Damaszek: zaniechania się mszczą
Wybuch konfliktu na Ukrainie sprawił, że wszyscy zapomnieli o Syrii. W efekcie tego prezydent al-Asad może zostać u władzy jeszcze przez wiele lat
Oficjalnie w sprawie Syrii są powody do zadowolenia. Uzgodniona z Baszarem al-Asadem w 2013 r. likwidacja syryjskiej broni chemicznej właśnie ma dobiegać końca. Dzisiaj do włoskiego portu Gioia Tauro przybije duński statek "Ark Futura", na którego pokładzie znajduje się ostatnia część przekazanego przez reżim arsenału. Tutaj na śmiercionośny ładunek czeka już amerykański kontenerowiec "Cape Ray", wyposażony przez USA w urządzenia do neutralizacji tych substancji. Cały proces zostanie przeprowadzony na wodach międzynarodowych, a pozostałości zniszczone w zakładach w Finlandii, Niemczech, Wielkiej Brytanii i USA.
- Odczuwam ulgę, widząc, jak wiele udało nam się osiągnąć. Biorąc pod uwagę sytuację w Syrii, to jeszcze nie koniec - skomentowała przytomnie Sigrid Kaag, która kierowała misją ONZ i Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej w Syrii. Sytuacja jest bowiem fatalna. Liczba ofiar konfliktu wzrosła do 160 tys., a 6,5 mln Syryjczyków opuściło swoje domy. Część tej gigantycznej masy ludzkiej nadweręża możliwości innych krajów. Tylko do Libanu, który liczy 4 mln mieszkańców, trafił 1 mln uchodźców.
Gdy we wrześniu 2013 r. Asad zgodził się na zniszczenie arsenału chemicznego, wielu komentatorów zwracało uwagę, że za niewielką cenę kupuje sobie spokój i oddala ryzyko militarnej interwencji USA. Dyplomaci z Arabii Saudyjskiej, Francji, Turcji i Wielkiej Brytanii komentowali, że operacja zniszczenia tej broni będzie miała sens tylko wtedy, gdy USA będą wciąż naciskać na reżim. Jak się okazało, prezydent Barack Obama szukał jedynie możliwości wyjścia z twarzą z konfliktu.
Prawie rok później pesymistyczna wizja zaczyna się ziszczać. Korespondenci BBC w Syrii swego czasu wskazywali, że wojska Asada naprawdę obawiały się interwencji USA. Uwolnieni od tego lęku mogli się skoncentrować na trwającej do dziś ofensywie. Udało im się odbić kilka ważnych miast, m.in. Homs. To tchnęło w Asada nową siłę, której wyrazem były niedawne wybory prezydenckie, wygrane oczywiście przez szefa państwa.
Dodatkowo na Bliskim Wschodzie pojawiło się zagrożenie, którego skali nikt nie mógł przewidzieć. Fanatycy z organizacji, która 29 czerwca przybrała nazwę Państwa Islamskiego, nie tylko kontrolują znaczną część Syrii, lecz podczas niedawnej ofensywy zdobyli także kilka ważnych miast w Iraku. Organizacja czuje się na tyle silna, że w sobotę proklamowała przywrócenie zniesionego w 1924 r. kalifatu, religijno-politycznego przywództwa wszystkich muzułmanów. A odrzucenie z nazwy Państwa Islamskiego członu "Iraku i Lewantu" oznacza, że jego ambicje sięgają znacznie dalej.
Społeczność międzynarodowa nie ma pomysłu, co z tym fantem zrobić. Co prawda Obama zapowiedział, że postara się o dodatkowe środki na pomoc coraz słabszej, liberalnej części syryjskiej rebelii, ale trudno powiedzieć, w jakiej postaci trafią one na miejsce. Może być bowiem tak, że większość posłuży opłaceniu pobytu amerykańskich instruktorów. Zresztą Obama sam wskazał, że byli farmerzy i nauczyciele - jak się wyraził o siłach opozycji - to za mało, żeby wygrać tę wojnę. Może to oznaczać, że Waszyngton na jakiś czas pożegnał się z wizją Bliskiego Wschodu bez Asada.
@RY1@i02/2014/126/i02.2014.126.000000800.802.jpg@RY2@
Rex Features/East News
Reżim al-Asada odpowiada za śmierć 160 tys. Syryjczyków
Jakub Kapiszewski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu