Nawrócenie po trzech dekadach picia
Jon Pedley sprzedał majątek oraz rezydencję w Essex i przeniósł się do Ugandy, by pomagać sierotom
Zanim został milionerem, kradł, miał wyrok w zawieszeniu i pił. Gdy Jon Pedley stał się bogaty, a jego firmy telekomunikacyjne z powodzeniem walczyły o coraz większą część rynku, przestał wprawdzie sięgać po cudzą własność, ale za to pochłaniał jeszcze więcej alkoholu. Nawet wypadek spowodowany na rauszu, w którym o mało nie zginął, nic nie zmienił w jego życiu. Dopiero przypadkowa wizyta w kościele dała mu impuls do zawrócenia z drogi wiodącej ku - jak sam teraz to określa - zniszczeniu. Najpierw założył fundację pomagającą sierotom z Ugandy, potem spieniężył cały majątek i z XVI-wiecznej rezydencji przeniósł do zwykłej chaty w tym afrykańskim kraju.
- Ile piłem? Na pewno sporo w ciągu dnia, a wieczór zaczynałem od ośmiu pint piwa (brytyjska pinta to 0,56 litra) i dwóch butelek wina. A potem się rozkręcałem - opowiada dziś bez żadnego skrępowania 41-letni Pedley. Tak było feralnego dnia w czerwcu 2002 roku. Pijany, po biznesowym spotkaniu, usiadł o piątej rano za kierownicą, by wrócić do domu. Z prędkością prawie 150 km/h zderzył się z innym samochodem. Przez sześć tygodni był w śpiączce, lekarzom ledwo udało się go uratować. - Poczułem wtedy, że jestem niezniszczalny, że mogę robić, co tylko zechcę, bo nawet śmierć nie da mi rady - mówi. I tak faktycznie było: wspomina, że te kilkanaście miesięcy po wypadku było dla niego jedną wielką imprezą. Przełom - czy jak sam woli mówić: wola Boga - dokonał się nagle. - Naszła mnie nieoczekiwanie ochota na pójście na mszę. W kościele było 500 osób, zacząłem się im przyglądać. Miałem więcej pieniędzy od nich, jeździłem lepszym samochodem, ale oni mieli w sobie spokój, którego ja nie posiadałem - opowiada.
To, co poczuł w świątyni, zaczęło go uwierać. Pięć lat walczył ze sobą, w końcu założył fundację, która pomaga dzieciom z najbiedniejszych regionów Ugandy. Na wiosnę tego roku sprzedał udziały w dobrze prosperujących firmach Empowered Communications i Eme Tech, które zbudował od podstaw, XVI-wieczną posiadłość z olbrzymim ogrodem w Essex (1,5 mln dol.) i luksusowego range rovera (112 tys. dol.). Pozyskane pieniądze przeznaczył na działalność organizacji Uganda Vision oraz J1010, którymi kieruje teraz na miejscu. Rozszerzył także ich działalność: pomaga brytyjskim nastolatkom, by nie powtórzyły błędów z jego młodości. - Z tej działalności najbardziej się cieszymy - mówi "DGP" Susan Conelly z organizacji Child Growth Foundation, która współpracuje z Uganda Vision i J1010. - Pedley jest dla nich wiarygodny. Miał pieniądze, był na dnie. Gdy przestrzega przed takim życiem, czuć, że mówi prawdę. Dzieciaki naprawdę go słuchają - dodaje.
Kartoteka Jona Pedleya faktycznie jest pokaźna. Kraść zaczął w wieku 13 lat, gdy rodzice posłali go do jednej z lepszych prywatnych szkół w kraju, w której rok nauki kosztował 20 tys. funtów. Ojciec lekarz i prowadząca dom matka byli, jak wspomina, surowymi ludźmi, którzy oszczędzali każdy grosz, by zapewnić sześciorgu dzieci wykształcenie. - W szkole wszyscy byli ode mnie bogatsi. Na kieszonkowe dzieciaki dostawały po 1000 funtów miesięcznie. Nienawidziłem moich rodziców za naszą biedę. By dorównać rówieśnikom, zacząłem pić, palić i wykradać z domu rzeczy, które sprzedawałem paserom - opowiada.
Rodzice zabrali go ze szkoły, ale jego odpowiedzią był bunt. Wyprowadził się z domu i rozpoczął pracę w barze sieci McDonald’s (117 funtów tygodniowo). W 1986 roku zatrudnił się w firmie jubilerskiej Ratners i został jednym z kierowników w jej oddziale w Glasgow. Pensja nie była zbyt wysoka, więc tu również kradł. Jednak szybko znudziła go Szkocja i przeniósł się do wymarzonego Londynu, w którym zaczął sprzedawać ubezpieczenia na życie dla Endsleigh. Choć zarabiał 20 tys. funtów rocznie i jeździł firmowym golfem, było mu mało. 19-latkowi zaczęli imponować szastający pieniędzmi maklerzy z City, którzy nie gardzili drogimi trunkami i jeszcze droższą kokainą. By mieć pieniądze na rozrywki, okradał firmę i nie płacił za wynajmowanie kolejnych mieszkań. Raz zdarzyło mu się nawet sprzedać meble z domu, który wynajął. Za to wszystko trafił przed sąd, który nakazał mu pokrycie strat i orzekł karę więzienia w zawieszeniu.
Po drodze Pedley porzucił ubezpieczenia i założył firmę handlującą kserokopiarkami i sprzętem telekomunikacyjnym. Jego partnerami byli, jak sam wspomina, sprytni i szemrani ludzie. Biznes nie wyszedł: zbankrutował, partnerzy wystawili go do wiatru i musiał spłacać ich długi. Przez kilka tygodni spał na dworcach i w parkach. Dzięki pieniądzom pożyczonym od kochanek ponownie postawił na handel sprzętem telekomunikacyjnym. Tym razem nie zawierzył już spółkom, podszedł też do interesu o wiele poważniej. Udało mu się wygrać przetargi na dostarczenie urządzeń dla kilku dużych firm. Przed trzydziestką odbił się w końcu od dna. Rocznie zarabiał nawet 160 tys. funtów, a z roku na rok szło mu lepiej, bo okazało się, że ma talent do interesów. Szybko przeistoczył się w milionera i mógł spełnić swoje marzenie o szastaniu pieniędzmi i korzystaniu z życia. Alkohol, kokaina i kobiety doprowadziły w końcu do rozpadu jego małżeństwa. - Nic mnie to nie obchodziło, bo najważniejsze były dla mnie forsa i dobry ubaw - mówi. W 2002 roku podpisał kontrakt życia, wart kilka milionów funtów, z siecią sklepów Dixons. Kilka tygodni później miał wypadek, w którym o mało nie zginął.
Dlaczego wybrał Ugandę? W 2007 roku pojechał do tego afrykańskiego kraju z przyjacielem, który pracował tu w jednej z organizacji pomocowej. - Spotkałem ludzi, żyjących często w pierwotnych wspólnotach, którzy są naturalnie uczciwi. Gdy przebywałem wśród nich, czułem wstyd za moje dotychczasowe życie. Są jednak niewiarygodnie biedni, a ja mam pieniądze. Postanowiłem więc im pomóc - opowiada.
Najpierw założył organizację Uganda Vision, która pomaga osieroconym i chorym na AIDS dzieciom z najbiedniejszych rejonów kraju. Za jego pieniądze m.in. powstał sierociniec w wiosce Kigazi, blisko granicy z Rwandą oraz Demokratyczną Republiką Konga. Zbudowano także szkołę oraz niewielki gabinet lekarski, bo najbliższy państwowy szpital znajduje się 24 godziny marszu od Kigazi (w okolicy nie ma żadnego środka transportu). Zatrudnieni tam lekarze i nauczyciele zajmują się nie tylko Ugandyjczykami, lecz także uciekinierami z tych dwóch państw.
Przez trzy lata Pedley kierował Uganda Vision z Essex. Na początku roku dokonał kolejnego kroku: spieniężył cały majątek i przeniósł się do Afryki. Zamieszkał w zwykłej chacie w Kigazi i założył jeszcze jedną organizację J1010 (to nawiązanie do Ewangelii św. Jana: "Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości)". Marzy mu się teraz zelektryfikowanie wioski i doprowadzenie internetu. Prąd mają dać ogniwa słoneczne, które zamierza kupić za swoje pieniądze i zainstalować w osadzie.
Pedley postanowił także rozszerzyć działalność fundacji. Uznał, że będąc w Afryce, może pomóc brytyjskim nastolatkom, którzy - podobnie jak on w przeszłości - mają kłopoty z prawem. Organizuje dla nich miesięczne obozy w Kigazi, podczas których opiekują się miejscowymi sierotami. - Wiodłem całkowicie samolubne życie. Chcę im pokazać, że taka droga prowadzi donikąd - przekonuje. Nie tylko w kontakcie z nimi nawołuje do hołdowania zasadzie, że pieniądze szczęście nie dają. Swoim dwóm dzieciom nic nie zostawił z majątku. - Mnie forsa zepsuła. Po co miałem rujnować im przyszłość, niech zarabiają na siebie - przekonuje.
Czy widzi sens swoich poczynań? - Jasne, że czasami mam momenty zwątpienia. Ale takie chwile szybko mijają, gdy przypomnę sobie, jak zmarnowałem 30 lat mojego życia - zwierza się Jon Pedley, siedząc w swojej nowej glinianej chacie w Kigazi.
@RY1@i02/2010/212/i02.2010.212.186.0014.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Dwie fundacje Jona Pedleya działają w ugandyjskiej wiosce Kigazi. Teraz rozszerzył on działalność i organizuje obozy dla brytyjskiej młodzieży, która ma kłopoty z prawem
Piotr Czarnowski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu