Dziennik Gazeta Prawana logo

Afryka - ziemia obiecana

27 czerwca 2018

W fabrykach na Czarnym Lądzie pracuje milion Chińczyków

Wen jest przeciętnym Chińczykiem z jednej z biednych prowincji Państwa Środka. Zarabia 100 dol. miesięcznie i marzy o pracy za granicą. W Nigerii obiecano mu 500 dol. pensji. Już 15 proc. wyjeżdżających z kraju Chińczyków trafia do Afryki. Płacą pośrednikom od 6 do 10 tys. dol. za załatwienie wizy turystycznej do Botswany czy RPA. Robotnik po przyjeździe musi te pieniądze odpracować, co często okazuje się niemożliwe. W 2006 r. jedna z nielegalnych agencji pośrednictwa pracy załatwiła zatrudnienie w Liberii 220 Chińczykom. Każdy z nich zapłacił 9 tys. dol. za wizę i transport, w zamian uzyskując obietnicę zarobienia 600 - 800 dol. miesięcznie w zakładzie mięsnym. Po przybyciu na miejsce okazało się, że fabryka nigdy nie istniała. Pośrednicy zgarnęli w sumie niemal 2 mln dol., zaś ich klienci znaleźli się w obcym, praktycznie upadłym afrykańskim kraju. Przez rok nie zdołali znaleźć żadnej pracy.

Jak to możliwe, że w komunistycznych Chinach działają tak świetnie zorganizowane grupy przemytników ludzi? Wiele z nich jest chronionych przez przestępcze gangi o długoletniej tradycji. Triady są powiązane zarówno z lokalnymi władzami, jak i policją. Nadgorliwi funkcjonariusze, którzy odważą się podnieść na nie rękę, podpisują na siebie wyrok śmierci.

Chińczyk nie pije herbatki

Nasz statystyczny Wen ma więcej szczęścia niż jego rodacy z listy liberyjskiej. Za radą znajomych trafia do jednej z licznych firm rekrutujących pracowników, działających w jednej z pięciu nadmorskich prowincji Chińskiej Republiki Ludowej. Podobne firmy przeżywają prawdziwy boom - chińskie przedsiębiorstwa coraz odważniej poczynają sobie w Afryce. - Chińczycy nie żądają politycznych koncesji jak Moskwa ani przestrzegania praw człowieka jak Zachód. Interesuje ich wyłącznie biznes - tłumaczył nam ekspert rosyjskiej Fundacji Dziedzictwo Eurazji Jurij Panasik. Nie mają zatem oporów przed robieniem lukratywnych interesów z poszukiwanym za ludobójstwo prezydentem Sudanu Omarem Al-Baszirem bądź z Robertem Mugabe, który twardą ręką rządzi Zimbabwe.

Chińscy przedsiębiorcy działający za granicą niechętnie decydują się na zatrudnienie miejscowych robotników. - Wolą własnych. W ten sposób tworzą rodakom dodatkowe miejsca pracy, co jest postrzegane jako patriotyczny obowiązek - mówi nam Kweku Ampiah z uniwersytetu w brytyjskim Leeds, współautor książki "Przyczajony tygrys, ukryty smok? Afryka i Chiny". W grę wchodzą też różnice kulturowe: my pracujemy aż do końca. Zambijczycy są zbyt brytyjscy: bezustanne przerwy na herbatkę, mnóstwo wolnego czasu - dodawał chiński menedżer z Zambii w rozmowie z dziennikiem The Guardian. Nie dość, że są bardziej zdyscyplinowani, to jeszcze bywają tańsi od Afrykanów. - Chińczyk za pracę dostaje 300 dirhamów (110 złotych) miesięcznie. Marokańczyk chce co najmniej 2 tys. (740 złotych). Za 300 dirhamów to można co najwyżej samobójstwo popełnić - skarżył się w rozmowie z południowoafrykańskim dziennikiem Mail & Guardian Azzaddin Lahlu, który prowadzi butik w Casablance. - Zarabiam 55 centów (1,50 zł) za godzinę, ale jeśli zaprotestuję, wyrzucą mnie - mówił internetowej agencji Global Post robotnik, który w stolicy Namibii Windhuku buduje nową siedzibę ministerstwa transportu. 55 centów to dokładnie dwa razy mniej niż namibijska płaca minimalna.

Mordercze warunki pracy

Na miejscu na Wena czeka łóżko w kilku(nasto)osobowym baraku i wyżywienie - o wartości rzadko przekraczającej 2 dol. dziennie. Czas pracy - na budowie bądź w prymitywnych fabryczkach - jest nienormowany. Chińscy pracownicy fabryki włókienniczej na Mauritiusie, którzy przed kilkoma laty zbuntowali się i rozpoczęli strajk po śmierci z wycieńczenia swoich dwóch koleżanek, pracowali po 14 - 16 godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. Urlop? Zapomnijcie. Dzień wolny? Jasne, 24 godziny w chiński Nowy Rok. Warunki pracy? Na jednej z budów w Malawi chińscy robotnicy musieli mieszać cement gołymi rękoma. Kontakty z lokalną ludnością? Czasem zakazane. - Poza tym Chińczycy przyjeżdżają bez znajomości języka i przy kontaktach z miejscowymi często dochodzi do nieporozumień - mówi nam Thomas Huang, urodzony na Tajwanie dziennikarz wydawanej w Johannesburgu chińskiej gazety Huaqiao Xinwenbao.

1,5 tys. Chińczyków, którzy w 2005 r. wyszli na ulice Port Louis, stolicy Mauritiusa, zostało spacyfikowanych przez policję, kilka osób odniosło obrażenia po ataku z użyciem gazu łzawiącego. Ich rodacy w jednej z fabryk w Zambii zorganizowali strajk okupacyjny. Chiński właściciel otworzył ogień; nikt nie zginął, ale kilka osób zostało rannych. - Chińskie firmy nie rozumieją, że nawet w najsłabiej rozwiniętych krajach świata takich jak Mozambik gwarantowane jest zarówno prawo do strajku, jak i prawo do zrzeszenia się w związkach zawodowych. Staram się to tłumaczyć nowym inwestorom - wyjaśniał He Jianping, który właśnie w Mozambiku zbił fortunę na miejscowym rynku budowlanym.

Do innego strajku doszło w kwietniu 2008 r. w Gwinei Równikowej. Ogień do chińskich robotników tym razem otworzył nie właściciel fabryki, ale miejscowa policja, zabijając dwóch z nich. 400 pracowników zostało wydalonych z kraju. Co zrobił Pekin? - W Gwinei Równikowej protesty pracownicze są nielegalne, więc nasi pracownicy złamali prawo - przyznał z rozbrajającą szczerością rzecznik chińskiego resortu dyplomacji.

Fatalne warunki życiowe to nie wszystko. Gdy latem 2009 r. w chińskim Sinkiangu wybuchły rozruchy między muzułmańskimi Ujgurami a etnicznymi Chińczykami, pracownikami z Państwa Środka zainteresowała się organizacja Al-Kaidy w Islamskim Maghrebie. Najpierw mający siedziby na algierskiej pustyni terroryści zagrozili atakami na chińskich robotników i firmy w północnej Afryce, a następnie częściowo zrealizowali swoje groźby. W zamachu zginęło 24 algierskich ochroniarzy strzegących pracowników z Azji.

W ciągu ostatnich lat Chińczycy byli też porywani, m.in. w Etiopii, Nigrze, Nigerii i Republice Południowej Afryki. - Oni idą tam, gdzie ze względów bezpieczeństwa nikt inny nie chce się pokazywać, choćby do Sudanu czy w deltę Nigru - dziwił się Peter Brookes, pracownik amerykańskiego departamentu obrony za prezydenta George’a W. Busha. W samym 2007 r. w Nigerii dla okupu porwano 16 Chińczyków. W każdym przypadku żądania zostały spełnione. Zapłacili bogatsi przedstawiciele chińskiej diaspory. W tym samym roku w ataku rebeliantów na etiopską Dżidżigę w niespokojnej, wschodniej części kraju zginęło 70 osób, w tym dziewięciu robotników z Azji. - To była masakra - ocenił po fakcie premier Etiopii Meles Zienaui.

Przybysze z Azji coraz częściej stają się też obiektem ataków zwykłych bandytów. - Dawniej o ataku na obywatela Chin słyszało się raz na miesiąc. Teraz rabunki zdarzają się każdego dnia - skarżył się przed paroma dniami Xu Ning, szef Chińskiej Izby Biznesu w Luandzie, stolicy Angoli. I podaje przykłady: w październiku trzech robotników zostało oblanych wrzątkiem i obrabowanych w Cacuaco na obrzeżach Luandy. We wrześniu grupa sześciu uzbrojonych w pałki mężczyzn wtargnęła na teren budowy, pobiła robotników i uciekła z trzema komputerami i gotówką. Tego samego dnia w pobliskiej Vianie zastrzelono biznesmena Xu Tonggou, który stawił opór w czasie napadu.

My też mamy ręce i nogi

Nie chodzi tu tylko o pieniądze. Wielu Afrykanów niechętnie patrzy na przybyszy z Chin. "Dlaczego mamy czekać na zatrudnienie u Chińczyka? Ci ludzie przyjeżdżają tu tak, jakbyśmy sami nie mieli głów i rąk. A przecież mamy szkoły, banki, pożyczamy pieniądze od MFW" - pyta Kizito Mwanga na forum południowoafrykańskiego dziennika Mail & Guardian.

Kizito Mwanga jeszcze długo będzie się musiał temu przyglądać. Od ośmiu lat handel między Pekinem i Afryką rośnie w tempie 2 - 3 mld dol. rocznie. Chińczycy właśnie zaoferowali krajom Czarnej Afryki 10 mld dol. preferencyjnych kredytów. Część z nich wróci do przedsiębiorstw z Państwa Środka w formie zapłaty za kolejne zbudowane drogi i fabryki. Robotnikami będą panowie Wen. Już nie setki tysięcy, ale dziesiątki milionów panów Wen z samego serca coraz bardziej przeludnionych Chin.

@RY1@i02/2009/222/i02.2009.222.186.0008.001.jpg@RY2@

Chińczycy zgadzają się pracować za siedmiokrotnie niższą stawkę niż Afrykanie

AP

Michał Potocki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.