Iran wrze. Reżim Ahmadineżada nasila represje wobec opozycji
Frustracja młodzieży sięgnęła zenitu. W trwających od dwóch dni manifestacjach zginęło do tej pory co najmniej osiem osób, w tym dziennikarz z Dubaju. Władze reagują zatrzymaniami antyrządowych liderów
Po dwóch dniach starć w centrach największych irańskich miast wczoraj władze rozpoczęły operację represji i aresztowań osób związanych z opozycją, przede wszystkim doradców najważniejszych liderów ruchu reformatorskiego i rywala Mahmuda Ahmadineżada w czerwcowych wyborach prezydenckich - Mira Hosejna Musawiego. Reżim za wszelką cenę nie chce dopuścić do wybuchu kolejnych protestów. Problem jednak w tym, że skala frustracji i zrewoltowania młodych Irańczyków sięgnęła zenitu.
Bilans demonstracji, które przetoczyły się przez Teheran, Tabriz, Isfahan, Sziraz oraz kilka innych mniejszych miast, jest tragiczny. W walkach między protestującymi a policją zginąć mogło, według różnych źródeł, od 8 do 10 osób. Nikt nie wie, ilu demonstrantów zostało rannych. Służby bezpieczeństwa poinformowały o aresztowaniu ponad 300 osób. Iran wrze bez świadków z zagranicy. Władze zabroniły wjazdu do kraju zagranicznym korespondentom.
Wczoraj na stronach internetowych kojarzonych z opozycją zaczęły się pojawiać informacje o zatrzymaniu kolejnych osób związanych z ruchem reformatorskim. Agenci służb bezpieczeństwa przyszli m.in. po jednego z pierwszych porewolucyjnych szefów irańskiej dyplomacji, 78-letniego Ebrahima Jazdiego, obrońcę praw człowieka, i dziennikarza Emada Baghiego. Aresztowani zostali też trzej doradcy Musawiego oraz dwaj współpracownicy byłego prezydenta kraju Mohammada Chatamiego.
Służby bezpieczeństwa nie poprzestają na aresztowaniach. Po tym jak w niedzielnych starciach zginął krewny Mira Hosejna Musawiego, 35-letni Sejed Reza Musawi, jego ciało w tajemniczych okolicznościach zniknęło z kostnicy największego szpitala w Teheranie. Opozycja irańska tłumaczy to w najprostszy sposób: władze chcą zapobiec przekształceniu się pogrzebu krewniaka prominentnego polityka w kolejną polityczną demonstrację. Ciało zostanie zwrócone - jeżeli w ogóle - dopiero wtedy, gdy sytuacja wróci do normy. Wszystko po to, by Sejed Reza Musawi nie stał się męczennikiem i symbolem oporu przeciw władzy.
Rok 2009 był w Iranie wyjątkowo gorący. Obecne protesty niewiele się różnią od liczonych w setkach akcji protestacyjnych, które rozpoczęły się w czerwcu, tuż po wygranych przez Mahmuda Ahmadineżada wyborach. W ciągu trwającej kilka tygodni fali protestów zgodnie z oficjalnymi danymi zginęło 36 osób - a według opozycji dwa razy tyle.
W przypadku najnowszej fali protestów pretekstem była śmierć patrona reformatorów, wielkiego ajatollaha Hosejna Alego Montazeriego. Opozycja postanowiła ją wykorzystać do konsolidacji zwolenników Musawiego. Niedawny rywal Ahmadineżada pojawił się na pogrzebie ajatollaha, a jego współpracownicy zapowiedzieli falę demonstracji. Miała ona trwać w 10-dniowym okresie świąt, których kulminacją są obchody Aszury - męczeńskiej śmierci wnuka proroka Mahometa w bitwie pod Karbalą.
Tak też się stało - w weekend na ulice największych miast wyszły dziesiątki tysięcy coraz bardziej sfrustrowanych i skłonnych do konfrontacji młodych ludzi. Jeśli latem tłum gotowy był jeszcze traktować służby porządkowe obojętnie, to w trakcie ostatnich dni zamieszek demonstranci znacznie śmielej i chętniej atakowali policję i paramilitarnych basidżów, odbierając im charakterystyczne motocykle, podpalając radiowozy i autobusy komunikacji miejskiej.
- To grupa młodzieży oglądająca na co dzień powstające na Zachodzie perskojęzyczne serwisy, które otwarcie zachęcają do oporu przeciw władzom kraju - mówi nam Mohammad Marandi, politolog z uniwersytetu w Teheranie. - Ci ludzie z pewnością chcą bardziej proamerykańskiego Iranu, nie zważając, że nawet większość ruchu reformatorskiego uważa istniejący dziś system za dobry - dodaje.
Ale nawet irański politolog przyznaje, że w Iranie młodzi nie mają perspektyw i większość marzy o wyjeździe z kraju. Jego zdaniem sięgające prawdopodobnie 30 proc. bezrobocie wśród kończących studia młodych ludzi to wynik zachodnich sankcji nałożonych na kraj. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana: napędzany przez władze kraju porewolucyjny baby boom lat 80. zderzył się dwie dekady później z nieefektywną gospodarką i międzynarodową izolacją, która odstraszyła inwestorów zagranicznych. Choć co roku uniwersytety wypuszczają kolejne tysiące nieźle wyedukowanych absolwentów, szanse na pracę mają oni tylko w przedsięwzięciach firmowanych przez rząd.
Efekty nietrudno dostrzec. Młodzi, dobrze wykształceni Irańczycy nie wahają się zaczepiać cudzoziemców, by zaproponować im usługi przewodnika po lokalnych atrakcjach turystycznych, dopytywać o możliwości studiowania poza Iranem, a czasem - zaproponować deficytowe towary, piwo czy whisky.
Ilekroć jeden młodzieniec znajdzie pracę, choćby jako parkingowy, w jego budce siedzi jednocześnie kilku kolegów - którzy akurat zajęcia nie mają. Anglojęzyczne podręczniki z wszelkich dziedzin są rozchwytywane, ale nawet ci, którzy znają jedynie kilka słów po angielsku, nie mają wątpliwości, gdzie jest ich miejsce.
- USA - dobitnie mówi nam jeden z nich, z braku słów gestami demonstrując odlatujący samolot. - Przez kilkanaście miesięcy obowiązkowej służby wojskowej nie dość, że nie mogłem szukać pracy, to jeszcze zapomniałem wiele z tego, czego nauczyłem się na studiach - narzekał 25-letni Mohammad, którego spotkałem w Isfahanie. - Od wielu miesięcy szukam zatrudnienia i choć ostatecznie dostałem propozycję z biura gubernatora, to wcale nie jest to pewna praca - podkreśla.
Co gorsza, bezrobocie czy obowiązkowa służba wojskowa to nie najgorsze, co może spotkać młodego Irańczyka. Z danych Narodów Zjednoczonych wynika, że odsetek osób uzależnionych od narkotyków należy do najwyższych na świecie - sięga niemal 3 proc. Oznacza to, że prawie 4 mln Irańczyków regularnie sięga po mniej lub bardziej uzależniające środki. I choć z tą patologią władze w Teheranie walczą z całą bezwzględnością, skali zjawiska nie da się ukryć: wystarczy przejść się zakamarkami obok głównych ulic miast, gdzie przy śmietnikach czy na opustoszałych skwerach można znaleźć porzucone strzykawki.
Póki więc władze w Teheranie nie rozwiążą problemów sfrustrowanej młodzieży, w kraju nie zapanuje spokój. Elity rewolucyjnego kraju nieubłaganie się starzeją, a młodzi są coraz mniej przywiązani do islamskiej republiki. W 1999 roku w masowych protestach studenci pokazali swoją siłę. Dziesięć lat później pokazują swoją determinację. Wkrótce mogą pokazać wściekłość i obalić reżim.
@RY1@i02/2009/253/i02.2009.253.000.0008.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2009/253/i02.2009.253.000.0008.002.jpg@RY2@
@RY1@i02/2009/253/i02.2009.253.000.0008.003.jpg@RY2@
Masowe protesty, które rozpoczęły się w Isfahanie, by potem rozlać się na resztę kraju, spowodowały, że władze wzmocniły policyjny reżim i wyprowadziły na ulicę więcej funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Manifestanci - inaczej niż dotychczas - coraz częściej pozwalają sobie na bezpośrednie atakowanie policjantów. Efekt? Są już pierwsi zabici, wielu rannych, a co najmniej 300 osób zostało aresztowanych przez wierną reżimowi bezpiekę
Szara eminencja irańskiej polityki, cichy patron obozu reformatorskiego - choć sam uchodzi za umiarkowanego konserwatystę. Podobno to 75-letni dziś Rafsandżani doprowadził do wyboru Alego Chameneiego na następcę ajatollaha Chomeiniego na stanowisku najwyższego przywódcy Iranu - by móc kontrolować pozbawionego autorytetu duchownego. W latach 1989 - 1997 był prezydentem Iranu, a w 2005 r. ponownie próbował zdobyć to stanowisko, rywalizując z Mahmudem Ahmadineżadem. Sromotnie przegrał, na dodatek po wyborach Ahmadineżad kilkakrotnie ujawniał skalę nepotyzmu i nielegalnych interesów rodziny Rafsandżaniego, szczególnie w przemyśle naftowym.
Nazywany "uśmiechniętym ajatollahem" 66-letni były prezydent Iranu (1997 - 2005) w spektakularny sposób wygrywał wybory, np. w 1997 r., gdy zdobył 70 proc. głosów. Młodzież uwielbiała go za obietnice zmian, liberalny wizerunek i ocieplenie stosunków z Zachodem. Stracił część popularności, gdy nie wstawił się za studentami podczas protestów w 1999 r. Również większość proponowanych przez niego reform utrącił parlament. Wiosną rozważał wystartowanie w wyborach prezydenckich, jednak wzburzenie wśród konserwatystów oraz próba zamachu na jego życie sprawiły, że ustąpił na rzecz Mira Hosejna Musawiego.
67-letni ostatni premier Iranu. Piastował to stanowisko w latach wojny z Irakiem, zrezygnował w 1989 r. Uchodził wówczas za jednego z najbardziej konserwatywnych polityków reżimu. Zarazem jednak zapamiętano go jako sprawnego organizatora, który mimo wojny potrafił zapewnić dostawy podstawowych dóbr. Skonfliktowany z ówczesnym prezydentem, a dziś najwyższym przywódcą Alim Chameneim po 1989 r. znalazł się na marginesie polityki, choć zachował stanowiska w kilku kluczowych instytucjach. Wiosną 2009 r. ogłosił start w wyborach prezydenckich i wkrótce później stał się symbolem ruchu reformatorskiego. Płaci za to wysoką cenę: jego bratanek zginął podczas niedzielnych demonstracji.
Zmarły ponad tydzień temu w wieku 87 lat duchowny był ikoną oporu - najpierw przeciw rządom szacha, a po zwycięstwie rewolucji islamskiej w 1979 r. przeciw dyktaturze wprowadzanej przez nowe władze. Otwarcie krytykował falę egzekucji przeciwników reżimu, jaka przetoczyła się w latach 80. przez Iran - stracił wówczas szanse na zastąpienie Chomeiniego na stanowisku najwyższego przywódcy. Zmarginalizowany, wciąż krytykował władze, m.in. za fatwę nakazującą zabicie autora "Szatańskich wersetów" Salmana Rushdiego. Kilka miesięcy temu potępił reelekcję Ahmadineżada jako wyborczą manipulację.
mariusz.janik@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu