Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Irańska wojna ze skażeniem

Ten tekst przeczytasz w 12 minut

Iran broni się przed zachodnią dekadencją, obsesyjnie cenzurując i nadzorując kulturę masową

Kiedy cztery lata temu autor "Irańskiej historii miłosnej" Shahriar Mandanipur decydował się na życie emigranta w USA, było już jasne, że dla irańskich literatów nadchodzą złe czasy. W ciągu ostatnich pięciu lat cofnięto pozwolenia na dodruk i wznowienia ponad 70 procent wydanych w Iranie książek. Cenzorzy zablokowali też publikację większości nowych tytułów.

Gdy trzy lata temu konserwatywni duchowni podnieśli krzyk o to, że powieść Gabriela Garcíi Marqueza "Rzecz o mych smutnych dziwkach" (w Iranie wydana pod tytułem "Rzecz o mych smutnych sympatiach") promuje prostytucję, w telewizji kajał się sam minister kultury Mohammad Saffar Harandi. - To jakieś biurokratyczne niedopatrzenie, osoba odpowiedzialna za nie już została zwolniona - zapewniał.

W tym samym czasie pięć tysięcy egzemplarzy pierwszego wydania książki rozchodziło się błyskawicznie - mimo że księgarze szybko podwoili cenę książki. Ogromny popyt dotyczy zresztą każdej pozycji, która ląduje na indeksie. Dla przykładu branża zdążyła sprzedać w sumie osiem wydań "Kodu da Vinci" Dana Browna czy sześć dodruków "Dziewczyny z perłą" Terryego Chevaliera, zanim książki te zostały zakazane.

Irański aparat cenzury, czyli rzesza urzędników Ministerstwa Kultury i Informacji Islamskiej, nie ma żadnych wskazówek na piśmie i kieruje się wyłącznie własnym instynktem. Albo gustem - gdyż cenzorzy nie tylko mają w zwyczaju skreślać fragmenty przeznaczonych do publikacji książek, lecz także proponują poprawki, a czasem na własną rękę dopisują partie tekstu. Interweniują nawet w dzieła klasyków perskiej, a zarazem muzułmańskiej, poezji - Omara Chajjama czy Dżalaluddina Rumiego. Popularny w latach 80. poeta Nader Naderpur trafił na indeks za protestowanie przeciw fatwie wymierzonej w Salmana Rushdiego. Inny liryk - Ahmad Szamlu - ośmielił się dla odmiany zaproponować do publikacji antologię przysłów ludowych, z których wiele było otwarcie antyklerykalnych.

Nie chodzi zresztą wyłącznie o interwencje w literacką materię. Resort może przyjąć tekst do akceptacji i latami zwlekać z samą decyzją. Może też zniszczyć wydawcę ekonomicznie - gdyż cenzorzy poza uwagami do tekstu ustalają też cenę książki. W ostateczności ministerstwo może odebrać licencję (zwykle co roku trzeba obligatoryjnie ubiegać się o jej odnowienie). W latach 90. sięgano po mniej formalne środki nacisku na wydawców - w redakcjach wybuchały bomby.

Kłopoty kultury w Iranie nie ograniczają się do literatury. Dotykają też filmu i muzyki. Filmowcy muszą urzędnikom najpierw przekazać scenariusz filmu, a potem zrobić jego projekcję po montażu. Na indeksie znajdują się choćby dwaj znani z festiwali w Cannes i Wenecji twórcy - Mohsen Makhmalbaf i Bahman Ghobadi. Zwłaszcza ewolucja pierwszego z nich jest typowa dla irańskich filmowców: jeszcze u progu lat 80. Makhmalbaf był gorącym wyznawcą rewolucji i realizował filmy takie jak "Małżeństwo błogosławionych" - gdzie idealistyczny obraz braterstwa na polu bitwy zestawiony był z "zepsuciem" miejskich elit. Później zapragnął robić filmy bliższe realiom - i im bliżej tych realiów był, tym bardziej krzywo patrzyły na jego twórczość władze. W końcu Makhmalbaf znalazł się na cenzurowanym - i dziś jego nazwisko niewiele mówi przeciętnemu Irańczykowi.

Muzyka wprawdzie jest halal (zgodna z naukami Koranu - przyp. red.), ale nie jest kompatybilna z wartościami Republiki Islamskiej. - Nie byłoby dobrze, gdyby wciąż była promowana i gdyby jej uczono - orzekł dwa miesiące temu Najwyższy Przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei. Formalnie była to odpowiedź na pytanie 21-letniego wierzącego, który dopytywał się, czy jego lekcje muzyki nie są sprzeczne z religią. Dla irańskich muzyków zabrzmiała jak wyrok.

Znalezienie w Iranie sklepu płytowego graniczy z cudem. A jeśli nawet się uda - np. na lotnisku Imama Chomeiniego w Teheranie - to są tam niemal wyłącznie płyty z instrumentalną muzyką tradycyjną. Takie bowiem są wymogi cenzorskie: muzyka zachodnia jest oficjalnie całkowicie zakazana, lokalni artyści muszą zaś przedstawić cenzurze zarówno tekst piosenki, jak i samą muzykę. Na koniec urzędnik ocenia też prezencję artysty. Do dyskwalifikacji wystarczy "nadmierna ilość riffów na gitarze elektrycznej" lub "nadmierna ekspresja sceniczna". Również tu obowiązuje jedynie kilka ustalonych zasad: w transmisjach telewizyjnych koncertów można pokazać wyłącznie twarze muzyków, ale już nie ich instrumenty. Kobiety mają zakaz śpiewania solo (chyba że przed kobiecą publicznością). Ostatnio po raz pierwszy zablokowano występ jednej z grup, ponieważ w składzie znajdowały się dwie instrumentalistki. Wszystko po to, by nie dopuścić do skażenia "dekadencką kulturą Zachodu".

W okresie prezydentury Mohammada Chatamiego (1997 - 2005) restrykcje zostały częściowo złagodzone. Zachodni pop zagościł nawet w reżimowych mediach, gdzie w podkładzie programów radiowych i telewizyjnych słychać było m.in. muzykę Erica Claptona do filmu "Rush", piosenkę "Careless Whisper" Georgea Michaela czy saksofonowe popisy Kennyego G. Kres temu rozpasaniu położył Mahmud Ahmadineżad - zakazał zachodniej muzyki w państwowych stacjach. Co więcej, po raz pierwszy od lat reżim wtargnął do - omijanej do tej pory - przestrzeni prywatnej.

Odgórnie próbowano zakazać taksówkarzom słuchania ulubionej muzyki w samochodzie. Na teren posesji, gdzie wcześniej bez większych problemów odbywały się koncerty m.in. hiphopowe czy heavymetalowe, zaczęła wkraczać policja obyczajowa, zgarniając uczestników pod zarzutem "rozpustnego zachowania" albo "satanizmu". Metalowcom zaczęto fundować strzyżenie w areszcie. Los miejscowych artystów przypieczętowały protesty po wyborach prezydenckich w ubiegłym roku. Za poparcie demonstrantów zakazy - występów, podróży albo dokonywania nagrań - objęły blisko stu artystów. Popularny pieśniarz Mohammad Reza Szadżarian, legenda irańskiej sceny, sam zażądał, by państwowe media nie emitowały śpiewanych przez niego utworów.

Nadzieją irańskich twórców - od literatów po reżyserów - pozostaje internet. Korzysta z niego aż 20 milionów Irańczyków, a od kilku lat perski znajduje się w pierwszej dziesiątce języków używanych w sieci. Istnieją tam setki witryn oferujących do ściągnięcia tysiące dzieł literackich, z "Szatańskimi wersetami" Rushdiego włącznie - w wersji nieocenzurowanej. Gdy materiał z debiutanckiej płyty sztandarowej grupy rockowej z Iranu - O-Hum - został odrzucony przez cenzurę, muzycy błyskawicznie wrzucili kompozycje na własną witrynę i umożliwili ściągnięcie ich za darmo. W blogosferze są dostępne reprodukcje dzieł malarstwa, fotografii, utwory muzyczne, filmy dokumentalne i fabularne. Wolność jest w sieci.

@RY1@i02/2010/212/i02.2010.212.196.0037.001.jpg@RY2@

FOT. MARCIN KALIŃSKI

Iran, rok 2009. Graffiti na murze byłej ambasady amerykańskiej w Teheranie, którą 30 lat wcześniej, w czasie rewolucji islamskiej, okupowali zrewoltowani studenci

Mariusz Janik

Niespodziewanie pojawiła się sposobność, by unieść kurtynę ignorancji i przyjrzeć się współczesnemu Iranowi. Ile jest prawdy w rozpowszechnianych przez media informacjach o panującej tam religijnej dyktaturze? Czy Iran rzeczywiście przygotowuje się do kulturowej i zbrojnej wojny z Zachodem?

"Irańska historia miłosna. Ocenzurowano" Shahriara Mandanipoura, jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy perskich, to powieść na poły poważna, na poły satyryczna, skrojona w duchu zaprawionego postmodernizmem gorzkiego humoru rodem z dzieł Gogola i Bułhakowa. Oto prozaik, Shahriar Mandanipour, próbuje napisać obyczajową historię miłosną - rzecz o uczuciu rodzącym się między dwojgiem młodych ludzi w dzisiejszym Teheranie. Zadanie okazuje się niewykonalne: surowe zasady islamskiej cenzury uniemożliwiają mu nawet banalne prowadzenie narracji, a powieść staje się groteskową grą uników.

Ciekawy reportaż "Ajatollah śmie wątpić" Hoomana Majda ukazuje Iran oczami outsidera, Persa żyjącego w USA, który przyjeżdża do dawnej ojczyzny, by zrozumieć paradoksy: jej osobliwą demokrację bez liberalnie rozumianej wolności, dumę pełną uniżenia i kompleksów. Majd pokazuje, w jaki sposób islam może służyć jako skuteczne narzędzie uprawiania polityki i jak Irańczycy wznoszą mury między tym, co publiczne, a tym, co prywatne.

Książki Majda i Mandanipoura na różne sposoby się uzupełniają - nie tyle można, ile właściwie trzeba, czytać je razem.

@RY1@i02/2010/212/i02.2010.212.196.0037.002.jpg@RY2@

@RY1@i02/2010/212/i02.2010.212.196.0037.003.jpg@RY2@

Piotr Kofta

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.