Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Bliski Wschód

Ahmadineżad: Iran przyłącza się do klubu państw atomowych

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Iran stał się państwem nuklearnym - ogłosił podczas wczorajszych uroczystości 31. rocznicy rewolucji islamskiej prezydent Mahmud Ahmadineżad, komentując informacje o uzyskaniu pierwszej partii uranu wzbogaconego do 20 proc.

Eksperci uważają z kolei, iż mimo kilkudziesięciu miliardów dolarów zainwestowanych przez ostatnie pół wieku w program atomowy Teheran wciąż pozostaje poza klubem atomowych potęg.

- Pierwsza partia wzbogaconego, 20-procentowego paliwa została wyprodukowana i przekazana naukowcom - mówił Ahmadineżad do tłumów zgromadzonych na teherańskim placu Azadi. - W bliskiej przyszłości potroimy tę produkcję - zapowiedział. Z jego słów wynika też, że ośrodek w Natanz ma znacznie większe możliwości wzbogacania paliwa nuklearnego, niż się spodziewano. - Możemy wzbogacać uran w o wiele większym stopniu niż 20 czy 80 proc. - powiedział Irańczykom ich prezydent.

Teoretycznie już uran wzbogacony do poziomu 85 proc. nadaje się do zastosowania w broni jądrowej. Zapewne dlatego irański prezydent zastrzegł więc, że Teheran nie ma zamiaru korzystać z posiadanych możliwości dalszego wzbogacania surowca oraz że nie widzi potrzeby budowania arsenału nuklearnego.

- Uran wzbogacony do zastosowania militarnego powinien mieć co najmniej 90-procentową ilość izotopu 235U, najlepiej 93 proc. - podkreśla w rozmowie z nami Shannon Kile, ekspert Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem zajmujący się irańskim programem nuklearnym. - Bardzo wątpliwe, czy Iran rzeczywiście ma takie możliwości. Co więcej, specjaliści twierdzą, że już w trakcie ostatnich prac prowadzących do wzbogacenia uranu do poziomu 20 proc. irańscy naukowcy napotkali bardzo poważne problemy technologiczne - dodaje.

Nie są to jednak problemy, które na dłuższą metę byłyby w stanie powstrzymać Teheran. Odkąd na początku lat 50. Teheran zainicjował własny program nuklearny, wcześniej czy później udawało się znaleźć mu dostawców nuklearnego know-how. W latach 60. i 70. byli to Amerykanie i Europejczycy. Po rewolucji islamskiej wszyscy oni jednak wycofali się z Iranu, a rodzimi naukowcy - z którymi ajatollahowie szybko przeprosili się po 1979 r. - nie byli w stanie na własną rękę rozwijać programu.

Pierwszym beneficjentem irańskich ambicji nuklearnych jeszcze w latach 80. stała się Rosja. Współpraca nawiązana w ramach umowy z Moskwą kilka lat później, już po upadku Związku Radzieckiego, zaowocowała olbrzymim jak na ówczesne warunki kontraktem na budowę elektrowni atomowej w Buszehr. Irańczycy zobowiązali się wówczas zapłacić za instalacje nad Zatoką Perską aż 800 mln dol. Szybko też rozpoczęli indywidualną współpracę z rosyjskimi naukowcami, którzy chętnie wymieniali państwowe pensje wartości kilkudziesięciu dolarów na szacowane na prawie 5 tys. dol. honoraria w Teheranie.

Chińczycy z kolei chętnie przyjmowali irańskich studentów i sprzedawali Teheranowi urządzenia laboratoryjne, ale najprawdopodobniej nie byli jednak skłonni dzielić się z Teheranem swoją wiedzą co do militarnego wykorzystania wzbogaconego uranu. W tej sprawie więc Irańczycy udali się do "ojca pakistańskiej bomby atomowej", Abdula Kadira Khana, który od połowy lat 80. potajemnie wyprzedawał chętnym nuklearny sprzęt i know-how. Podobno w pierwszym podejściu, w 1991 r., Irańczycy zaoferowali za jego kompleksowe usługi w dziedzinie militarnego programu atomowego 8 mld dol. Oferta została odrzucona, ale już trzy lata później Khan był w stałym kontakcie z Teheranem. Szczegóły relacji między Pakistańczykiem a ajatollahami nie zostały ujawnione do dziś, ale wiadomo, że równolegle tylko jeden z zawartych z Khanem przez Libię kontraktów - na dostawę wirówek oraz urządzeń potrzebnych do budowy kolejnych - wart był 100 mln dol.

- Koszt np. budowy ośrodka w Natanz to kilka miliardów dolarów - szacuje Kile. Jak łatwo wyliczyć, Teheran musiał wydać na swój program już dobre kilkadziesiąt miliardów. Większość z tych pieniędzy trafiła do Moskwy, Pekinu i Islamabadu. Od dwóch pierwszych zależy teraz los sankcji wobec Iranu, nad którymi wkrótce zagłosuje ONZ.

Związane z opozycją serwisy internetowe twierdzą, że siły bezpieczeństwa zapobiegły pojawieniu się na uroczystościach liderów związanych z reformatorską frakcją irańskiego establishmentu. Paramilitarne formacje basidżów zaatakowały m.in. byłego prezydenta Iranu Mohammada Chatamiego oraz kandydata w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, liberalnego duchownego Mehdiego Karubiego.

Aresztowano m.in. syna Karubiego oraz brata Chatamiego i jego żonę Zahrę Eszraghi, wnuczkę najwyższego przywódcy rewolucji, ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego.

Jak twierdzą świadkowie, opozycyjne demonstracje przeszły m.in. ulicami Teheranu, Tabrizu, Szirazu i Isfahanu. Niektóre z manifestacji próbowali rozproszyć przy użyciu gazu łzawiącego i pałek policja i basidżowie. Podobno w użyciu były również karabinki na farbę, które miały pozwolić siłom bezpieczeństwa na rozpoznanie uczestników protestów.

mj, bbc

@RY1@i02/2010/030/i02.2010.030.000.012a.001.jpg@RY2@

Fot. AP

Prezydent Mahmud Ahmadineżad w ośrodku badań nuklearnych w Natanz

Mariusz Janik

mariusz.janik@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.