeństwo do pozostania w UE. Ale było już za późno – on sam i część jego partii przestali być wiarygodni w tej sprawie.

A może to nie jest tylko hasło obliczone na potrzeby kampanii, ale jednak opis pewnego stanu świadomości. Sprzeciw wobec tego, że Bruksela, czy – szerzej – Zachód nie traktuje nas poważnie?

Sam wiem, że proces przyzwyczajania się Zachodu do tego, żeby patrzeć na Unię przez okulary Europy Środkowo-Wschodniej, jest wyzwaniem. Jednak istnieją mniej lub bardziej skuteczne sposoby zakładania tych okularów naszym partnerom.

Rozumiem, że ten stosowany dziś przez polskich liderów nie jest najlepszy?

Kilka lat temu, gdy negocjowano unijny budżet na lata 2014–2020, odbierano nas jako kraj, który pilnuje, żeby Unia nie pękła na dwie części. Polska wzięła na siebie ciężar hamowania tendencji strukturalnego wyodrębnienia strefy euro, stojąc na stanowisku, że spowoduje to zaprzepaszczenie idei wspólnego rynku i w efekcie rozpad UE, bo rynki finansowe szybko usankcjonowałyby taki podział. Polska ze swoją reputacją kraju, który przełożył demokrację na sukces gospodarczy, była na tyle silna, żeby przewodzić tej narracji – mającej zagwarantować Europę inkluzywną, broniącą się przed utratą atutu, jakim jest wspólny rynek. To w efekcie sprawiło, że w budżecie zmniejszonym o 40 mld euro uzyskaliśmy o 4,5 mld więcej niż w poprzednim rozdaniu. Byliśmy przekonujący w promowaniu budżetu konwergencji i promowania tych, którzy wydają z sensem. Bo na końcu to się liczy najbardziej.

Teraz grozi nam pęknięcie Unii?

W powszechnej świadomości wraca pęknięcie na Zachód i Wschód, np. przy okazji sporów o europejską solidarność czy praworządność. Słychać głosy, że rozszerzenie Unii Europejskiej było błędem. Oczywiście nie było, ale tego rodzaju niemądre głosy najłatwiej zwalczać, jeśli się uczestniczy w projektach decydujących o losach wspólnoty.

À propos słów Andrzeja Dudy, łatwo jest z punktu widzenia obywatela danego państwa unijnego odwołać się do swojej identyfikacji narodowej. Ale ja rozumiem, że prezydent, świadomie czy nieświadomie, pił do tego, że trudno jest przełożyć to, co mówił Juncker, na jakieś poczucie europejskości, dużego poziomu identyfikacji. Tu jest problem? Czy jedno jest przeciwne drugiemu?

Identyfikacja europejska nie ściga się, bo nie może, z tożsamościami narodowymi. One kształtowały się w sytuacjach historycznych, dramatycznych, ekstremalnych i zawsze będą czymś odrębnym, pierwotnym. Tożsamość europejska może być najwyżej ich uzupełnieniem czy rozszerzeniem. Ważne jest natomiast, by nie stawiać tożsamości narodowych w opozycji do tożsamości europejskiej. UE nie dąży do tego, żeby „zaorać” narodowe identyfikacje i „zasiać” jakąś inną. Tak jak Unia nie jest mitem, który ma unieważnić lub zastąpić czymś innym korzenie kulturowe. Taki pogląd mogą głosić chyba tylko ci, którzy chcą nas koniecznie do Unii zniechęcić. Moim zdaniem kluczową aspiracją Unii jest dziś odzyskanie wiarygodności.

W Polsce powinniśmy umieć opowiadać o Europie po swojemu, o tym, czego od niej chcemy, co możemy jej dać i jak możemy na nią wpływać. To jest opowieść o historii stawania się polskiego społeczeństwa europejskiego w ciągu ostatnich 15 lat. Zamiast dorobek tych lat przekreślać lub pomniejszać, warto go silniej uczynić składnikiem współczesnej polskiej tożsamości. Ten dorobek stwarza bowiem szanse na wykreowanie nowoczesności własnej, a nie kopiowanej z cudzych wzorców. Można być Europejczykiem, będąc spadkobiercą swojego losu.

Juncker proponuje coś, co de facto byłoby osłabieniem wpływu państw narodowych, czyli zwiększenie roli głosowań kwalifikowanych. Czy to nie jest tendencja centralizacyjna?

Integrację europejską zwykło się nazywać projektem pokojowym. Poziom współpracy i współzależności gospodarczej miał wykluczać konflikty. Ale dzisiaj pokój na kontynencie w dużo większym stopniu niż dawniej zależy od sytuacji poza kontynentem. Oznacza to, że UE musi przeprosić się z polityką zagraniczną, na której dotąd tak bardzo się nie skupiała. Dyplomacja unijna powstała dopiero kilka lat temu. Jednak napięcia w sąsiedztwie czy kryzys migracyjny nie pozostawiły nam wyboru. Urlop od geopolityki właśnie się skończył. Unia musiała się przystosować do nowej rzeczywistości, czyli powrotu mocarstw i świata policentrycznego. Szybko się okazało, że trudno jej konkurować z przywódcami światowymi, którzy znacznie szybciej podejmują decyzje, często nie oglądając się na mozolne procedury. Inaczej niż Unia. W tej sytuacji mnożą się apele, żeby Unia mogła działać sprawniej i szybciej. Przewodniczący Juncker zaproponował więc stopniowe przechodzenie do decyzji większościowych w sprawach zagranicznych, na razie w ściśle określonych sprawach, jak cywilne misje pokojowe czy wprowadzanie sankcji.

Można się z góry spodziewać tradycyjnego sporu – chcemy sprawnego działania, ale obawiamy się przyznania Unii dodatkowych kompetencji. Inny przykład: te same kraje, które oczekują od Komisji Europejskiej wsparcia przy powstrzymywaniu inwestycji Nord Stream 2, robią bardzo wiele, aby Komisję osłabić. Uważają, że rości sobie za dużo praw. A przecież dobrze wiemy, że KE jest najpoważniejszym sprzymierzeńcem przeciwników tego projektu. To niektóre państwa członkowskie mocno wspierają Gazociąg Północny. Zdecydujmy się więc, na czym nam bardziej zależy.

A czy sądzi pan, że możliwe jest w ogóle zatrzymanie Nord Stream 2? Bo do tej pory Komisja w kwestii Gazociągu Północnego czy Gazpromu naruszającego zasady konkurencyjności nie miała wielu sukcesów.

Ja także wolałbym, żeby Komisja miała w tych sprawach większy wpływ. Wyjaśniłem już jednak, dlaczego go nie ma.

Przewija nam się kwestia kręgów koncentracji, o których mówi Macron. Na ile realny jest w tej chwili scenariusz nowego podziału Unii? I w takim razie – wzdłuż jakich granic miałby przebiegać? To miałaby być stara Unia czy Unia strefy euro?

Myślę, że Jean-Claude Juncker podziela w dużej mierze diagnozę prezydenta Macrona, jednak politycy ci proponują różne rozwiązania. KE jest najsilniejszym i zdeterminowanym obrońcą inkluzywności UE i nigdy nie będzie wspierać pomysłu, by Europę dzielić. Dla krajów takich jak Polska byłoby to ryzyko odsunięcia od wpływu i dostępu do środków. Juncker w ubiegłorocznym orędziu zaproponował dokończenie kluczowych projektów po to, abyśmy wszyscy znaleźli się na szerszej ścieżce. Trudniej byłoby nas wtedy z niej zepchnąć. Dzięki temu dyskusja o Europie kręgów koncentrycznych czy wielu prędkości stałaby się bezprzedmiotowa.

Dlatego jeżeli popatrzymy na niedokończone unijne projekty – euro, unię bankową czy Schengen – dla uważnego odbiorcy jasne stają się trzy oferty, które rok temu złożył szef KE. Jedna z nich dotyczyła naszego regionu – ma być więcej pieniędzy dla tych, którzy chcą zbliżać się do strefy euro i reformować gospodarki w tym kierunku. Ważna jest deklaracja, że przyjęcie wspólnej waluty jest strategicznym celem. Bułgarii i Rumunii Juncker zaproponował, trochę z zaskoczenia, przystąpienie do strefy Schengen. Co do unii bankowej – wiedząc, że projekt zależy od porozumienia się Paryża z Berlinem, Juncker zaproponował pewne rozwiązania, które mogłyby być dla obu stolic do zaakceptowania. Komisja z pewnością podejmuje wysiłki, by odsunąć ryzyko Unii podzielonej.

A czy to może być scenariusz takiej Unii à la carte w wersji prezydenta Macrona? Czy możliwa jest sytuacja na poziomie starych państw członkowskich, że wezmą sobie z Unii to, co jest najlepszego, a na poziomie międzynarodowym już dołożą własne projekty?

Nie widzę w tej chwili w KE gotowości, żeby akceptować Unię à la carte. Myślę, że z KE będzie wychodził sygnał, iż najważniejsze jest wyposażenie się w instrumenty sprawnego zarządzania różnorodnością. Godzimy się z tym, że w różnych sprawach pewne grupy państw będą szły szybciej, a inne wolniej, ale najważniejsze jest, żeby ta różnorodność nie rozbijała Unii. By zachować spójność instytucjonalno-prawną. W tym widziałbym największe wyzwanie. Nie chodzi o forsowanie jednolitości UE – co niesłusznie przypisuje się Junckerowi, ale o uznanie różnorodności i skoncentrowanie się na tym, aby była ona bezpieczna.

Czy w tym scenariuszu jest miejsce dla Międzymorza? Dziś obserwujemy podziały budżetowe: są państwa Północy, Południa, Europa Środkowo-Wschodnia…

Jest wiele projektów infrastrukturalnych w naszym regionie i one wymagają większej uwagi ze strony UE, bo to jest element, który buduje spójność całej Europy.

Czy wieloletni budżet UE nie będzie kolejnym zarzewiem sporów? Wyraźnie widać, że on jest mniejszy dla Polski niż poprzedni. A mają jeszcze dojść mechanizmy, które pozwolą na przykręcanie kurka z pieniędzmi, gdy pojawią się rozbieżności – np. w kwestii praworządności itd. Na ile w tej chwili możemy liczyć na to, że przynależność do Unii zwiększy zasobność narodowego portfela.

Poprzedni budżet był, jak wspomniałem, realizacją podejścia, które polegało na zasypywaniu rowów między bogatymi i biednymi. To był priorytet. Po to jest Unia. A poza tym chodziło o dodatkowe wsparcie dla tych, którzy rozsądnie wydają pieniądze – żeby zachęcać do takich postaw. Jednak od czasu, gdy uchwalano poprzedni budżet, wiele się wydarzyło. Z Unii wychodzą Brytyjczycy, pojawiły się nowe cele, Polska stała się bogatsza. Samo to oznacza, że nasz udział w unijnym torcie musi być trochę mniejszy. Ale cięcia mają być głębsze, bo także filozofia budżetowa jest inna – jest on dziś w dużym stopniu efektem reagowania na sytuacje, na strategiczne wyzwania, jakie przyniosły ostatnie lata. Dziś liczy się na przykład wspieranie tych regionów, które zostały szczególnie dotknięte problemem uchodźców, a nie otrzymały oczekiwanego wsparcia ze strony partnerów. Nie miałbym specjalnych nadziei, że da się to radykalnie zmienić. Takie podejście jest wynikiem wielomiesięcznych debat i uzgodnień oraz efektem tego, że ktoś miał silny głos i go wysłuchano.

Można sobie wyobrazić, że są w naszej części Europy jakieś regiony, które z innych powodów wymagają szczególnego wsparcia. Jeżeli ma się silną pozycję negocjacyjną, to powinno się o tych regionach opowiedzieć tak, jak inni opowiadają o regionach, które borykają się z problemami imigracji. Na przykład o takich, które z różnych powodów, np. zaszłości historycznych, są nadmiernie uzależnione od węgla. I że wychodzenie z tej zależności wymaga szczególnego wsparcia.

Ale ten budżet może być odebrany jako kara dla Polski czy innych krajów regionu – bo na przykład mają w nim pojawić się reguły, które pozwolą na zmniejszenie przepływu środków w odniesieniu do krajów, które – rzekomo – mają kłopoty z praworządnością?

Warto zwrócić uwagę, że w projekcie – bo to na razie tylko projekt – nie mówi się o warunkowości samego przyznawania funduszy wnioskodawcom, np. regionom. Nie byłyby więc one w żaden sposób „karane”. Dopiero jeśli w fazie dokonywania refundacji środków z Unii miałoby się okazać, że w danym kraju są problemy z przestrzeganiem praworządności, to wypłaty mogłyby być wstrzymane. Ale to problem władz centralnych (a nie np. regionu) i to te władze byłyby zobowiązane do przejęcia wypłat.

Chciałbym zapytać jeszcze o procedurę art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Kto wygra w Radzie: Komisja czy Polska?

Nie ma takiego meczu. Komisja nie chce być stroną sporu, tylko strażniczką reguł. Ona reaguje na sytuacje, które zagrażają całej Unii Europejskiej. Unia musi pozostać wspólnotą normatywną, konsolidować się wokół wartości, bo w innym przypadku nie miałaby mandatu, żeby zabierać głos w centralnych kwestiach współczesności. Czym by wtedy była? Może tylko stowarzyszeniem powołanym do ochrony wspólnego rynku i granic zewnętrznych. Przestrzeganie praworządności jest więc sprawą odpowiedzi na fundamentalne pytanie o to, czym Unia jest i jak funkcjonuje. Poza tym niedawna debata w Parlamencie Europejskim w sprawie zastosowania art. 7 wobec Węgier pokazała jasno, że nie jest to przedmiot troski jedynie urzędników Komisji, lecz dużej większości demokratycznie wybranych przedstawicieli wszystkich państw Unii. ©

fot. Stephanie Lecocq/EPA/PAP

Unijna suwerenność opiera się na niezależności państw członkowskich. Nie może zastąpić tego, co jest właściwe narodom. I jak mówi Juncker, dzielenie się suwerennością powinno wzmacniać każde państwo narodowe

Współpraca Anna Ochremiak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.