Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Korea Płn.: terapia po chińsku Kuba: karaibska pierestrojka

Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Koniec komunizmu zbliża się nieubłaganie, w jego ostatnich bastionach, za jakie uważa się Koreę Północną ustabilizuje sytuację w bliskim sąsiedztwie Państwa Środka. Natomiast komuniści z Kuby mają i Kubę. W pierwszym przypadku kapitalizm "importują" Chińczycy, którzy są przekonani, że dobrobyt zamiar reformować się sami - na modłę "przebudowy i przyspieszenia" Michaiła Gorbaczowa

W trzech graniczących z Koreą Północną prowincjach Chin trwają gorączkowe przygotowania do biznesowej ofensywy na państwo Kim Dzong Ila. Tamtejsi biznesmeni za ponad 20 mln juanów budują już infrastrukturę portową w północnokoreańskim Rajin, włożyli 3,6 mln juanów w remont mostu na granicznej rzece Tumen i przymierzają się do renowacji na własny koszt drogi, która biegnie stamtąd do Rajin. Według mediów inwestycje na jeszcze większą skalę powstaną w okolicach rzeki Yalu - tam Chińczycy chcą zbudować nie tylko most, ale też dwie specjalne strefy ekonomiczne na wyspach położonych w jej nurcie.

Jednak najważniejsze, co Chińczycy przynieśli Koreańczykom z Północy, to wzorce prowadzenia prywatnego biznesu. Dziś niemal co drugi mieszkaniec komunistycznej zony żyje właściwie wyłącznie z pieniędzy zarabianych w sektorze prywatnym, a 68 proc. uważa, że własny biznes to najlepszy sposób na to, by jakoś związać koniec z końcem - wynika z sondażu przeprowadzonego przez dwóch amerykańskich badaczy Marcusa Nolanda i Stephana Haggarda. "Są dwa rodzaje ludzi w Korei Północnej: ci, którzy handlują, i ci, którzy umierają" - brzmi posępny żarcik, jaki opowiadają sobie rodacy Kim Dzong Ila.

Prywatny - "kioskowy" - biznes wykwitł na przedmieściach miast i w miejscach newralgicznych, jak nad graniczną rzeką Yalu. Na straganach i jednoosiowych wózkach dominują produkty chińskie, np. zestawy TV firmy Nanjing Panda. Za równowartość 4 dolarów można dokupić do nich pirackie kopie południowokoreańskich oper mydlanych na DVD. Zza Wielkiego Muru na Północ trafiają też tanie dresy i buty - nic dziwnego zresztą, skoro w oficjalnym obrocie np. skórzane buty kosztują około 320 dolarów. To równowartość dwumiesięcznych zarobków przeciętnego mieszkańca komunistycznej Korei.

Przygoda Kim Dzong Ila z kapitalizmem zaczęła się dopiero w 1999 r., podczas jego pierwszej oficjalnej wizyty za Wielkim Murem. Gospodarze zabrali wówczas wodza do Szanghaju, gdzie zachwyciły go nowo wybudowane drapacze chmur, autostrady wokół miasta, nowiutka fabryka General Motors i siedziba megakoncernu informatycznego Legend. Kim wracał do Szanghaju jeszcze kilka razy - w 2001 r. maklerzy szanghajskiej giełdy zapamiętali, jak północnokoreański przywódca oprowadzał swoich generałów po parkiecie, demonstrując im zasady handlu akcjami.

Rok później w Korei Północnej doszło do, jak określała to tamtejsza propaganda, "nowego cudu o historycznym znaczeniu". Tuż przy granicy z Chinami władze powołały do życia Specjalne Terytorium Administracyjne Sinuiju. Do kierowania nim ściągnięto z Pekinu Yang Bina, wówczas drugiego najbogatszego biznesmena w Chinach, posiadacza holenderskiego paszportu i 900 milionów dolarów na koncie. Na uroczystym otwarciu projektu ubrany w obszyty złocistymi nićmi golf od Lacoste Yang zaprezentował swoją wizję strefy: pół miliona dotychczasowych mieszkańców powinno zostać natychmiast zastąpione 200 tysiącami modelowych robotników. Strefa miała być otwarta na wszelkie prywatne firmy, nastawiona na wypracowanie zysku, rządzić się własnymi prawami, nad egzekwowaniem których czuwaliby sprowadzeni z Europy sędziowie. Inwestycje miałyby przyciągać ulgi podatkowe oraz 50-letnie umowy najmu.

Miesiąc później Yang trafił jednak do chińskiego więzienia pod zarzutem unikania płacenia podatków. W końcu został skazany na 18-letnią odsiadkę, a wraz z nim zaginął wszelki słuch o strefie w Sinuiju. - Chińczycy prosili Phenian, by reformował swoją gospodarkę w ich stylu. Ale nie naciskali zbyt mocno, nie karali za niewykonywanie poleceń - mówi "DGP" Kongdan Oh, ekspertka waszyngtońskiego Brookings Institution.

Skądinąd Kim Dzong Il nie poddał się od razu. Przez kilka lat na jego polecenie powstawały firmy eksportowe - farmy hodowli strusi, plantacje klonów czy stawy rybne.

Lawiny oddolnych inicjatyw nie dało się jednak powstrzymać. Handel rozkwitł wzdłuż całej granicy z Chinami. Wyrosły tam setki firm, które w ciągu kilku lat skorumpowały lokalne władze i straż graniczną. Wiele z nich jest powiązanych z elitą polityczną w Phenianie. Chodzi zresztą o niebagatelne pieniądze: oficjalnie w latach 2000 - 2007 bilans transgranicznych obrotów przekroczył 5 miliardów dolarów zarabianych głównie na handlu surowcami mineralnymi.

Spora część tej sumy trafiła na rozkwitający w błyskawicznym tempie czarny rynek. Na półlegalnych bazarach można więc kupić wszystko - od chińskich ubrań po laptopy, którymi zauroczyli się pierwsi północnokoreańscy menedżerowie. Zachodni analitycy odnajdują takie miejsca - dzięki Google Earth - nawet w najmniejszych wioskach daleko od chińskiej granicy. Targowiska oraz prywatny biznes opłacają się sowicie gubernatorom regionów i to w takiej skali, że na łapówkarstwo psioczą nawet - przyzwyczajeni do podobnych praktyk u siebie - chińscy biznesmeni. - Większość z ankietowanych przez nas 300 chińskich firm działających w Korei Północnej narzeka na poziom korupcji i podkreśla brak zaufania do gospodarzy - twierdzi w rozmowie z "DGP" Marcus Noland, ekspert z Peterson Institute for International Economics, który przeprowadził na Północy kilka unikalnych badań ankietowych.

Władze w Phenianie nie pozostały obojętne - ani na narodziny czarnego rynku, ani na korupcję, która mu towarzyszy. W 2005 r. były tak przerażone niekontrolowanym rozkwitem kapitalizmu chińskiego chowu, że wycofały się z większości wprowadzonych kilka lat wcześniej reform. Ponownie wprowadzono kontrolę rynku żywności, ustalanie cen przez państwo, a tamtejsze gułagi zamiast "przeciwników państwa" zapełnili "przestępcy gospodarczy". Paragrafów na nich nie brakuje - jeśli w 1999 r. kodeks karny zawierał raptem osiem przestępstw tego typu, tak pięć lat później było ich już 75. Wciąż pojawiają się nowe, np. taki: kto osiąga szczególnie wysokie zyski, ryzykuje dziesięcioletnią odsiadkę i ciężkie roboty.

Nawet ubiegłoroczna "reforma kursu wona" była wymierzona w trzymane przez Koreańczyków zaskórniaki i w tzw. kioskowych kapitalistów. Dwa lata temu zaproponowano też, by funkcjonowanie targowisk w miastach ograniczyć do kilku dni w miesiącu - przepis ten pozostał jednak martwy. Tam, gdzie próbowano likwidować bazary - jak np. w mieście Chongjin - dochodziło do protestów i wkrótce sytuacja wracała do normy. Paradoksalnie więc wolnorynkowy eksperyment, na jaki skusił się wcześniej rząd w Phenianie, skończył się niezamierzonym sukcesem.

Do władzy wracają dawni reformatorzy, jak 71-letni niegdysiejszy premier Pak Pong Dzu, który w sierpniu został mianowany pierwszym wiceprzewodniczącym komitetu centralnego Partii Pracy Korei. Podobną renomę ma urzędujący od roku minister finansów Pak Su Gil. Bastionami zwolenników wolnego rynku w stylu chińskim są resorty handlu zagranicznego i górnictwa. Nawet potencjalny "opiekun" syna i prawdopodobnego sukcesora wodza, prywatnie szwagier Kim Dzong Ila, Czang Sen Taek, podobno jeździ po Azji, obserwując, jak działają tamtejsze firmy.

Zachodni eksperci nie tryskają jednak optymizmem. - Kim Dzong Un, syn wodza, nic nie zmieni - kwituje Marcus Noland. - Jego ciotka Kim Kjong-hui, również awansowana ostatnio do rangi czterogwiazdkowego generała, opublikowała w sierpniu memorandum, nie tylko wyklinając wolny rynek, ale wręcz atakując dotychczasową, większą niż kiedyś, autonomię menedżerów państwowych zakładów - podkreśla. - Przeprowadzenie reform przez młode książątko będzie trudne, dopóki za jego plecami stoją generałowie - mówi z kolei Kongdan Oh. - Mam jednak nadzieję, że młody Kim będzie bardziej proreformatorski i przychylny polityce otwartych drzwi. Ale musimy poczekać - zastrzega.

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0012.001.jpg@RY2@

Fot. Reuters/East News

Pierwszy od ponad czterdziestu lat kongres północnokoreańskiej Partii Pracy nie spełnił nadziei analityków. Syna wodza awansowano na generała, ale na przełom w gospodarce nie ma jednak szans

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0012.002.jpg@RY2@

Korea Północna, Korea Południowa

Dowcip z czasów ZSRR kończył się zdaniem: my udajemy, że pracujemy, oni udają, że nam płacą. Większość mieszkańców Kuby nawet już nie udaje, że pracuje. Raul Castro ogłosił z kolei, że przestanie udawać, że im płaci. I dodał: radźcie sobie sami.

Gwałtowna liberalizacja gospodarki to recepta dogorywającego reżimu na przetrwanie, bo dotychczasowe drobne reformy nie pomogły. Trwający od trzech lat kryzys z roku na rok pogłębia się i nawet zmanipulowane przez rząd statystyki wskazują na znaczny spadek "wzrostu" (z 7,3 proc. w 2007 roku do 1,4 proc. w 2009 r.).

Recesja dobija turystykę. Spadek cen ropy naftowej, którą rząd dostawał za pół darmo od prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza i odsprzedawał po cenach rynkowych, jeszcze bardziej powiększył dziurę budżetową. Huragany, które przeszły nad Kubą w 2008 r., dopełniły dzieła zniszczenia. A spadek inwestycji (o 15 proc. w pierwszym półroczu 2010 r.) ostatecznie przekonał nie tylko Raula, ale także Fidela, że reformy są nieuniknione.

- Bracia zostali zmuszeni przez tragiczną sytuację gospodarczą do przyznania, że ich trwający pół wieku sen o socjalistycznej Kubie okazał się koszmarem - mówi "DGP" Arturo Lopez-Levy, politolog kubańskiego pochodzenia z uniwersytetu w Denver. - Ich działania są jednoznaczne: próbują wprowadzić na wyspie reglamentowany kapitalizm, żeby się ratować przed rewolucją i utratą władzy - dodaje. Tak jak ponad 20 lat temu Gorbaczow próbował ocalić Związek Sowiecki.

W połowie września kubański rząd ogłosił, że do marca 2011 r. pracę straci około pół miliona osób zatrudnionych w budżetówce (10 proc. siły roboczej). Raul Castro zapowiedział, że w następnych miesiącach zostanie zlikwidowane kolejne pół miliona miejsc pracy. - Musimy na zawsze skończyć z przekonaniem, że Kuba to jedyne państwo na świecie, gdzie ludzie mogą dostawać pieniądze za nic - podkreślał, przemawiając w parlamencie.

Hawana szuka teraz oszczędności dosłownie wszędzie. Na początku września Raul zlikwidował dopłaty do papierosów dla 2,5 mln Kubańczyków powyżej 54. roku życia. Ich odsprzedanie na czarnym rynku pozwalało starszym ludziom dopiąć domowy budżet. - I jak tu teraz żyć? Zabrali nam już niemal wszystko - żali się 64-letnia Angela Jimenez, która otrzymuje od państwa miesięcznie 200 peso (10,4 dol.). Na początku 2010 r. zniesiono dodatki dla emerytów na zakup ziemniaków i cukru. W ubiegłym roku wyspa musiała zredukować o 30 proc. (5 mld dolarów) import, głównie żywności. W zamian Raul Castro zapowiada bezprecedensowe, jak na Kubę, ułatwienia dla biznesu.

Część drobnych państwowych zakładów produkcyjnych i sklepów zostanie przekształcona w prywatne spółdzielnie należące do pracowników. Nie tylko odciąży to budżet, ale także ma wprowadzić konkurencję między firmami.

Od października władze wydadzą ćwierć miliona pozwoleń na samozatrudnienie, czyli de facto na prowadzenie drobnej działalności gospodarczej i zatrudnianie po kilku pracowników. Dotychczas w ramach poprzednich zmian przepisów wydano 143 tys. tego typu pozwoleń. Dzięki nim w 11-milionowym kraju 600 tys. osób może legalnie pracować w sektorze prywatnym. Są to przede wszystkim rolnicy, taksówkarze i fryzjerzy. Na najnowszej liście 178 legalnych zawodów sektora prywatnego znaleźli się z kolei m.in. murarze, mechanicy, masażyści, sprzątacze publicznych wychodków, osoby zajmujące się obcinaniem liści palm oraz... klauni.

Powstanie nawet program kredytów dla drobnych przedsiębiorców. Władze liczą także na 1,2 mld dolarów, które co roku trafiają na wyspę od kubańskich emigrantów w USA. Dodatkowo przewidują wydanie większej liczby zezwoleń na prowadzenie domowych restauracji tzw. paladares. W menu będą mogły się znaleźć skorupiaki, ziemniaki i wołowina (dotychczas sprzedawane spod lady). Ba, Kubańczycy z wyspy i z zagranicy będą mogli wynająć domy i mieszkania turystom. - Przestanę płacić milicji łapówki za milczenie - nie ukrywa radości w rozmowie z "DGP" mieszkaniec Hawany, który prosi, by nazywać go Juan. Dziś musi się dzielić pół na pół. - Oby tylko Raul nie przycisnął mnie wysokim podatkiem, bo znów będę musiał uciec w szarą strefę - dodaje.

Rząd chce nie tylko złagodzić los zwalnianych (przy średnich zarobkach rzędu 20 dol. i tak muszą nielegalnie dorabiać), ale przy okazji ujawnić i zalegalizować szarą strefę. Raul liczy, że podatki ściągane od zdekonspirowanych firm pomogą państwu przetrwać. Gra jest warta świeczki. Czarnorynkowe "profesje" - jak m.in. handel wynoszonymi z fabryk cygarami, rumem, wynajmowanie "na boku" mieszkań turystom czy prostytucja - według skromnych szacunków co roku generują zysk wart 40 proc. oficjalnego PKB.

Eksperci zgodnie przekonują, że zapowiedziane cięcia będą oznaczały największy wstrząs dla kubańskiej gospodarki od 1959 r., czyli od rewolucji kubańskiej.

- Hawana próbuje ścigać się z konsekwencjami gospodarczej zapaści. W tym celu wprowadza reformy. Bardzo podobnie wyglądało to w przypadku Michaiła Gorbaczowa i jego pierestrojki - mówi nam Marifeli Perez-Stable, ekspert ds. Kuby na Międzynarodowym Uniwersytecie Florydy w Miami. - W ZSRR konsekwencje reform były wolniejsze od skutków postępującej niewydolności systemu gospodarczego. Czy tak samo będzie na Kubie, przekonamy się już niedługo - dodaje.

Raul Castro próbuje ograniczać ryzyko związane z transformacją. Kubański prezydent doskonale pamięta, że upadek ZSRR to nie tylko efekt zmiany gospodarczej, ale przede wszystkim przewrót polityczny dokonany przez opozycyjne ruchy polityczne powstałe na bazie Frontów Ludowych. Rząd wypuścił więc więźniów politycznych i pozbył ich się z wyspy. Głasnost w wykonaniu kubańskim to przeprosiny Fidela Castro za prześladowanie homoseksualistów oraz przyznanie, że kryzys kubański był błędem.

Braciom Castro raz już udało się uniknąć krachu. Na początku lat 90. ubiegłego wieku, kiedy wraz z upadkiem ZSRR wyschło źródło taniej ropy naftowej i zniknął rynek dla kubańskiego cukru, wyspa znalazła się w podobnych tarapatach. I Fidel Castro zareagował w identyczny sposób co Raul: pozwolił na rozwój prywatnej przedsiębiorczości. W 1996 r. liczba wydanych pozwoleń na samozatrudnienie sięgnęła 209 tys. 20 lat temu rządowy dziennik "Granma" identycznie uzasadniał reformy. Miały one prowadzić do "doskonalenia socjalizmu przez wzrost produktywności".

Sytuacja się poprawiła, a władze znów przykręciły śrubę prywaciarzom, cofając licencje i przejmując firmy. Przywileje zawieszono, a pierwszą kubańską pierestrojkę symbolicznie zakończyły w 2003 r. masowe aresztowania dysydentów.

Tym razem reformy są zbyt płytkie, by mogły przynieść zamierzone efekty, więc kryzys będzie tylko narastał. Na dodatek świat jest pogrążony w zapaści i Hawana może liczyć już tylko na siebie.

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0012.003.jpg@RY2@

Kuba, Polska

@RY1@i02/2010/192/i02.2010.192.186.0012.004.jpg@RY2@

Fot. AP

Czarnorynkowe profesje - jak m.in. handel wynoszonymi z fabryk cygarami, rumem, wynajem mieszkań na boku czy prostytucja - co roku generują zysk równy 40 proc. oficjalnego PKB

Współpraca: Piotr Włoczyk

Stanisław Rajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.