Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Nowa Wielka Gra Rosji

28 czerwca 2018

Amerykanie grożą nalotami na Syrię, Kreml zestrzeliwaniem rakiet. Narasta konflikt między mocarstwami. Najlepszym przykładem może być Afganistan, wydawałoby się - dla Rosjan rozdział zamknięty

Lata lecą, a Donald Trump niestrudzenie tweetuje. "Rosja zapowiada zestrzelenie wszystkich rakiet wystrzelonych w kierunku Syrii. Przygotuj się Rosjo, bo one nadchodzą: fajne, nowe i «inteligentne». Nie powinniście byli się zadawać z Zabijającym Gazem Zwierzęciem, które morduje swój naród i któremu sprawia to przyjemność!" - taki wpis pojawił się na koncie prezydenta Stanów Zjednoczonych w środowy poranek (choć w czwartek w kolejnym tweecie dodał, że nie powiedział kiedy wyda rozkaz ataku).

Był to komentarz do prawdopodobnego ataku chemicznego rządowej syryjskiej armii na ostatni bastion rebeliantów w regionie Wschodnia Ghouta, do którego doszło w ostatnią sobotę - miało w nim zginąć 40 osób, przede wszystkim cywilów, a kolejne kilkaset odnieść obrażenia. Popierani przez Zachód bojownicy, według ostatnich informacji, utrzymywali się na pozycjach w mieście Douma do czwartku 12 kwietnia.

Na reakcję Waszyngtonu nie trzeba było długo czekać: padły groźby nalotów. Na to jednak odpowiedziała Rosja, w sposób taki, jak opisał to w swoim poście Trump. I ten fakt jest znaczący - jeszcze kilka lat temu, gdy Baszar al-Asad zaczął używać przeciwko rebeliantom broni chemicznej, Kreml wyciągnął co prawda do reżimu w Damaszku pomocną dłoń, negocjując porozumienie o pozbyciu się syryjskiego arsenału chemicznego, ale jednocześnie dystansował się od samego ataku. Teraz Moskwa zbywa zarzuty Amerykanów wzruszeniem ramion. - Nie uprawiamy twitterowej dyplomacji - ripostował zimno rzecznik Kremla Dmitri Pieskow.

To dobitnie pokazuje, jak daleką drogę przeszliśmy w ciągu zaledwie kilku lat: od trudnej, ale sporadycznie przynoszącej efekty współpracy - do konfrontacji. Co więcej - Moskwa staje w Syrii po stronie wieloletniego sojusznika i w obronie swojego ostatniego przyczółka na Bliskim Wschodzie. Ale są miejsca, gdzie nowa zimna wojna przynosi zupełnie niespodziewane owoce - sojusze z wieloletnimi wrogami. Takim przykładem może być choćby Afganistan.

Tam Rosja zbroi talibów - jak zarzucają Kremlowi już od miesięcy Amerykanie. Jakkolwiek taki sojusz wydaje się być w poprzek konsekwentnie prowadzonej polityki Moskwy wobec świata muzułmańskiego, to taktycznie nie byłoby w takim aliansie nic nowego. Rosja po prostu nigdy nie wypadła ze współczesnej wielkiej gry, a zmieniające sie realia nadały tej rywalizacji nową dynamikę.

Nie licząc papierkowej roboty

"Tej ostatniej nocy gen. Gromow nie przespał dobrze. Opuściły go emocje: radość z poprzedniego dnia ulotniła się. O czwartej zdrzemnął się, ale obudził się jeszcze przed dzwonkiem budzika. O piątej baza tętniła życiem. Żołnierze krążyli i śmieli się głośno, i pierwsze pojazdy rozgrzewały silniki. Ktoś zaczął śpiewać" - tak ostatni poranek Armii Czerwonej w Afganistanie opisuje Rodric Braithwaite, brytyjski dyplomata i historyk, w bestsellerowych "Afgańcach. Ostatniej wojnie imperium".

Rankiem 15 lutego 1989 r. przez most wiodący z ostatniej przed granicą bazy tranzytowej Chairaton ruszyły w kierunku ZSRR transportery opancerzone, "kilku żołnierzy miało łzy w oczach". Kwadrans po wyjeździe pierwszego pojazdu wystartował ostatni w kolumnie - pojazd dowódcy kontyngentu gen. Borysa Gromowa. Po radzieckiej stronie granicy czekali już korespondenci i bliscy wojskowych. "Ludzie obejmowali żołnierzy, całowali ich, rzucali kwiaty pod gąsienice pojazdów - pisze Braithwaite. - Był tam syn Gromowa - Maksim, który podbiegł do ojca, aby go uścisnąć. Potem nastąpiły przemówienia, obiad dla oficerów w pobliskiej restauracji. Gromow zatelefonował do Jazowa (ostatniego mianowanego marszałka ZSRR, wówczas ministra obrony - red.), który złożył mu pozbawione entuzjazmu gratulacje".

Choć w witającym tłumie padały już pytania, jak to wszystko było możliwe i co Armia Czerwona przez ponad dziewięć lat robiła w "Wietnamie Sowietów", dziennik "Prawda" wyliczał jeszcze osiągnięcia interwencji. "W ciągu dziesięciu lat sowieccy żołnierze w Afganistanie wyremontowali i zbudowali setki szkół, uczelni technicznych, ponad 30 szpitali i podobną liczbę przedszkoli, ok. 400 bloków mieszkalnych oraz 35 meczetów. Wydrążyli kilkadziesiąt studni i wykopali prawie 150 km rowów i kanałów nawadniających. Uczestniczyli też w strzeżeniu zagrożonych wojskowych i cywilnych instalacji" - napisano w najważniejszej wówczas gazecie imperium.

"A potem, jeśli nie liczyć papierkowej roboty, wszystko się skończyło" - konkluduje brytyjski autor.

Ale to nie do końca prawda.

Sprzedać nursiki i do domu

Nawet gdy wóz Gromowa przejeżdżał przez most, pod Hindukuszem wciąż byli Rosjanie: w Kabulu ostała się chroniona przez komandosów ambasada, specjaliści wojskowi doradzali armii rządowej przy obsłudze co bardziej wyrafinowanych urządzeń i instalacji wojskowych, siły specjalne i zwiadowcze operowały w prowincjach graniczących z ZSRR. Kabul żył z radzieckiej pomocy żywnościowej, wojskowej i paliwowej. Trzy miesiące po wyjściu Armii Czerwonej w Kabulu pojawiła się delegacja wojskowa z Moskwy, a do 1990 r. wartość udzielonej przez Kreml pomocy sięgnęła równowartości 3 mld dol.

Ale i te niedobitki zbierały się do odwrotu - żołnierze wyprzedawali dobytek i żywność. Nadarzyła się też ostatnia okazja do zrobienia przekrętów, pod postacią nursików - plastikowych ochraniaczy na głowice pocisków rakietowych. Żołnierze zaczęli o nie dopytywać u afgańskich handlarzy, zapewniając, że plastikowe nasadki "są bardzo użyteczne, bardzo rzadkie i bardzo drogie". Na bazary rzucono niewielką partię nursików, które wtajemniczeni żołnierze wykupili szybko po wysokich cenach, jakich zażyczyli sobie handlarze. Wtedy pomysłodawcy całego systemu podrzucili kabulskim sklepikarzom dwie ciężarówki nasadek - i zniknęli.

Stare sojusze nieubłaganie dobiegały jednak końca. Rząd w Kabulu i afgańska armia stopniowo traciły kontrolę nad krajem, a oddziały podległe poszczególnym komendantom mudżahedinów podchodziły coraz bliżej pod stolicę. Upadł ZSRR, nowy przywódca Rosji Borys Jelcyn nie był zainteresowany łożeniem na przegraną sprawę, a Mohammad Nadżibullah, ostatni prezydent Afganistanu czasu wojny, był na dodatek uznawany w Moskwie za człowieka KGB, któremu w czasach wewnątrzrosyjskiej konfrontacji tym bardziej nie można ufać. Późnym latem 1992 r. ewakuowano ambasadę w Kabulu.

Ale i to nie oznaczało wycofania się spod Hindukuszu - przeciwnie, gdy w pierwszej połowie lat 90. watażkowie stojący na czele rozmaitych frakcji w ruchu mudżahedinów skoczyli sobie do oczu, rosyjscy dyplomaci dwoili się i troili, byleby do nich dotrzeć. Jeden z najsłynniejszych bohaterów antysowieckiego oporu, nazywany Lwem Pandższiru Ahmad Szah Masud, nawiązał takie użyteczne relacje już w 1992 r. - gdy zwycięscy mudżahedini starali się w Kabulu sklecić swój rząd. Próby formowania gabinetu skończyły się totalną klapą, a spór przekształcił się w niemal czteroletnie obracanie stolicy Afganistanu w perzynę za pomocą rakiet i mało udanych ofensyw. Zwaśnionych antysowieckich ekspartyzantów wyrzucili z miasta dopiero talibowie w 1996 r.

W tym czasie Masud był już bliskim sojusznikiem Moskwy, który udowodnił swoją użyteczność w czasie wojny domowej w poradzieckim Tadżykistanie. "To było mądre posunięcie" - pisze Antonio Giustozzi, specjalizujący się w Afganistanie badacz z London School of Economics w książce "Empires of Mud". "Choć pomoc udzielana przez rząd tadżycki nie wykraczała poza serwisowanie helikopterów oddziałów Masuda i pewne wsparcie logistyczne, to przede wszystkim otworzono w ten sposób Tadżykistan dla rosyjskich (a co ważniejsze irańskich) dostaw, które okazały się kluczowe dla przetrwania oblężonego już w Pandższirze Masuda"- wyjaśnia. Nie uchroniło to Masuda przed śmiercią w zorganizowanym przez Al-Kaidę zamachu (na dwa dni przed atakami 11 września), ale też Lew Pandższiru nie był jedyną kartą w rosyjskiej talii.

Ahmed Rashid - legendarny pakistański reporter, który przez dwie dekady śledził burzliwą sytuację w regionie - w swojej najgłośniejszej książce opisał ówczesny dylemat Moskwy: gra toczyła się o to, by poradzieckie republiki Azji Centralnej (Tadżykistan, Kirgistan, Uzbekistan, ale przede wszystkim bogate w surowce Turkmenistan i Kazachstan) nie wyrwały się spod politycznego zwierzchnictwa Kremla. Uspokojenie sytuacji w Afganistanie oznaczałoby budowę szlaków transportu gazu i ropy na południe, a co za tym idzie - uniezależnienie się poradzieckich autokratów we wspomnianych republikach. Zatem należało utrzymywać stan wrzenia, nawet jeżeli oznaczało to nieformalne wsparcie dla nowego gracza pod Hindukuszem - talibów.

Mudżahedin, ale nasz

Jeden z najlepszych rosyjskich filmów minionej dekady to "Kandahar"- trzymająca w napięciu historia schwytania w 1995 r. przez talibów rosyjskiej załogi samolotu, który wylądował w Afganistanie. Lotnicy na rok utknęli w zaimprowizowanych aresztach w mateczniku talibów, mieście Kandahar. Po 12 miesiącach uwięziona załoga dowodzona przez kpt. Władimira Szarpatowa - która w międzyczasie miała też dbać o utrzymanie swojej maszyny w gotowości do lotu - uprowadziła samolot, którym przyleciała pod Hindukusz. Brawurowa eskapada powiodła się, a uciekinierów witano w Rosji jak bohaterów. W 2010 r. ich historia została sfilmowana, a film obsypano nagrodami.

Twórcy "Kandaharu" nie wspominają jednak o kłopotliwym detalu. Załoga samolotu pracowała dla Wiktora Buta, handlarza bronią i byłego wojskowego Armii Czerwonej, który tuż po upadku Związku Radzieckiego wziął się do robienia interesów w najdalszych zakątkach świata. Choć Szarpatow nie poleciał pod Hindukusz z bronią, to But już wówczas zaczynał wywozić do Trzeciego Świata zapasy z poradzieckich arsenałów.

Eksperci wiążą uprowadzenie załogi Szarpatowa z początkami nowego sojuszu. Przez pamiętny rok aresztu w kwaterach talibskich komendantów mieli pojawić się zarówno wytrawny rosyjski dyplomata Zamir Kabułow, jak i sam Wiktor But - twierdzi Damien Lewis, autor opublikowanej niedawno książki o wieloletniej obławie na Buta. Formalnej dyplomacji nie udało się wiele zwojować, a sam przemytnik dowodził później, że Szarpatow nie tyle uciekł talibom, ile został z Afganistanu wyciągnięty. Fakty są jednak takie, że już wkrótce maszyny Buta zaczęły lądować pod Hindukuszem regularnie. "Obie strony (talibowie i opozycyjny wobec nich Sojusz Północny - red.) miały radzieckiej produkcji czołgi T-54 i T-62, działa, najrozmaitsze wyrzutnie rakietowe oraz myśliwce MiG-21 i SU-17: wyposażenie, którego posiadanie, obsługa i przeglądy wymagały pomocy z zagranicy" - piszą Douglas Farah i Stephen Braun, analitycy, którzy tropili interesy Buta w latach przed schwytaniem "Handlarza Śmiercią". "Nie wiadomo, czy działalność Buta stanowiła część oficjalnie zaaprobowanych przez rząd w Moskwie dostaw" - podkreślają. Inna sprawa, że firmy Buta działały bez większych kłopotów również z terytorium Stanów Zjednoczonych czy Europy Zachodniej.

Błyskawiczna wojna, będąca wynikiem zamachów 11 września, po raz kolejny wywróciła szachownicę. "Rosja opowiedziała się po stronie wszystkich uczestniczących w wyścigu o władzę «koni», poza talibami" - pisał były brytyjski ambasador w Kabulu Sherard Cowper-Coles we wspomnieniach "Cables From Kabul. The Inside Story of The West,s Afghanistan Campaign". Ba, Moskwa opowiadała się za zmiażdżeniem resztek ugrupowania siłą i dopiero z czasem przyjęła ton nieco bardziej umiarkowany. "Ale wciąż niektóre osoby w tym systemie, jak choćby ambasador w Afganistanie Zamir Kabułow (ten sam, który negocjował uwolnienie załogi samolotu) wykluczały porozumienie polityczne, którego stroną byliby talibowie" - dorzucał dyplomata z Wysp.

Przyszły prezydent Afganistanu Hamid Karzaj dwukrotnie został przyjęty na Kremlu. Niegdysiejszy wierny towarzysz Ahmada Szaha Masuda, minister wojny Mohammad Kasim Fahim, wynegocjował z Kremlem pomoc wojskową, której wartość sięgnęła w pewnej chwili 30 mln dol. rocznie. Alians Kabulu z Moskwą zaczął jednak trzeszczeć po 2004 r. i ukraińskiej pomarańczowej rewolucji, gdy prezydent Władimir Putin zaczął przybierać coraz bardziej antyzachodni ton. Współpracę nawiązano dopiero po 2010 r. i trwa ona do dziś, obejmując m.in. dostawy broni oraz szkolenie sił rządowych. Tyle że, o ironio, tym razem Kreml stawia na absolutnie wszystkie konie.

Zimnowojenni rywale

Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem - ta stara reguła wojenna okazała się raz jeszcze aktualna w 2015 r. W kolejnych krajach muzułmańskich zaczęły się wówczas tworzyć przyczółki będącego u szczytu potęgi Państwa Islamskiego (ISIS). Nie chodziło tylko o pseudokalifat, jaki pojawił się na terytoriach Syrii i Iraku, lecz także o ekspozytury w państwach takich jak Libia i Afganistan. O ile jednak w Afryce czy na Bliskim Wschodzie ISIS najczęściej wrastało w struktury miejscowych radykałów, o tyle pod Hindukuszem ta sztuka się nie powiodła: miejscowi talibowie wcale nie mieli zamiaru oddawać rządu dusz wysłannikom kalifa.

Z kolei Rosja była od lat zwolennikiem walki z islamskim radykalizmem za pomocą wszelkich środków. Ale Państwo Islamskie to, można by rzec, dla Kremla sprawa wręcz osobista, przynajmniej odkąd okazało się, że kalifat przyciągnął tysiące radykalnych muzułmanów z południowego pogranicza dawnego imperium - od Kaukazu po regiony graniczące ze środkowoazjatyckimi republikami. Zresztą również obywatele tych poradzieckich republik stanowią dla Rosji czynnik ryzyka, biorąc pod uwagę, jak wielu przyjeżdża tu w poszukiwaniu pracy.

W Syrii dobór sojusznika był oczywisty - początek aliansu z reżimem Asadów można datować na lata 70. Pod Hindukuszem nie ma już oczywistych sojuszy, więc i do talibów - zwłaszcza kierowanych przez nowe pokolenie przywódców - można przywyknąć. Dlatego też, gdy pod koniec 2015 r. gruchnęła wieść o współpracy Rosji z pogrobowcami mułły Omara - lidera rebelii talibskiej z lat 90. - Kreml nawet się nie wypierał. - Kontakt między Moskwą a talibami ogranicza się do dzielenia się danymi wywiadowczymi i wymiany informacji odnośnie do Państwa Islamskiego - ucinała rzeczniczka rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych Maria Zacharowa.

W Kabulu przypuszczano, że dane wywiadowcze pozwoliły talibom dwukrotnie - w 2015 r. i 2016 r.- przechwycić prowincję Kunduz, a mułła Abdul Salam, jeden z liderów rebelii, miał okazję jeździć na "konsultacje" z Rosjanami w Tadżykistanie. Ba, takich spotkań miało być już do tej pory kilka, w tym z najważniejszym komendantem "czarnych turbanów", mułłą Achtarem Mansurem, w Iranie. Tyle że wkrótce Mansur zginął od wystrzelonej z amerykańskiego drona rakiety.

- Powiązania między ISIS i pełzającą rebelią na Północnym Kaukazie, fakt, że ludzie z tego regionu walczą w Syrii, i to w rolach przywódczych, nawet jeżeli nie w takiej liczbie, jaką posługuje się rosyjski rząd (szacunki dotyczące osób z rosyjskim obywatelstwem w oddziałach kalifatu diametralnie się różnią: od ok. 2,5 tys. osób w 2015 r. do 5 tys. osób tylko z Dagestanu w roku ubiegłym - red.), oznaczają, że Rosja dostrzega w Państwie Islamskim i stowarzyszonych wokół niego grupach zagrożenie nieproporcjonalnie większe niż w talibach - podkreślała ekspertka waszyngtońskiego Center for Strategic and International Studies Olga Oliker. - Rosjanie mogą zatem uważać, że talibowie to mniejsze zło - kwitowała.

Ale już wówczas analitycy wyczuwali, że niecodziennego aliansu nie sposób sprowadzić wyłącznie do podrzucania sobie informacji. - Putin chce powrotu do lat 70., kiedy Związek Radziecki i Stany Zjednoczone miały status równoważnych geopolitycznych liderów jako zimnowojenni rywale, ale siadały do stołu negocjacyjnego i zawierały porozumienia - kwitował Matthew Rojansky z Woodrow Wilson Center.

Nowe fronty, stare rany

I prawdopodobnie trafił w sedno. Państwo Islamskie jest dziś już cieniem potęgi sprzed trzech lat, tymczasem - jeśli wierzyć Amerykanom - współpraca Kremla z "czarnymi turbanami" kwitnie.

Choć Waszyngton długo odżegnywał się od oficjalnych oświadczeń, już rok temu jeden z wysokich rangą wojskowych z Pentagonu w rozmowie z dziennikiem "The Washington Post" otwarcie potwierdzał, że od końca 2015 r. w Afganistanie znów pojawiło się rosyjskie wyposażenie i broń - głównie mniejszego kalibru. Jesienią pod Hindukuszem miały się pojawić niewielkie wyrzutnie rakietowe. Formalnie przeznaczony do walki z ISIS w północnych prowincjach kraju arsenał zaczął też przeciekać na południe, do prowincji Kandahar i Helmand, gdzie zwolenników Państwa Islamskiego jest jak na lekarstwo, za to z kolei talibowie atakują oddziały NATO.

- Jakakolwiek broń, która jest wysyłana z innego kraju, a nie trafia do rządu Afganistanu, stanowi pogwałcenie prawa międzynarodowego - odgrażał się wówczas sekretarz obrony USA, emerytowany gen. James Mattis. Bezskutecznie, tymczasem talibowie są dziś militarnie mocniejsi niż kiedykolwiek: wiosną ubiegłego roku użyli najprawdopodobniej rosyjskiej broni w samobójczym rajdzie na koszary armii rządowej w Mazar-e-Szarif. Na jesieni niemal przechwycili stolicę prowincji Farah, co skłoniło rząd w Kabulu do dramatycznych apeli do Rosji pod hasłem "ręce precz od Afganistanu". - Wiele krajów jest wplątanych w afgańską wojnę - dowodził kilka miesięcy temu gen. Mohammad Naser Hedajat, jeden z czołowych dowódców armii Afganistanu. - Możemy wskazać Rosję, która aktywnie miesza się do sytuacji w prowincji Farah. Przejęliśmy znaczne ilości rosyjskiej broni, w tym snajperskie noktowizory - wymieniał.

Lokalni notable pod Hindukuszem uskarżają się też, że broń i gotówka trafiają do oddziałów wiernych rozmaitej maści lokalnym komendantom w prowincjach Kunduz, Sar-e Pol, Badachszan czy Baghlan. Dziś oddziały te są jeszcze lojalne wobec Kabulu, jutro mogą być zarzewiem buntu lub zmienić się w przestępcze gangi - twierdzą eksperci z organizacji zachodnich działających w Afganistanie. Analogiczne opowieści o karawanach z kałasznikowami snują też przemytnicy działający na północnych rubieżach zanarchizowanego kraju.

Złudzeń co do intencji graczy w wielkiej grze XXI wieku nie mają nawet sami zainteresowani. - Kiedy Trump naciska na Iran, Rosję i inne kraje, to one próbują utrudniać życie Stanom Zjednoczonym w Afganistanie - wzruszał ramionami Mudżda, jeden z dawnych talibskich liderów, dziś odcinający się od poprzednich towarzyszy broni. - To zawsze była część tej gry, która toczy się w Afganistanie - dorzucał. W taki sposób nowa zimna wojna, poza otwieraniem nowych frontów - jak w Syrii - prowadzi też do otwierania starych ran.

@RY1@i02/2018/073/i02.2018.073.000002000.801.jpg@RY2@

fot. Robert Nickelsberg/East News

Radzieccy żołnierze opuszczają Kabul, 15 maja 1988 r.

- Kiedy Trump naciska na Iran czy Rosję, to one próbują utrudniać życie Ameryce w Afganistanie - mówi Mudżda, jeden z dawnych talibskich liderów, dziś odcinający się od poprzednich towarzyszy broni

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.