Grecja musi mocniej zacisnąć pasa
Bruksela chce, aby władze w Atenach poszły dalej w uzdrawianiu finansów publicznych: dodatkowo podwyższyły podatki i ograniczyły jeszcze bardziej uposażenia emerytalne. Tylko pod tym warunkiem Niemcy i Francja pomogą Grecji
Bruksela nie popuszcza Grecji. Komisarz ds. finansowych Olli Rehn przylatuje dziś do Aten, aby domagać się od greckiego rządu kolejnych bolesnych oszczędności. To warunek, aby Niemcy i Francja uratowały Greków przed bankructwem.
Po raz pierwszy w historii Unii jeden z krajów członkowskich w praktyce stracił kontrolę nad polityką gospodarczą. Choć nie zostało to powiedziane wprost, Komisja Europejska w rzeczywistości wprowadziła zarząd komisaryczny nad greckimi finansami.
Pod koniec minionego tygodnia eksperci KE analizowali w Atenach program oszczędnościowy zapowiedziany przez premiera Jeorjosa Papandreu. I doszli do wniosku, że jest on niewystarczający, aby ograniczyć deficyt budżetowy z 12,7 proc. PKB w 2009 r. do 8,7 proc. w obecnym. Zdaniem mediów Rehn zażąda więc dodatkowych oszczędności wartych w tym roku 4,8 mld euro (2 proc. PKB). Chodzi zwłaszcza o podniesienie o kolejne 2 pkt proc. podatku VAT, zlikwidowanie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych i dalsze ograniczenie wydatków państwa.
Wszystko wskazuje na to, że Grecy nie mają wyboru i zgodzą się na dyktat. Jeśli tego nie zrobią, ministrowie finansów UE na posiedzeniu 16 marca mogą zdecydować o zablokowaniu pomocy dla Aten. - Musimy zrobić wszystko, co możliwe, by odsunąć groźbę bankructwa. Jutro może być za późno - mówił w piątek Papandreu. - Nie oczekujemy od innych państw, że przejmą część naszego długu, ale chcemy usłyszeć od nich wyrazy zdecydowanej solidarności - dodał.
- Greckie władze całkowicie straciły wiarygodność, bo od wielu lat podawały nieprawdziwe dane dotyczące stanu finansów publicznych. Dlatego teraz pozycja negocjacyjna Papandreu wobec Brukseli jest słaba. Nie za bardzo może on przekonywać, że podjęte już decyzje wystarczą, aby ograniczyć deficyt budżetowy - mówi DGP Nicolas Veron, ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla.
Już 5 marca Papandreu leci do Berlina, gdzie spotka się z kanclerz Angelą Merkel. Zdaniem dziennika Handelsblatt niemiecki rząd już utworzył osobną rezerwę w tegorocznym budżecie państwa na poczet kosztów ratowania Grecji. Jednak informacja ta została wieczorem zdementowana przez Merkel. - Najlepszą formą pomocy jest obecnie postawienie sprawy jasno: Grecja sama musi odrobić pracę domową - powiedziała w rozmowie z niemiecką telewizją ARD.
Z kolei Financial Times podaje, że niemiecki bank państowy KfW i francuski Caisse des Depots są gotowe kupić za 20 - 30 mld euro greckie obligacje, pod warunkiem że rządy Niemiec i Francji udzielą gwarancji ich spłaty.
Bruksela zamierza jednak postawić surowe warunki wsparcia dla Grecji i w ten sposób zniechęcić inne kraje strefy euro do poluzowania finansów, w nadziei że same też zostaną kiedyś uratowane przez bogate Niemcy i Francję. - Grecja musi zwiększyć swoje starania, aby ograniczyć deficyt budżetowy - ostrzegł wczoraj szef grupy krajów strefy euro, premier Luksemburga Jean-Claude Juncker. - Trzeba podwyższyć podatki i zmniejszyć wydatki państwa. Grecy muszą zrozumieć, że podatnicy w Niemczech, Belgii czy Luksemburgu nie będą płacili za błędy greckiej polityki fiskalnej - dodał.
Największe zabytki starożytnej Grecji padają ofiarą kryzysu finansowego - alarmuje brytyjski Guardian. W tym roku Bruksela odmówiła przekazania funduszy na odnowienie historycznej spuścizny kraju. Jak przyznaje minister kultury Pawlos Jerulanos, poprzedni konserwatywny rząd Kostasa Karamanlisa dopuścił się defraudacji zbyt dużej części unijnej pomocy. O 10 proc. zostały także obcięte tegoroczne narodowe dotacje na kulturę, choć i tak były już skromne (710 mln euro). W konsekwencji wiele muzeów i starożytnych ruin, jak miejsce urodzenia Aleksandra Wielkiego w Peli, po prostu zamknięto dla publiczności. Nawet w centrum Aten nieoznakowane są pozostałości po Akademii Platona, miejscu, w którym powstała światowa filozofia. - Po prostu nie możemy zdobyć 7 tys. euro potrzebnych na takie oznakowanie - mówi Nikoleta Diwari Wilaku, architekt odpowiedzialna za zachowanie tej część ruin.
Jak opisuje Guardian, dzielnica bezpośrednio pod Akropolem zamieniła się w przybytek prostytucji i śmieci, wypłaszając turystów.
Jeden z archeologów z Akropolu przyznaje, że po cięciach zapowiedzianych przez rząd jego pensja spadnie z 1,5 do 1,3 tys. euro. - Za tyle po prostu nic się nie chce robić - mówi.
Do tej pory aż 20 proc. dochodu Grecji pochodziło z turystyki. Jeśli nie uratuje ona szybko starożytnych zabytków, jej kłopoty finansowe mogą się jeszcze pogłębić.
@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.009a.001.jpg@RY2@
Komisarz ds. finansowych UE Olli Rehn (po lewej) leci w poniedziałek do Aten, aby domagać się od premiera Grecji Jeorjosa Papandreu dodatkowego podwyższenia podatków i ograniczenia kolejnych programów socjalnych
@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.009a.002.jpg@RY2@
Gospodarska wizyta Komisji Europejskiej w Atenach
jedrzej.bielecki@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu