W syryjskiej wojnie domowej stawka jest coraz wyższa
Przez ostatnie 17 miesięcy USA i ich sojusznicy z przerażeniem patrzyli na eskalację wojny domowej w Syrii. Reżim Asada nie przebierał w środkach, by stłumić bunt. Zginęło 18 tys. ludzi. Wszystko wskazuje na to, że konflikt pomiędzy rosnącą w siłę sunnicką rebelią a kadłubowym reżimem alawitów, którzy nie chcą oddać władzy, jeszcze się pogłębi.
Do niedawna Waszyngton był przekonany, że nie można dopuścić do interwencji w Syrii, by bronić cywilów lub obalić reżim. Są ku temu powody. Prezydent Baszar al-Asad dysponuje potężną obroną przeciwlotniczą, która mogłaby utrudnić każdy atak. Ma poparcie Rosji oraz Iranu, co oznacza, że interwencja groziłaby konfliktem z tymi państwami. Ponadto zachodni wyborcy - po traumie spowodowanej działaniami w Iraku i Afganistanie - nie chcą uczestnictwa w takich operacjach.
Jedna rzecz się jednak zmieniła. Konflikt nie może być dłużej uważany za wojnę domową. Grozi on również stabilności sąsiadów Syrii i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Zachodu. Trzy kwestie budzą szczególny niepokój. Po pierwsze, duże zapasy broni chemicznej, którymi dysponuje Syria, mogą wpaść w ręce bojowników. Po drugie, fala uchodźców z Syrii może zdestabilizować sytuację u jej sąsiadów w szczególności w Libanie i Jordanii. Po trzecie, osłabienie Asada może spowodować sunnickie przebudzenie, skierowane przeciwko Hezbollahowi w Libanie i doprowadzić do wybuchu wojny domowej. Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, zachodni stratedzy powinni przemyśleć, jak ten konflikt może przebiegać i jakie formy interwencji mogą być potrzebne.
Łatwych rozwiązań nie ma. Kampania typu szok i przerażenie wymierzona w Asada jest nie do pomyślenia. Podobnie jak operacja chronienia cywilów na kształt tej, którą przeprowadzono ostatnio w Libii. Są jednak również inne plany, które mogą zadziałać. Jeżeli Asad upadnie, Zachód może wysłać misję do Syrii, która wzmocni jego następcę i zabezpieczy zapasy broni chemicznej w tym państwie. Biorąc pod uwagę rozmiar kryzysu związanego z uchodźcami, potrzebna może być również zakrojona na szeroką skalę operacja humanitarna na granicach kraju.
W opublikowanym w tym tygodniu raporcie na temat Syrii Michael Clarke z brytyjskiego think tanku Royal United Services Institute podsumował sytuację zwięźle: "My nie chcemy interwencji, ale to interwencja zbliża się do nas". Ten komentarz pokazuje, że strategiczna stawka w syryjskim konflikcie stale rośnie. Jak mawiał Lew Trocki: "Możesz nie interesować się wojną. Ale prędzej czy później wojna zainteresuje się tobą".
"Financial Times"
Tłum. TK
© The Financial Times Limited 2012. All Rights Reserved
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu