Menedżer dobrobytu Turcji
Po objęciu władzy przez AKP w 2002 roku Recep Tayyip Erdogan postawił na gospodarkę. Zrozumiał, że utrzyma się przy władzy, jeśli zdoła poprawić życie Turków. Udało mu się
Sułtan Erdogan - nieprzychylny przydomek, którym posługują się krytycy tureckiego szefa rządu Recepa Tayyipa Erdogana - paradoksalnie doskonale odzwierciedla rzeczywistość. Po ośmiu latach rządów szef Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) cieszy się niesłabnącą popularnością i właśnie wygrał kolejny plebiscyt - niedzielne referendum, dzięki któremu jego gabinet będzie mógł przeforsować kontrowersyjne zmiany w konstytucji. Erdogan nie miałby jednak szans na zwycięstwa polityczne, gdyby nie jego talent sprawnego menedżera tureckiej gospodarki.
Ledwo dwa dni po spektakularnym zwycięstwie przy urnach ogłoszono kolejny sukces polityki Erdogana: wzrost gospodarczy w Turcji w II kwartale 2010 r. wyniósł 10,3 proc. W I kwartale był jeszcze wyższy, sięgnął 11,3 proc. Rząd będzie więc mógł podwoić swoje prognozy - zakładające dotąd rozwój gospodarczy na 2010 rok na poziomie 3,5 proc.
Dla Erdogana trudno o lepsze wieści przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi: w ostatnich latach notowania jego partii były powiązane ze wskaźnikami ekonomicznymi kraju. Gdy w połowie minionej dekady Turcja była najszybciej rozwijającą się gospodarką wśród państw członkowskich OECD, AKP w cuglach wygrała wybory parlamentarne i - mimo oporu opozycji oraz armii - przeforsowała swojego kandydata na stanowisko prezydenta Turcji.
Gorąco zrobiło się dopiero w 2008 roku, gdy za oceanem runął bank Lehman Brothers, a globalna recesja ogarnęła światowe rynki. Statystyki uratowało wówczas dobre pierwsze półrocze - Ankara odnotowała jeszcze niewielki 0,9-procentowy wzrost. Jednak w zeszłym roku gospodarka zwijała się już w ekspresowym tempie: o 5,6 proc. Wraz z nią spadały notowania AKP. Sytuację udało się jednak opanować - dzięki przeprowadzonym w poprzednich latach reformom banki wyszły z kryzysu obronną ręką, rząd z powodzeniem zabiega o nowe inwestycje zagraniczne, a liczba turystów odwiedzających Turcję wzrosła w pierwszych siedmiu miesiącach tego roku z 15 do 16 mln w porównaniu z 2009 r.
Erdogan jeszcze nigdy nie był tak silny jak dziś - zarazem jednak musi sobie zdawać sprawę z tego, że wystarczy jeden fałszywy krok, by stracić wszystko. Tak jak w czasach liceum, gdy jako nastolatek zaprzepaścił karierę piłkarską, bo odmawiał zgolenia brody zapuszczonej na dowód przywiązania do islamu. Albo jak trzynaście lat temu, gdy jedno bojowe proislamskie przemówienie pozwoliło wysłać go na kilka miesięcy do więzienia i złamało karierę 43-letniego burmistrza Istambułu.
Nikt jednak nie wyciąga wniosków z przeciwności losu lepiej i szybciej niż turecki premier. Brodę zgolił wkrótce po tym, jak zdecydował się na poważne zaangażowanie w politykę. Gdy w 1997 r. wylądował w więzieniu, zrozumiał też, że musi zerwać ze swoim politycznym mentorem, symbolem politycznego islamu w Turcji Necmettinem Erbakanem.
Pod koniec lat 90. nie miał też wątpliwości co do jednego: to stan gospodarki i poziom życia obywateli decydują o sukcesach i porażkach partii politycznych. Erdogan dowiedział się wiele o robieniu interesów w czasach, gdy był burmistrzem Istambułu, który generuje jedną trzecią obrotów handlowych całego kraju. Szkołą biznesu była również współzakładana przez niego AKP - partia konserwatywnych przedsiębiorców małego i średniego sortu z centralnej Anatolii. To tam narodziło się zjawisko nazwane muzułmańskim kalwinizmem - szefowie lokalnych firm zaczęli forsować u siebie staranność, lojalność wobec pracodawcy i klientów. Partia błyskawicznie przejęła ten etos pracy i włączyła go do własnego programu.
Mimo przychylności dla biznesu zarówno dziennikarze, jak i współpracownicy Erdogana twierdzą, że do dziś patrzy on na świat oczami mieszkańca stambulskich slumsów. Szef AKP spędził młodość w biednej portowej dzielnicy na północnych brzegach Złotego Rogu w Istambule. Jego ojciec - po przeprowadzce z niewielkiego miasteczka nad Morzem Czarnym, tuż pod granicą z Gruzją - znalazł tam pracę jako marynarz, a wkrótce kapitan promów przemierzających Bosfor i zapuszczających się na Morze Marmara. Surowo, konserwatywnie wychowany Recep zachował nauki ojca na lata.
Doświadczenia związane z wychodzeniem z biedy miały się przydać po latach. Gdy AKP w 2002 r. po raz pierwszy wygrywała wybory parlamentarne, państwo było w opłakanym stanie. Rok wcześniej do załamania doprowadził je sędziwy premier Bülent Ecevit. Naciskany na przyspieszenie śledztw w sprawach związanych z korupcją we władzach kraju przez ówczesnego prezydenta Ahmeta Necdeta Sezera, szef rządu zagrał va banque. Po kłótni na spotkaniu Narodowej Rady Bezpieczeństwa w lutym 2001 roku postanowił wystąpić przed kamerami. - Państwo znajduje się w kryzysie - obwieścił grobowym tonem widzom.
W ciągu kilku następnych godzin turecka giełda była lżejsza o kilka miliardów dolarów, a inwestorzy, którzy szykowali się do wejścia na tamtejszy rynek, wyrzucali swoje plany do śmieci. Kryzys przetoczył się przez cały kraj, spychając olbrzymią część gospodarki do szarej strefy. W 2003 r. szef tureckiej izby handlowej Sinan Aygün szacował, że wytwarza ona 2/3 tureckiego PKB.
AKP wzięła się za sprzątanie tej stajni Augiasza z entuzjazmem, osiągając błyskawicznie rzadko spotykane efekty. Już kilka miesięcy po wyborach rząd przeforsował w parlamencie ustawę zezwalającą cudzoziemcom na zakup ziemi w Turcji. W ciągu pierwszego roku po wejściu w życie kontrowersyjnej legislacji sprzedano im 277 tys. mkw. działek. I choć niektórym skóra cierpła - zwłaszcza gdy okazało się, że trzeciej części tych zakupów dokonali odwieczni wrogowie Turcji, Grecy - inne sukcesy rządu skutecznie zamykały usta krytykom.
A sukcesów nie brakowało. W dwa lata po objęciu władzy gabinet Erdogana zbił inflację do poziomu jednocyfrowego - coś, czego Turcy nie widzieli od września 1972 r. Dziś wynosi ona ok. 5,5 proc. Rząd przeprowadził denominację lira, wymieniając od stycznia 2005 r. banknoty w stosunku 1:1 000 000. Ostre restrykcje nałożone na instytucje finansowe po kryzysie w 2001 r. zaowocowały dwa lata temu - żaden turecki bank nie popadł w kłopoty z powodu światowej recesji.
- Premier Erdogan pieczołowicie kontynuuje zainicjowaną w 2001 roku politykę i bardzo uważa, by nie powtórzyć błędów poprzedników - podkreśla w rozmowie z "DGP" Fadi Hakura, ekspert londyńskiego Chatham House. - Stara się kontrolować inflację i wydatki publiczne, a jednocześnie dba o przyciąganie inwestycji - dodaje.
W przeciągu kilku lat Turcja trafiła do drugiej dziesiątki największych gospodarek świata. W Istambule w marcu tego roku mieszkało 28 miliarderów - co sytuuje to miasto na czwartym miejscu rankingu, po Nowym Jorku, Moskwie i Londynie.
Erdogan triumfuje i, jak twierdzą zwolennicy opozycji, przymierza się do prezydentury w 2012 roku. Przeforsowane w niedzielę 26 poprawek do konstytucji - które m.in. wzmacniają kompetencje prezydenta i wpływ rządu na wymiar sprawiedliwości - to dopiero przygrywka do tych planów. Jak twierdzą tureccy dziennikarze sympatyzujący z sekularystyczną opozycją, AKP wraca do swojego starego pomysłu, by wprowadzić w Turcji "system prezydencki wzorowany na USA". To niezbyt się jednak podoba elitom. - Erdogan będzie jak Putin - napisał największy turecki dziennik "Hürriyet". - Nawet jeśli nie chodzi o jakiś rodzaj autokracji, to można być pewnym, że szef rządu chce maksymalnie skupić władzę w rękach prezydenta i uszczknąć jej parlamentowi - zaznacza Fadi Hakura.
Władza jednak Erdoganowi ciąży. Od pewnego czasu dziennikarze utyskują, że po dawnym premierze, który żartował z reporterami i chętnie dyskutował ze swoimi przeciwnikami, nie ma już śladu. - On nie chce już nikogo słuchać - twierdzi nestor tureckich dziennikarzy Mehmet Ali Birand. Choć jeszcze występuje czasem bez krawata, po dawnym uśmiechu nie został nawet ślad. Inna sprawa, że Erdogan tracił poczucie humoru od lat - już kilka lat temu zaczął wytaczać procesy karykaturzystom. Ukoronowaniem walki Erdogana z krytycznymi mediami był inspirowany podobno przez kancelarię premiera proces największego tureckiego koncernu medialnego - Dogan Media. W ramach spłaty zaległych podatków oraz kar firma będzie musiała zapłacić 2,5 miliarda dolarów.
Ale mimo niechęci mediów i świeckiego establishmentu zdobycie stanowiska prezydenta może się okazać stosunkowo łatwe. Armia najwyraźniej nie chce już wchodzić w kolejne starcia z rządem - przed niedzielnym referendum nie padło z jej strony ani jedno słowo. Tymczasem nowy lider opozycji, Kemal Kiricdaroglu, najwyraźniej ma trudności z odnalezieniem się w nowej roli: w niedzielę nawet nie zagłosował, bo... nie wiedział, w którym lokalu wyborczym powinien to zrobić. Niechętni rządowi dziennikarze żartują, że czas wyprowadzić się z Ankary i Istambułu do Izmiru. Tylko tam w głosowaniu zwyciężyli przeciwnicy zmian w konstytucji.
@RY1@i02/2010/182/i02.2010.182.186.0003.101.jpg@RY2@
Fot. Reuters/Forum
Recep Tayyip Erdogan może się pochwalić nie lada osiągnięciem: po 8 latach rządów wciąż cieszy się poparciem. Zawdzięcza to reformom gospodarczym, które wydźwignęły Turcję z XIX wieku
WSPÓŁPRACA MARTA KUCHARSKA
Mariusz Janik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu