Chińczycy boją się powstania bardziej niż ataku z zewnątrz
Chińczycy wydadzą na swoją policję niemal tyle samo, ile na wojsko. Z projektu chińskiego budżetu na rok 2010 jednoznacznie wynika, że Pekin obawia się zagrożeń wewnętrznych w nie mniejszym stopniu niż zewnętrznych.
W bieżącym roku nakłady na bezpieczeństwo wewnętrzne w Chinach mają wzrosnąć o 8,9 proc. i wyniosą 75,3 mld dol. Tym samym ich wartość niemal zrównała się z nakładami na obronę państwa (77,9 mld dol). Nic dziwnego, skoro największa, licząca 3 mln żołnierzy, armia świata - Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza - wydaje się karzełkiem w porównaniu z chińskimi służbami bezpieczeństwa, w których pracuje 21 mln osób. I jeśli wierzyć źródłom z Hongkongu, w roku 2009 przekroczyły swój budżet o 472 mld juanów (69,1 mld dol.), czyli o 16 proc.
- Od 2007 roku Chinami rocznie wstrząsa ponad 90 tysięcy zajść z udziałem policji - tłumaczył dziennikarzom Yu Jianrong z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych. Oznacza to, że dziennie dochodzi do około 250 takich incydentów. Pekińscy włodarze są świadomi zagrożenia, jakie wybuchy społecznego niezadowolenia niosą ze sobą. W końcu historia Państwa Środka widziana oczami Chińczyków to przeplatające się okresy jedności i rozdarcia wywołanego buntami chłopskimi.
Choćby po to władzom w Pekinie są potrzebne tak olbrzymie siły bezpieczeństwa. Innym problemem jest różnorodność etniczna. Znaczną część terytorium Chin stanowią bowiem regiony autonomiczne zamieszkane przez ludność rdzennie niechińską: w tym Sinkiang, Mongolia Wewnętrzna czy Tybet. Mimo iż Pekin regularnie kieruje tam dziesiątki tysięcy osadników z etnicznej chińskiej grupy Han - a może właśnie z tego powodu - raz po raz wstrząsają nimi zamieszki na tle etnicznym.
Wystarczy przypomnieć, że w lipcu ubiegłego roku, w stolicy regionu Sinkiang - Urumczi - wybuchły zamieszki, w których według oficjalnych danych zginęły 184 osoby (w tym 137 rdzennych Chińczyków), a ponad 1000 zostało rannych. Na ulice ujgurskich miast ściągnięte zostały nawet oddziały żandarmerii, a potem regularnego wojska.
W ramach opanowywania sytuacji rząd centralny nałożył na Sinkiang blokadę komunikacyjną - międzynarodowe rozmowy i internet zostały zablokowane na 4 miesiące. Koszty tych akcji musiały być ogromne, skoro regionalny parlament - Kongres Ludowy Sinkiangu - niemal podwoił wydatki na bezpieczeństwo, podnosząc je do poziomu 2.89 mld juanów (423 mln dol.) - z poziomu 1,54 mld juanów. Gubernator Sinkiangu Nur Bekri mówił, że pieniądze te pozwolą władzom poprawić procedury szybkiego reagowania oraz zapobiegać eskalacji konfliktów.
By chronić jedność Chin, władze są gotowe podjąć wiele niestandardowych kroków - jak choćby obsługa internetowego "wielkiego muru" czy choćby wprowadzonego w tym roku systemu kontroli treści SMS-ów. Wszystkie te narzędzia mają na celu utrzymanie społeczeństwa w karbach.
Zdaniem ekspertów poza niepokojami społecznymi w grę może wchodzić też gigantyczna impreza masowa, na wzór olimpiady, jaka odbyła się w Pekinie w sierpniu 2008 roku. W tym roku takim przedsięwzięciem będzie wystawa World Expo 2010, która już 1 maja rozpocznie się w Szanghaju. Zdaniem Williego Wo-Lap Lam z amerykańskiej Jamestown Foundation na ulice metropolii wyjdą wówczas setki tysięcy policjantów, tajniaków i ochotników mających zabezpieczyć "ład i praworządność" w czasie trwania imprezy. I nie chodzi tu tylko o prestiż Chin, ale o stabilność całego reżimu.
@RY1@i02/2010/064/i02.2010.064.000.011a.001.jpg@RY2@
Fot. AP
Władze nie szczędzą środków na nowe technologie, które mogą pomóc w tłumieniu zamieszek w Tybecie i Sinkiangu
karolina.kupinska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu