Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Szeryf posprząta Wall Street

28 czerwca 2018

Paul Volcker pomoże prezydentowi uregulować system bankowy

Monumentalny plan ratowania największych amerykańskich banków zawiódł, bo zamiast uzdrowić system, za pieniądze podatnika ufundowano spadochrony zagrożonym bezrobociem menedżerom. Amerykanie są wściekli i cały swój gniew kierują na Baracka Obamę. Dlatego prezydent zdecydował się na radykalny krok. Zaangażował byłego szefa Rezerwy Federalnej Paula Volckera do tego, by podzielić największe banki i raz na zawsze ukrócić samowolę Wall Street.

- Ten człowiek to geniusz, a oprócz tego istota ludzka wielkiego kalibru. Kiedykolwiek Volckerowi przyjdzie coś do głowy, od razu ludzie prezydenta nadstawiają uszu. Trochę jak oczekiwanie, kiedy przemówi medium - stwierdza w rozmowie z nami Elizabeth C. Bogan, ekonomistka z Uniwersytetu Princeton, która doradzała kilku prezydenckim administracjom. Tak ma być i tym razem. Paul Volcker obiecał Barackowi Obamie, że posprząta system bankowy, który pomimo obietnic składanych przez nową ekipę w Białym Domu w dalszym ciągu faworyzuje Wall Street. A ten 83-latek ma wyjątkowo pogardliwy stosunek do rekinów finansjery z Nowego Jorku. Prezydent, który dotąd był zbyt uległy wobec bankierów i ich lobbystów, szuka ratunku w rozwiązaniach populistycznych.

W sumie wychodzi z tego historia jak z Dzikiego Zachodu. Do miasteczka, w którym szerzy się bezprawie, przyjeżdża wiekowy, doświadczony szeryf. Jak John Wayne w "Prawdziwej odwadze". Paul Volcker wywodzi się ze starej szkoły ekonomistów. Był w służbie niemal wszystkich prezydentów od Richarda Nixona. Tylko George W. Bush traktował go jak dinozaura i nigdy nie zapraszał na nieformalne konsultacje do Białego Domu. Obama zapewnia mu teraz widowiskowy comeback. Mówi o Volckerze: "Ten wielki gość za moimi plecami". Chodzi o to, że sędziwy guru od makroekonomii ma nieco ponad dwa metry.

Oto jak Paul Volcker widzi sprawę sprzątania Wall Street: "To, że system zawiódł, widać gołym okiem, w końcu to z jego winy nastał największy od 75 lat kryzys. (...) Rynek powoli odżywa, nastał czas na kurację długoterminową. Teraz zaczyna się dyskusja, co zrobić. Wszyscy są raczej zgodni, że banki powinny dysponować większym kapitałem i płynnością finansową, powinny się znajdować pod dokładniejszą kontrolą. (...) Ale przede wszystkim powinniśmy skończyć z filozofią »banków za dużych, by upaść«, a to zdaje się już na wskroś przeniknęło wyobraźnię Amerykanów. Już 200 lat temu Adam Smith przekonywał, że banki powinny być małe i że trzeba dbać, by się przesadnie nie rozrastały. (...) Trzeba tak podzielić te finansowe giganty, by mogły wejść na drogę zdrowej konkurencji, a jak sobie na niej nie poradzą, to trzeba im pozwolić upaść". I tak szeryf Volcker chce zrobić porządek z bankami. Liczy, że po jego operacji Wall Street stanie się małą i pokorną ulicą. Paul Volcker działał zawsze wedle prostego kowbojskiego mechanizmu: najprościej znaczy najskuteczniej. W curriculum vitae ma najlepsze z możliwych szkół: Harvard, Princeton i London School of Economics. Za prezydentury republikanina Richarda Nixona był wiceministrem finansów. Jego kadencja przypadła na poważny kryzys 1973 r., kiedy rozpadał się system z Bretton Woods. Wtedy Volcker zwątpił w odgórne mechanizmy regulowania waluty. Ale szczytem jego kariery był wybór przez Jimmyego Cartera na stanowisko szefa Rezerwy Federalnej, czyli amerykańskiego banku centralnego. I tutaj miał największe pole do popisu. Stany Zjednoczone wchodziły w lata 80. pogrążone w gospodarczym chaosie. Bezrobocie rosło do najwyższych wskaźników od czasów Wielkiego Kryzysu, a wskutek gwałtownego wzrostu cen ropy wszystko z dnia na dzień drożało w zawrotnym tempie. Volcker zdusił inflację, podnosząc stopy procentowe do 20 proc. Znienawidzili go za to konserwatyści, ale polityka okazała się na tyle skuteczna, że ultrakonserwatywny prezydent Ronald Reagan zaproponował mu pozostanie na drugą kadencję. Tymczasem ówczesny gospodarz Białego Domu nie chciał słyszeć o uregulowaniu systemu Wall Street, do czego przy każdej możliwej okazji namawiał go Volcker. Po pewnym czasie prezydent miał dość i zastąpił dotychczasowego szefa Rezerwy Federalnej herosem wolnego rynku Alanem Greenspanem. Wall Street na dwie dekady odetchnęło z ulgą.

Jak to na szeryfa z Dzikiego Zachodu przystało, Paul Volcker ma u boku dziewczynę. W Święto Dziękczynienia, które wypada pod koniec listopada, oświadczył się swojej wieloletniej sekretarce Anke Dening. Zaraz potem narzeczeni pojechali do Niemiec, skąd pochodzi kilka dekad młodsza wybranka byłego szefa Rezerwy Federalnej. "Tall Paul", jak go przezywają przyjaciele, poprosił tam o błogosławieństwo swoich przyszłych teściów. W krótkim oświadczeniu prasowym podał jedynie, że już po ślubie nowa pani Volcker będzie dalej pełnić obowiązki asystentki.

Anke będzie jego drugą żoną. Pierwsza, Barbara, którą poślubił jako 26-latek, zmarła w 1998 r. po długich zmaganiach z cukrzycą i chorobą wieńcową. Dwójka ich dzieci zrobiła profesjonalne kariery w medycynie. Sam Volcker ponad 40 lat swojego szczęśliwego małżeństwa opisuje, nie kryjąc wzruszenia. "Największym błędem mojego życia było to, że moją ukochaną Barbarę zabrałem na miesiąc miodowy do Maine na łowienie ryb. To mało romantyczne, a jej się należało wówczas coś naprawdę wspaniałego" - pisał we wspomnieniu o pierwszej żonie. Dziennikarz CNN Eberhard Faber dość dokładnie scharakteryzował zachowanie Volckera, gdy w 1986 r. towarzyszył mu przez kilka tygodni jako reporter i zbierał materiały do napisania jego sylwetki. - Volcker uwielbia pstrągi. Kiedyś dostał zaproszenie od znajomego z Bright Creek, który miał dziewicze stawy pełne tych ryb. Ale przed wycieczką do Nowej Anglii szef Rezerwy Federalnej był w Europie i uczestniczył w jakiejś nudnej konferencji w Sarajewie. Gdy wybiła 18.00, a końca rozwlekającego się sympozjum nie było widać, amerykański gość ostentacyjnie wyszedł, kazał się zawieźć na lotnisko i dziesięć godzin później łowił już ryby - przypomniał niedawno w artykule na łamach magazynu Fortune.

Teraz wraca do wielkiej polityki. Od początku prezydenckiej kampanii senatora Obamy stał u jego boku. Dlatego po wyborach został jego doradcą numer jeden, szefem nowo utworzonej prezydenckiej Rady Ekonomicznej Odbudowy. Tyle że na początku pozostawał w cieniu, bo Obama stawiał na swojego ministra finansów Tima Geithnera. Ale ten ostatni, osobiście związany z Wall Street, okazał się zbyt uległy wobec rekinów i przez cały rok sprawy regulacji systemu bankowego nie drgnęły ani o centymetr. A to odbiło się na sondażach popularności prezydenta. Amerykanie mają już dość tego, że za publiczne pieniądze wykupiono bankowe długi, a menedżerowie największych firm sektora finansowego dalej wypłacają sobie gigantyczne premie. Dlatego Obama z nowym rokiem postawił na populizm.

- Paul to świetny facet. Głowę daję, że zgodnie z jego planem będziemy mieć czystszy i bezpieczniejszy system bankowy - mówił kilka miesięcy temu w wywiadzie dla DGP Joseph Stiglitz, laureat Nagrody Nobla z ekonomii i doradca prezydenta Billa Clintona. I zdaje się, że to nie koniec sukcesów 83-latka. Jeszcze przed prezydenckim orędziem o stanie państwa, kiedy Barack Obama miał obiecać zasadniczy zwrot w walce z kryzysem, w mediach pojawiły się spekulacje, że Volcker zastąpi Tima Geithnera na stanowisku ministra finansów. Podobno Obama miał go też w odwodzie, gdyby przez Senat nie udało się przepchnąć kandydatury Bena Bernankego na kolejne cztery lata na stanowisku szefa Rezerwy Federalnej.

@RY1@i02/2010/025/i02.2010.025.186.0009.001.jpg@RY2@

Fot. AP

Barack Obama przedstawia swojego głównego doradcę ds. ekonomicznych Paula Volckera

Radosław Korzycki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.