Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Portal z przeciekami

29 czerwca 2018

WikiLeaks stał się symbolem walki o wolność słowa w internecie

Wrzód na tyłku władz czy wojownicy prawdy? WikiLeaks, choć o nazwie podobnej do Wikipedii, nie ma nic wspólnego z internetową encyklopedią. To największy na świecie portal z przeciekami informacji tajnych i supertajnych, który w ciągu czterech lat swojej działalności zdążył się narazić chyba wszystkim możnym świata.

Blisko 17 minut nagrania, które wygląda jak niespecjalnie trudna gra komputerowa, wstrząsnęło światem. Z amerykańskiego helikoptera Apache obserwujemy, jak na jednej z bagdadzkich uliczek żołnierze śledzą grupę kilkunastu ludzi. Potem zaczynają ostrzał. Kiedy opadają tumany kurzu, widać, że zginęli niemal wszyscy obserwowani. Tylko jeden mężczyzna przeżył i próbuje się ukryć. W czasie strzelaniny słychać wyraźnie, jak żołnierze komentują między sobą: - O, popatrz na tych martwych drani. Nieźle, dobra robota.

W ostrzale ginie 12 osób, w tym dziennikarz Agencji Reutera Namir Noor-Eldeen i jego współpracownik Saeed Chmagh. Wersja Pentagonu: akcja miała miejsce w 2007 r. Żołnierze wzięli zabitych za bojowników. Przed ostrzałem mieli oni rzekomo podejrzewać wrogie działania. Trzymali broń i byli gotowi jej użyć.

Na filmie widać jednak, że zabici nie mieli szans podjąć jakichkolwiek działań. Zostali rozstrzelani w ciągu kilku minut, nie mieli broni i nie zdawali sobie sprawy, że są obserwowani. Film udostępniono na stronie WikiLeaks.

Kiedy w 2006 r. w konspiracji powstawał serwis, na którym każdy będzie mógł zamieścić dokumenty ujawniejące korupcję i manipulacje władz, jego zamysłem było kontrolowanie reżimów w Chinach, Afryce Środkowej czy Rosji. Okazało się, że wcale nie mniej jest do ujawniania w Unii Europejskiej, Australii czy USA. A korporacje finansowe są równie podatne na korupcję i chętne do manipulowania ludźmi jak autorytarne reżimy. - Początkowo byl to serwis dla maniaków teorii spiskowych. Szybko jednak dokumenty, które dzięki anonimowym współpracownikom zaczęły się na nim pojawiać, okazywały się wstrząsające - mówi Olgierd Rudak, prawnik specjalizujący się w zagadnieniach związanych z internetem.

W efekcie dzieje WikiLeaks to historia zawieszania i odwieszania tego portalu. Ciężko zliczyć, ile razy próbowano go całkiem zamknąć. Dziś WikiLeaks nienawidzą brytyjscy neonaziści (za ujawnienie listy członków Brytyjskiej Partii Narodowej), scjentolodzy (za opublikowanie tekstów napisanych przez samego Rona Hubbarda, założyciela Kościoła Scjentologicznego, pełnych tak kuriozalnych stwierdzeń, jak "wydarzenie 1. miało miejsce mniej więcej 4 kwadryliony lat temu, czyli znacznie wcześniej niż wydarzenie 2., które nastąpiło zaledwie 75 000 000 lat temu) i rząd USA (za opublikowanie dokumentów opisujących regulamin traktowania więźniów w obozie Guantanamo na Kubie).

W WikiLeaks zamieszczono też przecieki o planach podsłuchiwania rozmów prowadzonych przez Skypea przez niemiecką policję, zapis wiadomości przesyłanych przez pagery podczas ataku na World Trade Center w 2001 r. czy poufne informacje o klientach szwajcarskiego banku Julius Baer. W 2007 r. dokumenty opublikowane przez WikiLeaks trafiły na główne strony brytyjskich gazet opisujących korupcyjne skandale w otoczeniu Daniela arap Moi, byłego prezydenta Kenii.

W Polsce o WikiLeaks głośno zrobiło się w ubiegłym roku, kiedy opublikowano na nim uzasadnienia umorzenia postępowania przeciwko nazistowskiemu portalowi RedWatch. Spore zamieszanie wywołała też publikacja listy stron, których blokowanie nakazał australijskim operatorom tamtejszy urząd ds. komunikacji i mediów. Zwłaszcza że cenzorzy wpisali na indeks bez ładu i składu strony satanistyczne, chrześcijańskie, firmę turystyczną i nawet pewnego dentystę.

- Dziś to świetna pomoc dla whistleblowerów, czyli sygnalistów z całego świata informujących o nieprawidłowościach w firmach czy władzy - mówi Maciej Bernatt z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Z jeden strony oferuje tym ludziom anonimowość, czyli ochronę przed konsekwencjami ich donosów. Z drugiej jest na tyle dobrze redagowana, że udało jej się ustrzec przed wypuszczeniem informacji nieprawdziwych - dodaje.

A kiedy w 2009 r. policja zrobiła nalot na dom właściciela niemieckiej wersji serwisu, oskarżając go o bezprawne publikacje tajnych dokumentów - chodziło właśnie o czarną listę zakazanych stron w Australii - WikiLeaks stał się symbolem internetowej walki o wolność i demokrację.

Choć serwis zaczął działać w 2006 r., to aż do stycznia 2007 r. jego istnienie było tajne. Ujawnił je dopiero Steven Aftergood, redaktor biuletynu "Secrecy News". Dziś o WikiLeaks nadal mało wiadomo. Podobno ma swoje serwery w Szwecji albo w Islandii. Podobno jest po części tworzony przez chińskich dysydentów, a do komisji doradczej WikiLeaks należą m.in. rosyjscy emigranci, a także uchodźcy tybetańscy, reporterzy, były analityk amerykańskiego wywiadu oraz kryptografowie. - To nie jest scentralizowana struktura, za łatwo byłoby do niej dotrzeć, raczej kilka, kilkanaście oddziałów rozsianych po świecie - ocenia Rudak.

Jednak WikiLeaks ma również swoją jawną twarz. I to niezwykle barwną. Jego rzecznikiem prasowym jest kontrowersyjny dziennikarz Julian Assange. Pochodzi z Australii, a najbardziej znany jest z opowieści o tym, że jako dziecko aktorów z obwoźnego teatru uczył się w 37 szkołach, na sześciu uniwersytetach i do tego jeszcze nie chce podać dokładnej daty urodzin.

Ostatnio wiele o WikiLeaks można się było dowiedzieć z raportu amerykańskiej armii, który wyciekł i został opublikowany na WikiLeaks oczywiście. 32-stronicowy dokument powstał dwa lata temu i nosi tytuł "WikiLeaks.org - punkt odniesienia online dla obcych wywiadów, rebeliantów i terrorystów?". Na jednej z pierwszych stron możemy przeczytać, że ma on na celu ocenę zagrożenia, jakie serwis WikiLeaks.org może stanowić dla US Army. Raport zalecał wykorzystanie wszystkich możliwych środków (włącznie z fabrykowaniem informacji) mogących zdyskredytować wiarygodność serwisu.

Jednak to nie działania amerykańskiej armii sprowadziły na WikiLeaks najpoważniejsze kłopoty. Portal bankrutuje, dlatego od końca 2009 do lutego 2010 r. działalność serwisu była zawieszona. Według założycieli jego utrzymanie kosztuje prawie 600 tys. dol rocznie, a w ciągu tego roku udało się zebrać tylko 370 tys. dol dotacji. Serwisowi nie pomaga, że w celu uniknięcia konfliktu interesów nie przyjmuje wpłat od firm i organizacji rządowych. - I właśnie finanse też są wykorzystywane przez wrogów serwisu do jego zniszczenia. Po naciskach PayPal dwa razy wycofywał się ze współpracy z WikiLeaks. A to przecież najpopularniejsza metoda przelewania pieniędzy - mówi Rudak.

W niedawno udzielonym wywiadzie Assange przyznał, że w WikiLeaks pracuje obecnie pięć osób na etacie i około 800 pomocników bez wynagrodzenia.

- WikiLeaks prędzej czy później upadnie. Jego autorzy ugną się pod coraz większymi naciskami władz i korporacji. Może nawet portal zostanie kupiony - przewiduje Olgierd Rudak. - Ale nawet jeżeli go już nie będzie, to na pewno pojawią się w jego miejsce podobne serwisy. Ujawnianie tajemnic i wchodzenie za skórę możnym zbyt spodobało się ludziom, by mieli teraz z tego zrezygnować.

@RY1@i02/2010/069/i02.2010.069.000.0023.001.jpg@RY2@

Fot. Reuters Forum

@RY1@i02/2010/069/i02.2010.069.000.0023.002.jpg@RY2@

Fot. Reuters Forum

6 kwietnia WikiLeaks ujawnił film pokazujący zabójstwo 12 cywili w 2007 roku w Bagdadzie

Sylwia Czubkowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.