Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Świat

Prokreacja, głupcze

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 26 minut

Choć liczba mieszkańców Ziemi przekroczyła 7 miliardów, wielu krajom rozwiniętym grozi zapaść demograficzna, a co za tym idzie ekonomiczna marginalizacja

Chiny, Niemcy i Japonia zdają się wychodzić obronną ręką z kryzysu finansowego, w którym pogrążają się Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja. Ale to tylko pozory: w perspektywie dwóch-trzech dekad Pekin, Berlin oraz Tokio są skazane na ekonomiczną marginalizację, bo nie potrafiły stworzyć warunków dla demograficznego rozwoju swoich społeczeństw. Amerykanie, Anglicy oraz Francuzi, mimo ciążącego im dziś ciężaru długu, mogą spać spokojnie. W ich rodzinach przychodzi na świat wystarczająco dużo dzieci, aby w przyszłości utrzymać emerytów. Młode społeczeństwo jest też najlepszą gwarancją szybkiego rozwoju gospodarczego.

W poniedziałek ONZ ogłosiło, że liczba mieszkańców Ziemi przekroczyła 7 mld. Symboliczny moment nastąpił, gdy w Manili narodziła się Danica May Camacho. Ludzkość potrzebowała tylko 13 lat, aby powiększyć się o kolejny miliard. - W każdej minucie rodzi się obecnie o 158 więcej osób niż umiera. Ale aż 154 dzieci przychodzi na świat w krajach biednych, które nie są w stanie zabezpieczyć nowemu pokoleniu miejsc pracy i wykorzystać ich ekonomicznego potencjału - mówi "DGP" Marianne Blidon z Institut National dEtudes Demographiques (INED) w Paryżu.

Nieco arbitralny wybór przez ONZ noworodka z Filipin jako siedmiomiliardowego obywatela Ziemi dobrze oddaje demograficzne tendencje globu. Zamieszkany już przez 95 mln mieszkańców archipelag dusi się z przeludnienia. A to na pewno nie koniec błyskawicznego wzrostu ludności kraju, w którym aż 54 proc. społeczeństwa ma mniej niż 25 lat, a co dziesiąta dziewczynka w wieku 15-19 lat zaszła w niechcianą ciążę.

Niemcy, Japonia, Korea, nawet Chiny nie mają takich trudności. Przeciwnie: w pogrążonym w kryzysie świecie to kraje, które wzbudzają zawiść, bo zdołały przekonać inwestorów do siły swoich gospodarek i stabilności finansów publicznych. Gdy Francja walczy o utrzymanie najwyższej oceny ryzyka kredytowego, a Wielka Brytania dawno go straciła, Berlin nie tylko nie musi obawiać się utraty cennego AAA, ale nawet stać go na pomaganie innym.

Marianne Blidon ostrzega jednak, że to tylko pozorna siła. Już teraz Republika Federalna jest drugim, po Japonii, krajem o największym (20,6 proc.) udziale w społeczeństwie osób w wieku powyżej 65 lat. Co gorsza, w ciągu 20 lat wskaźnik ten zbliży się do 1/3. A to oznacza ogromne obciążenia dla budżetu państwa, które musi sfinansować świadczenia dla dziesiątek milionów coraz dłużej żyjących emerytów. W ubiegłym tygodniu minister spraw wewnętrznych Hans-Peter Friedrich ostrzegł, że jeśli Niemcy nie przyłożą się do prokreacji, dług Republiki Federalnej urośnie do 200 proc. PKB.

Kłopoty demograficzne uderzają w niemiecką gospodarkę już dziś. Rok 2010 był pierwszym, w którym liczba ludności aktywnej zawodowo zmalała. Ale to tylko początek kłopotów: o ile w ubiegłym roku w Republice Federalnej pracowało 44,6 mln osób, to już za 14 lat będzie ich zaledwie 38 mln. W tym samym czasie nad Sekwaną ta grupa zwiększy się z 28,3 do 30 mln. - We Francji każdego roku liczba osób w wieku produkcyjnym rośnie o 100 tys. osób. To jedna z przyczyn wyższego bezrobocia po zachodniej stronie Renu niż po wschodniej. Ale oficjalne wskaźniki stanu rynku pracy ukrywają przyszłą słabość Berlina i siłę Paryża. Niskie bezrobocie nie jest u nas wynikiem dobrej polityki, a spowodowane tym, że nasze społeczeństwo wymiera i coraz mniej osób poszukuje zatrudnienia - mówi nam Axel Pluennecke z Instytutu Badań Gospodarczych w Kolonii. Już teraz 2/3 niemieckich przedsiębiorstw narzeka na brak specjalistów, których nie da się zastąpić Turkami przybyłymi z wiosek Anatolii.

Przykład Japonii, której społeczeństwo już dziś jest najstarszym, jakie zanotowały annały historii świata, to ostrzeżenie dla naszego zachodniego sąsiada. Od 40 lat w Kraju Kwitnącej Wiśnie rodzi się przeciętnie 1,2-1,4 dziecka na kobietę, o wiele za mało, aby zapewnić wymienialność pokoleń (minimum to 2,1). Ponieważ niezwykle homogeniczne japońskie społeczeństwo nie akceptuje emigrantów, udział osób starszych szybko w nim rośnie, zmuszając rząd do nakładania coraz to wyższych podatków, aby sfinansować opiekę nad seniorami. To jedna z najważniejszych przyczyn gigantycznego (220 proc. PKB) długu Japonii, który nie ma sobie równych na świecie.

Przez wiele lat władze w Tokio próbowały utrzymać wzrost gospodarczy mimo niedoboru młodych pracowników oraz rosnących stawek, jakie trzeba było im wypłacić, poprzez automatyzację produkcji. Ale w globalnej gospodarce ta metoda okazała się nieskuteczna, bo takie kraje jak Indonezja, Wietnam czy Chiny oferowały setki milionów rąk do pracy, na dodatek tańszych od robotów. Aby utrzymać się na rynku, Toyota, Sony czy Hitachi przeniosły produkcję poza rodzimy kraj. W konsekwencji Japonia jest dziś miejscem stagnacji ekonomicznej, a odebranie jej dwa lata temu przez Chiny drugiego miejsca w rankingu największych gospodarek świata to początek procesu marginalizacji.

W Europie japoński model naśladują Włochy. To państwo, które do połowy lat 70. XX wieku było uważane za ojczyznę cudu gospodarczego: nowoczesnych rozwiązań technologicznych, przełomowego designu, koncernów podbijających świat. Ale Italia okazała się także pierwszym krajem Starego Kontynentu dotkniętym zapaścią demograficzną, której od 40 lat kolejnym rządom w Rzymie nie udaje się przełamać. Średni poziom wzrostu gospodarczego w ostatnich 15 latach wynosił ledwie 0,75 proc., a dług kraju, zaciągnięty po to, aby finansować rosnącą armię emerytów, osiągnął bezprecedensową w Europie skalę 1,9 bln euro.

Młode społeczeństwo zaś to pewność rozwoju gospodarczego. 20- czy 30-latkowie nie wahają się ryzykować i chętnie zakładają własne biznesy, są innowacyjni.

Amerykański demograf Nicholas Eberstadt uważa, że starzenie się społeczeństw ma wpływ nie tylko na kondycję gospodarczą państw, ale także ich wybory polityczne. Starszych osób nie interesują inwestycję w przyszłość, nakłady na nowe technologie i infrastrukturę. Wiedzą, że nigdy z nich nie skorzystają. Głosują więc na tych, którzy chcą przeznaczyć gros pieniędzy z budżetu na bieżącą konsumpcję: większe emerytury oraz hojny system opieki zdrowotnej. Stąd trudności 75-letniego Silvio Berlusconiego, który jak na włoskie warunki uchodzi za młodzieniaszka, w reformowaniu zastygłych struktur włoskiego państwa.

Zapaść demograficzna przekłada się także na międzynarodową pozycję kraju i co za tym idzie - na zdolność do przeforsowania korzystnych dla siebie rozwiązań. Dziś Niemcy jako najludniejsze państwo UE mają - zgodnie z przepisami traktatu lizbońskiego - najwięcej głosów w Radzie Unii Europejskiej. Ale ta sytuacja nie będzie trwać długo. Jak przewiduje Hans-Peter Friedrich w ciągu nadchodzącego półwiecza Republika Federalna straci 17 mln mieszkańców, pozostając daleko w tyle za Francją i Wielką Brytanią. - Ostrzeżeniem dla Niemiec jest los Rosji, w której od upadku komunizmu ubyło 7 mln mieszkańców. Kreml wręcz obawia się, że może mu nie starczyć obywateli, aby kontrolować ogromny obszar kraju. Już teraz Daleki Wschód kolonizują Chińczycy - wskazuje Axel Pluennecke.

Kondycja demograficzna Polski jest lepsza niż Niemiec, ale tylko dlatego, że zapaść zaczęła się u nas później. Sukces ekonomiczny naszego kraju w ostatnich 20 latach został opłacony dramatycznym spadkiem liczby urodzeń (z 2,05 dziecka na kobietę w 1990 r., do 1,39 w ubiegłym). Inaczej mówiąc wielu z nas dorobiło się dobrego samochodu, wygodnego mieszkania i atrakcyjnych wakacji za granicą, dlatego że nie odważyło się ponieść kosztów związanych z rodzicielstwem. Dodatkowo kondycję demograficzną kraju pogrążyła emigracja około 2 mln młodych Polaków w ciągu kilku lat, które nastąpiły po poszerzeniu Unii.

Powiązanie rosnącego poziomu życia z utrzymaniem wystarczającego przyrostu naturalnego jest jednak możliwe. - Niewielu polityków decyduje się na prowadzenie takiej strategii rozwoju, bo to kosztowne, a efekty decyzji można zobaczyć dopiero po 20 - 30 latach i są zależne od wielu czynników łącznie z religią, wzorcami konsumpcyjnymi, a nawet z rynkiem nieruchomości - mówi "DGP" Sergei Scherbov z Vienna Institute of Demography.

To jednak udało się Stanom Zjednoczonym, których społeczeństwo pozostaje relatywnie młode (osoby powyżej 65. roku życia stanowią 13 proc. ludności) i szybko się rozwija. Tylko w ostatnich pięciu latach liczba Amerykanów wzrosła o 12 mln osób (do 312 mln). Dzieje się tak z dwóch powodów: po pierwsze rodzimi mieszkańcy mają od lat więcej dzieci (średnio 1,9 na kobietę) niż Europejczycy. Po drugie Stany Zjednoczone zachowały zdolność do integrowania kolejnych fal imigrantów (przeszło 40 mln mieszkańców USA nie urodziło się w tym kraju).

Jedną z przyczyn sukcesu demograficznego Ameryki jest to, że kobiety, które z powodu macierzyństwa porzuciły pracę, mogą po odchowaniu dzieci do niej wrócić. W Niemczech odwrotnie: kobieta, która mimo urodzenia dziecka chce nadal pracować, jest postrzegana jako "zła matka". Musi więc dokonać wyboru między karierą zawodową a macierzyństwem. I często decyduje się na to pierwsze. Ale do licznego potomstwa skłaniają Amerykanów także inne czynniki, w tym głębokie zakorzenienie wartości religijnych w codziennym życiu, lepsze warunki mieszkaniowe niż w Europie, a także przenoszenie przez emigrantów drugiego i trzeciego pokolenia wzorców demograficznych z krajów pochodzenia, gdzie - jak choćby w Meksyku - liczna rodzina jest normą.

W Europie także niektórym krajom udało się przełamać fatalną prawidłowość, zgodnie z którą bogacące się społeczeństwa szykują dla siebie demograficzną zagładę. To przede wszystkim Francja, ale także Wielka Brytania, Irlandia, Holandia i kraje skandynawskie. Każde z nich znalazło nieco inny sposób na utrzymanie relatywnie wysokiej (1,8 - 2,0) liczby dzieci przypadającej na kobietę.

We Francji decydującym czynnikiem okazał się rozbudowany i stabilny mechanizm odpisów podatkowych oraz subwencji socjalnych dla rodzin z dziećmi, połączony z dobrym poziomem szkolnictwa i służby zdrowia. W Holandii system elastycznych kontraktów zawodowych, który pozwala kobietom łączyć pracę na pół czy ćwierć etatu z macierzyństwem. Z kolei Wielka Brytania integruje dużą liczbę młodych imigrantów, którzy nie mają obaw przed zakładaniem rodzin i prokreacją.

Takich krajów jak Holandia czy Francja jest jednak w Europie za mało, aby zapewnić stabilność demograficzną całej Unii. Nicholas Eberstadt przewiduje, że różnica w ewolucji ludności USA i Europy jest tak duża, że w jej wyniku pod koniec XXI w. gospodarka amerykańska może być aż dwukrotnie większa od europejskiej. Z tego samego powodu USA najprawdopodobniej wygrają z Chinami walkę o prymat nad światem. Społeczeństwo Państwa Środka szybko się starzeje w wyniku forsowanej od końca lat 70. XX wieku polityki "jednego dziecka" (faktycznie w ChRL na statystyczną kobietę przypadnie 1,6 dziecka).

Jednak w nadchodzących dziesięcioleciach w klubie najpotężniejszych gospodarczo krajów mogą się pojawić nowi gracze. ONZ szacuje, że na 7 mld mieszkańców Ziemi aż 1,8 mld stanowią dzieci i młodzież w wieku 10 - 24 lat, motor wzrostu gospodarczego. Jednak 90 proc. z tej grupy wiekowej mieszka w krajach rozwijających się, takich jak Nigeria, Indonezja i Brazylia. Jeśli państwa te zdołają choć w części wykorzystać potencjał swojej młodzieży, okażą się bardzo groźnymi konkurentami dla starzejącej się Japonii, Niemiec czy Włoch.

Wschodzącą potęgą demograficzną świata są jednak przede wszystkim Indie. Subkontynent, który z ludnością przekraczającą półtora miliarda mieszkańców ma w 2025 r. pokonać Chiny, już dziś jest potentatem w najnowszych technologiach komputerowych czy konstrukcji maszyn. Całkiem prawdopodobne, że w bliskiej przyszłości już tylko jeden kraj będzie w stanie stawić mu czoła: Ameryka.

@RY1@i02/2011/214/i02.2011.214.186000400.803.jpg@RY2@

W Europie niektórym krajom udało się przełamać fatalną prawidłowość, zgodnie z którą bogacące się państwa szykują dla siebie demograficzną zagładę. To przede wszystkim Francja, ale także Wielka Brytania, Holandia, Irlandia i kraje skandynawskie

Jędrzej Bielecki

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.