Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Kontrowersyjna pomoc Obamy

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Prezydent USA przekazał wczoraj 26 mld dol. pomocy zagrożonym bankructwem 46 stanom. Ustawę krytykują Republikanie, którzy twierdzą, że lokalne władze zamiast brać pieniądze z Waszyngtonu, powinny ostro zacisnąć pasa

Amerykański Kongres zdecydował się wspomóc pogrążone w kłopotach finansowych stany. Wczoraj Izba Reprezentantów przegłosowała, a Barack Obama podpisał ustawę o przekazaniu z budżetu federalnego 26 miliardów dolarów, które pójdą na najpilniejsze potrzeby władz stanowych.

Najgłośniej pomocy domagały się Kalifornia i Nowy Jork, które przez kryzys bardzo silnie odczuły spadek dochodów. By uratować budżet, kalifornijskie władze postanowiły na pewien czas obniżyć świadczenia urzędników do pensji minimalnych i wysyłać ich co miesiąc na trzy dni bezpłatnego urlopu. W tym roku budżetowym Kalifornia będzie na minusie wynoszącym 14 mld dolarów, a Nowy Jork - 9 mld. Wszystkim stanom brakować będzie w sumie 120 mld dolarów na edukację, policję i zasiłki. W przeciwieństwie do rządu federalnego lokalne władze nie mają możliwości utrzymywania deficytów, więc niedobory w kasie najczęściej niwelowane były przez bardzo ostre cięcia wydatków (od 2008 roku wyniosły one 74 miliardy dolarów) i podnoszenie podatków, co nie ominęło 30 stanów. Niektóre z nich próbowały ratować sytuację, uciekając się np. do opodatkowania napojów gazowanych czy dołączania reklam do nowo wydawanych tablic rejestracyjnych.

Sytuacja stanów byłaby jeszcze gorsza, gdyby nie to, że w ramach 860-miliardowego pakietu stymulacyjnego otrzymały w zeszłym roku 140 mld na edukację, bezpieczeństwo publiczne i służbę zdrowia. Jednak te pieniądze powoli się kończą. Według wyliczeń Kongresu, lokalne rządy szukając oszczędności od początku tego roku zwolniły blisko 170 tys. pracowników.

Ale zdaniem krytyków łatanie dziury w jednym budżecie, powiększając deficyt w innym, nie rozwiązuje problemu. - Pieniądze na pokrycie kosztów tej ustawy zostały zabezpieczone przez zlikwidowanie części luk w prawie podatkowym, więc nie zwiększy to deficytu - odpowiadał na zarzuty Republikanów Barack Obama.

Tłumaczenie to nie przekonuje jednak Geralda Hockera, republikańskiego członka izby niższej stanu Delaware. - Łatanie budżetów stanowych powiększaniem deficytu w budżecie federalnym nie jest żadnym rozwiązaniem, bo w ostatecznym rozrachunku to i tak podatnicy zapłacą za sfinansowanie bailoutu. Poza tym bailout na poziomie federalnym wcale nie rozruszał w wystarczający sposób gospodarki - mówi w rozmowie z "DGP" Hocker. Republikanie twierdzą także, że ustawa nie przyczyni się do tworzenia nowych miejsc pracy.

Jak na warunki parlamentarne ustawa o pomocy dla stanów powstawała w ekspresowym tempie. W zeszłym tygodniu została ona przegłosowana w Senacie bez jakiejkolwiek nazwy na stronie tytułowej. Wpadka ta została bezlitośnie wyszydzona przez Republikanów, którzy narzekają, że Demokraci przepchnęli przez Kongres anonimową ustawę. Demokraci, którzy w głosowaniu nad ustawą liczyć mogli na wsparcie jedynie kilku członków Partii Republikańskiej, uznali kłopoty budżetowe stanów za na tyle poważny problem, że przewodnicząca Izby Reprezentantów specjalnie na to jedno głosowanie ściągnęła deputowanych z wakacji.

@RY1@i02/2010/156/i02.2010.156.000.008a.001.jpg@RY2@

FOT. AFP

Szukając oszczędności, od początku roku poszczególne stany zwolniły w sumie 170 tys. pracowników

Piotr Włoczyk

piotr.wloczyk@infor.pl

Regent University w Wirginii

Pomoc federalna jest oczywiście błogosławieństwem dla tych stanów, które mając wielkie problemy fiskalne, unikną dzięki temu zwolnień części swoich pracowników. Będzie to jednak przekleństwo dla stanów, które dużo bardziej odpowiedzialnie podchodziły do swoich budżetów, ale de facto będą musiały zapłacić za pomoc udzieloną innym. Przykładem jest moja rodzinna Wirginia, która również ma problemy, ale w niczym nie dorównują one tym z Kalifornii czy Nowego Jorku.

Prezydent Obama pomaga utrzymać miejsca pracy w stanowych sektorach publicznych, ponieważ bardzo silne są tam związki zawodowe. Demokraci pamiętają doskonale o zbliżających się wyborach, jak i o tym, że związki są ich zapleczem wyborczym. Obawiam się jednak, że po wyborach również możemy spodziewać się kolejnych planów pomocowych dla stanów. To, że stany przeżywają trudności, widać nawet w moim mieście Virginia Beach, które nie należy do najbiedniejszych. Z powodu zwolnień wydłużyły się kolejki w urzędach, a i nawet trawniki nie są takie jak wcześniej, bo z powodu oszczędności miasto nie dba o nie już tak bardzo.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.