Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Pasja w służbie wielkości Indii

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Vijay Mallya uwielbia przepych oraz sport. Kupił zespół Formuły 1, by dać Indiom wielki sukces, który mógłby przysłonić sportowe osiągnięcia nowych Chin

Sport jest jak wojna. Tylko bez strzelania - powiedział George Orwell. Ostatnie lata przyznały mu rację. W tej batalii wygrywają obecnie Chiny, które ze zmagań atletów uczyniły jeden z głównych atrybutów strategii mającej potwierdzić ich dominację w świecie. Ale Indie nie zamierzają łatwo się poddać - Vijay Mallya, szef UB Group, lubujący się w sporcie i przepychu godnym mogolskich imperatorów, nie szczędzi pieniędzy, by zbudować potęgę ojczyzny. I na dodatek pognębić rywala, sięgając po sukces tam, gdzie Pekin jeszcze nawet nie odważył się spróbować: w Formule 1.

Na razie Indie przegrywają z kretesem rywalizację z potężnym sąsiadem. Na niedawnych igrzyskach azjatyckich, które były rozgrywane w chińskim Guangzhou, ich drużyna zdobyła 14 złotych medali, zawodnicy z Państwa Środka aż 199. Jeszcze gorzej było przed dwoma laty na olimpiadzie w Pekinie: sportowcy Indii wywalczyli ledwie jeden złoty krążek, Chińczycy aż 51 - najwięcej spośród wszystkich państw uczestniczących w igrzyskach.

To musiały być bolesne doświadczenia dla Vijaya Mallyi, który sport kocha równie wielką miłością, co życie w luksusie. Ale to właśnie dzięki niemu Indie mogą wkrótce przestać być kopciuszkiem, a stać się autorem wielkiej niespodzianki i to w samej Formule 1, najbardziej prestiżowym sporcie świata. - Czy w biznesie, czy w sporcie po prostu muszę wygrywać - stwierdził niedawno w jednym z wywiadów właściciel zespołu ForceIndia, do którego należą m.in. wielkie browary warzące piwo Kingfisher. - Ojciec nauczył mnie ciężkiej pracy oraz cierpliwości. To połączenie zawsze przynosi sukces - podkreśla 54-letni Mallya.

Życie potwierdza tę prawdę, która była pielęgnowana w jego bramińskiej rodzinie: majątek Mallyi magazyn "Forbes" szacuje na prawie 1,5 mld dol., a roczne obroty jego holdingu na ponad 2 mld dol. - Ojciec był surowym człowiekiem, który wierzył w sens pracy. To dlatego, choć był bogaty, przeszedłem wszystkie szczeble kariery - opowiada. Gdy jeszcze chodził do szkoły w stanie Karnataka, na polecenie głowy rodziny zaczął pracę w niewielkim sklepie i na nic zdały się jego protesty, że woli grać z kolegami w krykieta. Choć ojca stać było na wynajęcie dla niego rikszarza, podarował mu rower i zmusił do korzystania wyłącznie z niego - do najbliższego kina młody Vijay miał 25 km w jedną stronę.

- Marzyłem o tym, by zostać lekarzem, ale ojciec zdecydował, że mam się uczyć handlu. Nie miałem nic do powiedzenia, ale w końcu nauczyłem się czerpać przyjemność z tego, co robię - dodaje. Wydatnie pomógł mu w tym sukces, dzięki któremu odbił sobie chude młodzieńcze lata. Dziś ma za sobą życie playboya, 26 domów rozrzuconych po całym świecie, kilka jachtów, dwa odrzutowce - w tym boeinga 727, którego wnętrze zostało wykończone zgodnie z jego wskazówkami, kolekcję 260 zabytkowych samochodów i stadninę, w której hoduje 200 ogierów. Zanim pomnożył fortunę ojca, ukończył uniwersytet w Kalkucie i korespondencyjnie uzyskał tytuł doktorski University of California. Z takim doświadczeniem wyjechał do USA, gdzie pracował w farmaceutycznym koncernie Hoechst (dziś Aventis).

W USA zastała go wiadomość o śmierci seniora rodu Mallya. Dla 27-letniego Vijaya był to początek kariery w biznesie. Natychmiast przejął zarządzanie United Breweries Group i już tydzień później podjął pierwsze ważkie decyzje: drastycznie odchudził koncern. Zrezygnował z produkcji jedzenia, zamknął fabryki wytwarzające plastik, baterie, farby i lekarstwa. Część zakładów sprzedał. - Wiedziałem, że na nasz rynek chcą wejść Cola i Pepsi. Nie mieliśmy żadnych szans w starciu z nimi, więc jak najszybciej pozbyłem się wytwórni napojów gazowanych - opowiada. Mniejszym koncernem łatwiej było zarządzać i wypracowywać większe zyski: w 1984 roku obroty firmy wyniosły 100 mln dol., dziś przekraczają 2 mld dol., gdy Mallya przychodził do niej, piwo Kingfisher było czwarte pod względem sprzedaży na indyjskim rynku, teraz jest liderem. UBG za 600 mln funtów przejęło szkockiego producenta whisky Whyte & Mackay, uruchomiło własne linie lotnicze i inwestuje w media.

- Moim marzeniem jest odniesienie sukcesu w iście amerykańskim stylu - zdradził przed laty w wywiadzie Vijay Mallya. To oznaczało dla niego przeskok z biznesu do polityki, chciał być niczym Jimmy Carter, który uprawiał orzeszki ziemne, zanim przeniósł się do Białego Domu.

W 2000 roku ambitny Indus zdobył przywództwo w partii Janata i - głosząc antykorupcyjne hasła - postanowił przejąć władzę w stanie Karnataka, co miało być początkiem jego politycznego marszu do New Delhi. Jednak ugrupowaniu nie udało się zdobyć ani jednego mandatu do lokalnego parlamentu. Ta dotkliwa porażka wybiła mu z głowy marzenia o powtórzeniu sukcesu premiera Rajiva Gandhiego, choć jemu samemu udało się ostatnio zdobyć mandat do krajowego parlamentu jako posłowi niezależnemu. Jaki jest jeszcze jeden wyznacznik amerykańskiego sukcesu dla Mallyi? Sport, bo niemal wszyscy wielcy biznesmeni USA pysznią się sukcesami, które w koszykówce, hokeju, rodzimym futbolu czy piłce nożnej odnoszą należące do nich drużyny.

Vijay Mallya postanowił pójść tym tropem. Na początek kupił więc drużynę krykieta Bangalore Royal Challengers. Inwestycja okazała się udana, ale sukcesami można pochwalić się tylko w kręgu byłych angielskich kolonii. Ponieważ Azja oszalała na punkcie piłki nożnej, nabył zespół East Bengal FC i sprowadził do niego zawodników z zagranicy - tu jednak mimo usilnych starań nie może pochwalić się dobrymi wynikami.

Takie amatorskie podejście obliczone na spełnienie marzeń, nie miało jednak porównania z tym, jak sport zaczęły traktować w tym samym czasie Chiny. Państwo Środka postanowiło na największych stadionach świata udowodnić swoją potęgę: o ile na igrzyskach w Atlancie w 1996 roku zawodnicy z żółtą gwiazdą na piersiach zdobyli tylko 16 złotych medali, osiem lat później w Atenach - już 32. Olimpiada w Pekinie była pokazem siły nowych Chin. - Indie, które uważają się za kandydata na światowe mocarstwo, nie mogą pochwalić się nawet dziesiątą częścią podobnych triumfów. A sport przestał być rywalizacją o prymat na bieżni, stadiony stał się przedłużeniem polityki. Rywalizacja jest okupiona takimi kosztami, że sukcesy przynależą już tylko najsilniejszym i najbogatszym - powiedziała "DGP" Julia OConnel z London School of Economics.

Vijay Mallya postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i dać Indiom powód do dumy. Zamierza osiągnąć sukces tam, gdzie Pekin nie odważył się wkroczyć w obawie przed porażką.Trzy lata temu lekką ręką wydał 100 mln dol. na kupno drużyny Spyker F1 i przemianował ją na Force India. Pierwszy sezon zakończył się klapą - jego kierowcy nie zdobyli nawet jednego punktu w wyścigach grand prix. W 2009 roku wywalczyli już 13 oczek, w tym aż 68. Mallya twierdzi, że jest zadowolony z postępów zespołu i zamierza wpompować w niego więcej pieniędzy, bo widzi szansę na sukces. Czcza gadanina? A kto spodziewał się, że triumfy w F1 będą święcić kierowcy zespołu Red Bull, że Ferrari zostanie zdetronizowane, a McLaren zdeklasowany?

- F1 to wyjątkowy sport, bo wymaga ogromnych nakładów finansowych, a rywalizacja jest zażarta. Ale sukces gwarantuje wyjątkowy prestiż - dodaje a OConnel. W tym sportowym wyścigu z Chinami Indie są na razie na pole position. Mallya zamierza ze swojej strony dołożyć wszelkich starań, by to jego stajnia jako pierwsza odniosła sukces.

@RY1@i02/2010/235/i02.2010.235.186.0014.001.jpg@RY2@

Fot. BEW

Majątek szefa koncernu UBG Vijaya Mallyi jest szacowany na prawie 1,5 mld dol. Jego sporą część przeznaczył na swoją sportową pasję: najnowszy nabytek to stajnia Formuły 1 - Force India

Piotr Czarnowski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.