Dziennik Gazeta Prawana logo

Berlin słucha głosu Paryża, ale i Hagi

1 lipca 2018

Wraz z zaprzysiężeniem nowego rządu w Niemczech dyskusja nad reformą unii walutowej i gospodarczej wchodzi w decydującą fazę

Dziś Angela Merkel po raz czwarty zostanie powołana na stanowisko kanclerz Niemiec. Po głosowaniu w Bundestagu na stanowisko powoła ją prezydent Frank-Walter Steinmeier. Ta procedura zakończy trwający prawie pół roku pat w rozmowach o utworzeniu rządu w Niemczech, w którym na różnych etapach brali udział zieloni, liberałowie i współtworzący rząd socjaldemokraci.

W ten sposób została usunięta najważniejsza przeszkoda dla rozmów o reformie strefy euro, która jest oczkiem w głowie prezydenta Emmanuela Macrona. Francuski przywódca podczas grudniowego szczytu Rady Europejskiej odbył w tej sprawie nawet wspólną konferencję prasową z kanclerz Angelą Merkel. Duet zapowiedział, że francusko-niemieckie stanowisko w tej sprawie będzie gotowe do marcowego spotkania szefów rządów UE.

Przedłużające się rozmowy koalicyjne w Berlinie sprawiły, że termin ten stał się nierealny. - Po prostu nie mamy nic do ogłoszenia - cytuje anonimowego niemieckiego dyplomatę w ostatnim numerze tygodnik "Der Spiegel". To oznacza, że Francji i Niemcom na uzgodnienie stanowiska zostały trzy miesiące - tak, żeby zdążyć na szczyt Rady Europejskiej 28-29 czerwca.

Czy taki termin jest realny? - Jeśli nie jesteśmy w stanie osiągnąć czegoś w trzy miesiące, to znaczy, że nie zależy nam na tym, żeby w ogóle posunąć się do przodu - mówił w styczniowym wywiadzie dla portalu Politico francuski minister finansów Bruno Le Maire. Jednocześnie zdradził, jak wygląda plan negocjacji: najpierw Paryż i Berlin uzgodnią wspólne stanowisko, potem przedyskutują je z dwoma innymi dużymi krajami strefy euro - Włochami i Hiszpanią - a na końcu zaprezentują swoje propozycje reszcie krajów jako punkt wyjścia do dyskusji.

Takie postawienie sprawy nie podoba się jednak pozostałym krajom strefy euro. - Europa nie jest francusko-niemiecka - grzmiał na początku miesiąca w Berlinie premier Holandii Mark Rutte, dodając, że takie decyzje powinny być podejmowane w gronie wszystkich państw UE. I żeby nie pozostać gołosłownym, skrzyknął premierów z innych państw - Danii, Szwecji, Finlandii, Litwy, Łotwy, Estonii oraz Irlandii - do napisania wspólnego listu w sprawie reformy unii gospodarczo-walutowej.

Grupa ta, nazywana w Brukseli "nową Hanzą" (w nawiązaniu do średniowiecznego związku miast z wybrzeży Bałtyku i Morza Północnego), opowiada się przede wszystkim za wbudowaniem w strefę euro mechanizmów, które będą wymuszać w jej obrębie więcej odpowiedzialności budżetowej. Najważniejsza z nich: obowiązkowa restrukturyzacja długu wszystkich krajów, które w przyszłości staną się niewypłacalne. Znaczy to tyle, że jeśli jakiś kraj eurozony znów ogłosi bankructwo, z automatu straty poniosą wszyscy jego pożyczkodawcy - także prywatni.

Chodzi o to, żeby podatnicy nie musieli składać się na spłacanie długów banków, które bezmyślnie pożyczały pieniądze krajom ze słabą dyscypliną budżetową. Tak się stało w przypadku Grecji, gdzie według wyliczeń znakomita większość środków w ramach programów ratunkowych poszła na spłatę wcześniejszych pożyczek - a nie realne ratowanie gospodarki (chociaż bailout z 2012 r. zakładał również jednorazowe umorzenie połowy długów).

Stanowisko to cieszy się cichym poparciem Niemiec (od dawna rzecznika większej dyscypliny finansowej w strefie euro). Dla Paryża to jednak "czerwona linia", której Francuzi nie chcą przekraczać. Zgadzają się z nimi przygnieceni własnym długiem publicznym Włosi - tym bardziej, że eurosceptyczne ugrupowania, które wygrały niedawne wybory parlamentarne, nie doszły do władzy pod hasłem oszczędności budżetowych.

Kolejnym drażliwym punktem jest dokończenie unii bankowej, w tym wprowadzenie europejskiego ubezpieczenia dla depozytów do wysokości 100 tys. euro. Unia bankowa została pomyślana tak, aby na wypadek upadłości dużej instytucji żaden kraj nie musiał na własną rękę walczyć z jej skutkami (a przecież w największych bankach konta mają także mieszkańcy innych krajów). Berlin stoi jednak na stanowisku, że nie może być mowy o wprowadzeniu tego rozwiązania bez wcześniejszych porządków w niespłacanych kredytach w europejskich bankach. To z kolei blokuje dyskusję ze strony Włoch, które mają z tym największy problem.

Otwarte pozostaje pytanie, na ile presja ze strony "nowej Hanzy" może wpłynąć na francusko-niemieckie porozumienie. W przeszłości Angeli Merkel zdarzało się bowiem w ostatniej chwili ustępować w najważniejszych punktach, aby osiągnąć porozumienie. Przykładem analogiczna dyskusja, jaka mała miejsce w 2010 r., kiedy Europa zastanawiała się, jak wymusić dyscyplinę budżetową na członkach eurozony. Kanclerz na szczycie z Nicolasem Sarkozym w Deauville porzuciła wtedy pomysł nakładania kar na maruderów w zamian za stworzenie stałego mechanizmu ratunkowego dla państw w tarapatach - dzisiaj znanego jako Europejski Mechanizm Stabilizacyjny.

@RY1@i02/2018/052/i02.2018.052.000001400.801.jpg@RY2@

fot. Axel Schmidt/Reuters/Forum

Olaf Scholz, nowy minister finansów Niemiec, będzie negocjował przyszłość strefy euro

Jakub Kapiszewski

jakub.kapiszewski@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.