Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Szeryf na pomoc Rio

27 czerwca 2018

Giuliani ma przed igrzyskami oczyścić miasto z gangów

W Rio tygodniowo ginie około 30 osób. Tam gdzie rządzą narkobaronowie, reguły gry są proste. Kara za nielojalność jest doraźna i nieodwołalna. Do tego dochodzą strzelaniny gangów. Władze ostrzegają turystów: groźny bywa nawet spacer po słynnej plaży Copacabana, bo ofiarami padają coraz częściej przypadkowi ludzie.

W ostatnich 30 latach na ulicach Rio zginęło 75 tys. osób. Gangsterzy z mieszkającej w fawelach biedoty rekrutują do swoich bojówek nawet 8-letnich chłopców. Ale największy problem pojawił sie wtedy, gdy brazylijska metropolia wygrała konkurs na organizowanie letnich igrzysk olimpijskich w 2016 r.

Władze miasta ogarnęła trwoga. - Potrzebny jest szeryf, który wyprowadzi nas z chaosu - miał powiedzieć Sergio Cabral, gubernator Rio. I od razu posłał po najsłynniejszego szeryfa końca XX wieku, byłego burmistrza Nowego Jorku Rudolpha "Rudy’ego" Giulianiego, który w latach 90. niemal całkowicie oczyścił Wielkie Jabłko z przemocy. Giuliani przyjechał, obejrzał fawele północnego Rio i powiedział: - Zajmę się tym, przed igrzyskami będzie tu raj.

Cabral zaoferował sygnowanej przez nowojorskiego włodarza firmie Giuliani Security and Safety kontrakt na doradztwo przy porządkowaniu miasta. To nie pierwsze jej tak poważne zlecenie. W 2003 r. miasto Meksyk poprosiło Rudy’ego o podobną pomoc. Wówczas szeryf popisywał się w mediach, jak to uratuje meksykańskie miasto przed zagładą. Jeździł opancerzonym samochodem, wizytując dzielnice biedoty.

Ale po dwóch latach Nicosio Acosto Leon, komisarz policji w meksykańskiej stolicy, stwierdził, że przestał być fanem Giulianiego. W kontrakcie jego firmy zastrzeżono, że celem pracy będzie obniżenie poziomu przestępczości o 67 proc. Czyli o tyle, o ile w latach 1994 - 2001 spadła ona w Nowym Jorku. O ile tymczasem spadła w Meksyku? O mniej niż jeden procent. A najgorsze występki, jak porywanie turystów i wożenie ich pod bronią od bankomatu do bankomatu, by mogli się z niewoli wykupić, powtarzają się coraz częściej. Stolica południowego sąsiada USA po współpracy z Giulianim stała się światowym centrum kidnapingu. - Wyrzuciliśmy pięć milionów dolarów w błoto - żalił się komisarz Leon.

A jak to było w Nowym Jorku? We wschodniej części dolnego Manhattanu, gdzie kończą się murowane aleje, ciągną się cztery słynące z przestępczości aleje oznaczone literami alfabetu: A, B, C i D, zwane Alphabet City. Kiedyś określała je wyliczanka: Avenue A - aware (uważaj!), Avenue B - brave (odważny), Avenue C - crazy (szalony), Avenue D - dead (martwy). Spacer po nich wiązał się ze śmiertelnym ryzykiem.

W 1993 r. do wyborczej walki o fotel burmistrza stanął 49-letni wówczas federalny prokurator Rudolph William Louis Giuliani, który w imieniu Departamenu Sprawiedliwości ścigał nowojorskich gangsterów, skorumpowanych urzędników i handlarzy narkotyków. Republikanin, ale lewicowy w sprawach społecznych, zwolennik prawa kobiet do przerywania ciąży, tolerancyjny wobec gejów. A przy tym bezwzględny w sprawach przestępczości. W sam raz dla Wielkiego Jabłka. Tę kampanię wygrał w cuglach, chociaż w mieście na jednego republikanina przypada pięciu demokratów.

Od razu rzucił rękawicę przestępczości, od szczytów mafii po złodziei samochodowego radia. Razem ze swoim komisarzem policji Billem Brattonem przedsięwziął strategię zwaną Broken Windows. Polegała na tym, że z identyczną surowością traktowano tych, którzy dokonali rozbojów z bronią w ręku, jak grafficiarzy i posiadaczy marihuany na własny użytek. Tak Rudy Giuliani zasłynął w Stanach Zjednoczonych jako ten od polityki zera tolerancji. I rzeczywiście, przestępczość w Nowym Jorku spadła o dwie trzecie, ale do dziś parę razy dziennie można zobaczyć, jak tajniacy eskortowani w dodatku przez dwóch mundurowych wyprowadzają z metra skutego kajdankami gapowicza. - Do historii przeszły absurdy z nadużywaniem siły przez policję w czasach Giulianiego. Ale spadek przestępczości w mieście niekoniecznie musi być zasługą burmistrza. W połowie lat 90. odnotowano trend w całej Ameryce polegający na spadku liczby zbrodni i występków. I wreszcie, choćby niewiadomo jak sam Rudy się starał, to pomogło mu siedem tysięcy dodatkowych funkcjonariuszy wysłanych do Nowego Jorku przez Waszyngton za pieniądze z federalnego budżetu - tłumaczy Christopher Salton, wykładowca prawa z Brooklyn College.

Na znakomite statystyki, dzięki którym Giuliani zyskał światową sławę, a jego zdjęcie trafiło na okładki wydawanych w milionach egzemplarzy magazynów, wpłynęły też procesy demograficzne. Drożejący Nowy Jork stał się miastem milionerów i drobna przestępczość się zeń wyniosła. A za nią odeszła i ta większa.

Kulminacją budowania jego mitu była nastrojona na patetyczny ton akcja ratunkowa po tragedii 11 września. Burmistrz dwoił się i troił, ale głównie w mediach.

I z tą sławą chciał ruszyć do większej niż Nowy Jork polityki. W 2000 r. sondował, czyby nie wystartować do Senatu, ale silna pozycja Hillary Clinton i niedawny rozwód odwiodły go od tego pomysłu. Postanowił przeczekać, zebrać fundusze i powalczyć o najwyższą stawkę. Wystartował w republikańskich prawyborach przed główną kampanią o Biały Dom w 2008 r. Chciał znów sprzedać wizerunek szeryfa liberalnego w sprawach obyczajowych. Przez cały 2007 r. przewodził w sondażach kandydatów Partii Republikańskiej. Popełnił jednak błąd, skupiając się na kampanii w jednym stanie - na Florydzie. Kiedy doszło tam do głosowania, karty były już rozdane. Rudy zajął czwarte miejsce i z godnością wycofał się, przekazując poparcie Johnowi McCainowi.

Zaraz po zwycięstwie Baracka Obamy mówiło się, że były burmistrz Nowego Jorku może za dwa lata powalczyć o fotel senatora albo gubernatora. - Szczerze w to wątpię. Przyjęcie posady w Rio de Janeiro dowodzi jednoznacznie, że o krajowej polityce Rudy już zapomniał - mówi Gery O’Brian, republikański strateg z Nowego Jorku i - jak sam się przyznaje - wielki fan Giulianiego.

Sam szeryf zdaje się koncentrować wyłącznie na igrzyskach olimpijskich 2016. - To, co zrobiliśmy w Nowym Jorku, nie dokonało się w jeden dzień. Przed nami mnóstwo pracy - ocenił na konferencji prasowej w towarzystwie gubernatora Cabrala.

@RY1@i02/2009/242/i02.2009.242.186.0011.001.jpg@RY2@

Rudy Giuliani z byłą żoną Donną. Ich rozwód zaszkodził karierze politycznej burmistrza

Redux/Fotolink

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.