Miliardy dolarów na milion wyborców
Z aledwie milion wyborców w sześciu stanach zadecyduje o tym, czy prezydentem zostanie Joe Biden czy Donald Trump.
Karty dotyczące decyzji aż 99,5 proc. wyborców są już rozdane. A przynajmniej tak traktują je sztaby kandydatów, które nawet nie chcą dekoncentrować się przekonywaniem owych 99,5 proc. Wydawać tu pieniądze to jak wyrzucać je w błoto. System polityczny w Stanach Zjednoczonych jest skupiony na wahających się. Media społecznościowe pozwalają identyfikować wyborców i ich preferencje coraz lepiej, zawężając wraz z kolejnym cyklem wyborczym odsetek „tych, o których warto zabiegać”. Chciałoby się, by święto demokracji było bardziej odświętne, bardziej inkluzyjne. Nie jest.
Dlaczego za języczek u wagi uchodzi zaledwie pół procent Amerykanów? Winne jest głównie Kolegium Elektorów, konstytucyjny organ, który co cztery lata formalnie wyłania prezydenta. Każdy ze stanów, a także Dystrykt Kolumbii, ma w nim przypisaną liczbę elektorów (w pewnym uproszczeniu w zależności od liczby ludności). Choć zdarzały się wyjątki, tradycją jest, że elektor głosuje w Kolegium na tego kandydata, który otrzymał w jego stanie większość w głosowaniu powszechnym. Końcowo prezydenturę wygrywa ten, kto uzyska większość głosów elektorów, a nie ten, na kogo zagłosowała większa liczba wyborców. Na przykład Hillary Clinton w 2016 r. uzyskała prawie 3 mln głosów więcej niż Donald Trump, ale wyścig do Białego Domu i tak przegrała.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.