Cenimy sobie święty spokój
Jeśli nawet coś nam się nie podoba, spróbujemy się dogadać. A jeżeli się nie da, Bułgar machnie ręką i będzie próbował przeczekać
Lubomirem Lipowem
Co słychać w Bułgarii? Niedawno wrócił pan z urlopu, który co rok spędza w swojej ojczyźnie.
Bo bardzo tęsknię. Minęło już tyle lat, odkąd wyjechałem - to było w 1990 r. Tutaj jest mój dom, ale kiedy wracam z Bułgarii do Polski, mam depresję i nie mogę się przez parę tygodni pozbierać. Już choćby przez samo wspomnienie, że kilka dni temu kąpałem się w morzu, cieplutkim, woda 26 stopni, a tutaj muszę zakładać kurtkę i już po południu zaczyna się robić ciemno. W dodatku teraz bardziej niż kiedykolwiek martwię się tym, co się dzieje w moim kraju.
No tak, ludzie od czerwca nie przestają protestować, niemal każdego dnia wychodzą na ulice. To po tym, jak premier powołał na stanowisko szefa Państwowej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego niejakiego Delyana Peevskiego, 32-latka z podejrzaną przeszłością, wielokrotnie oskarżanego o korupcję.
Peevski sam jeden mógłby być symbolem problemów, jakie teraz trapią Bułgarię: korupcji, nepotyzmu, słabości państwa, którym zamiast prawa rządzi mafia. Miał 25 lat, kiedy został wiceministrem zarządzania kryzysowego; skończyło się skandalem i zarzutami o korupcję. Jednak śledztwo się rozmyło, co było zresztą powodem krytyki Brukseli, która piętnuje bezkarność bułgarskich białych kołnierzyków. To nie przeszkodziło mu zdobyć miejsce w parlamencie. Smaczku dodaje to, że ma on (oficjalnie - jego matka) prawdziwe imperium medialne - jest wydawcą prawie 40 proc. wszystkich gazet drukowanych, dystrybuuje 80 proc. krajowej prasy, jest czwartym nadawcą telewizyjnym. Razem z byłym premierem Bojko Borisovem podzielili kraj między siebie. To takie trujące owoce bułgarskiej transformacji: byli karatecy i byli ciężarowcy utworzyli firmy ubezpieczeniowe i aby mieć pieniądze, zaczęli wymuszać haracze. Tak się zaczęła ich wielka polityczna i biznesowa kariera.
Więc nic dziwnego, że taki gość jest nie do ruszenia.
Nie on jeden. Opowiem historię, która zdarzyła się niedawno w Burgas, moim rodzinnym mieście. Dobrze pokazuje, co się dzieje w Bułgarii. Otóż pewien mężczyzna zastrzelił na ulicy pracownicę banku. I wszyscy mu kibicują. A było to tak: emerytowany wojskowy został biznesmenem. Skromnym. Kupował od chłopów zioła, suszył je, konfekcjonował i sprzedawał dalej. Postarał się, wygrał konkurs unijny i zdobył dofinansowanie dla swojej firmy, za które chciał wystawić nową suszarnię. Poszedł do banku po swoje pieniądze. I usłyszał od "opiekunki", która miała się zajmować jego firmą, że dostanie tę kasę pod warunkiem, że zatrudni do budowy przedsiębiorstwo X. Nie zgodził się - znalazł już firmę, która dużo taniej miała wykonać tę pracę. I proszę sobie wyobrazić, że ten mężczyzna przez rok przychodził do banku, a pieniędzy nie mógł dostać. Powiedziano mu jasno: albo się dzieli, albo nie zobaczy ani stotinki z brukselskiego grantu. On pisał pisma, skarżył się prezesowi Uni Credit, słał zawiadomienia do premiera i do prokuratora, ale bez odzewu. Zdesperowany i przepełniony bezradnością wziął więc pistolet i sam wymierzył sprawiedliwość. "Wiem, że resztę życia mogę spędzić w więzieniu - miał powiedzieć potem. - Ale miałem dwa wyjścia: albo się ugiąć, poddać złodziejom, albo walczyć. A ja jestem żołnierzem".
Bułgarzy muszą być zdesperowani, jeśli protestują tak długo, z taką konsekwencją. Nie jesteście narodem rewolucjonistów.
A gdzie tam, w ogóle nie to nam w głowie. Bułgar zbyt ceni sobie święty spokój. Jeśli nawet coś jest nie tak, nie podoba mu się, spróbuje się dogadać. A jeżeli się nie da, machnie ręką i będzie próbował przeczekać. W naszej historii nie było żadnych wielkich powstań, narodowych zrywów. Przyszli Turcy, okupowali nas, potem sobie poszli. Po Turkach przyszli Rosjanie. Wie pani, że za komuny nie było u nas praktycznie żadnej opozycji? Żadnej bułgarskiej "Solidarności", strajków, walk z milicją na ulicach. Po prostu koło historii się obróciło, do tej części Europy zawitała demokracja, więc przyjęliśmy ją i u nas.
Wasi sąsiedzi, Rumuni, świętowali ją, wieszając Nicolae Ceau?escu i jego żonę. Wy wprawdzie skazaliście Todora Żiwkowa na 7 lat więzienia, ale zaraz z niego wyszedł ze względu na zły stan zdrowia. Skąd więc teraz taka zajadłość?
Na ulice wychodzą głównie ludzie młodzi, w każdym razie ci, którzy jeszcze zostali w kraju. Wychodzą, bo nie widzą innego wyjścia, nie widzą przed sobą przyszłości. To już nie jest Bułgaria czasów komunizmu, kiedy nie wiedzieliśmy, że można żyć inaczej, bo nie wolno było nam wyjeżdżać z kraju. Zobaczyliśmy, jak można urządzić państwo, zrozumieliśmy, że korupcja to nie jest coś, z czym się trzeba godzić. Przecież jeszcze trochę, a w kraju zostaną sami starcy, bo kto tylko może, emigruje w poszukiwaniu lepszego życia w jakimś normalnym kraju. To się dzieje w zastraszającym tempie. Kiedy wyjeżdżałem z Bułgarii w 1989 r., żyło tam 9 mln osób. Teraz jest ok. 7 mln. Ubyło ponad 20 proc. ludności. W tej chwili przy nieistniejącej de facto władzy centralnej najwięcej zależy dziś od samorządów lokalnych. Tam, gdzie działają dobrze, ludziom żyje się w miarę przyzwoicie. Przykładowo w moim rodzinnym Burgas jest względny porządek, miasto jest dużo lepiej zarządzane niż np. faworyzowana Warna. Więcej się inwestuje, jest więc praca. Inna rzecz, że Burgas to duży port. Kiedyś z Warny szedł handel z ZSRR, dziś już go nie ma. Teraz utrzymujemy kontakty m.in. z Chinami, USA, Grecją i Turcją, wszystko idzie przez Burgas.
Jakże to tak? Przecież nienawidzicie Greków i Turków jak psów. Greków za dominację kulturową, za to, że opanowali bułgarską Cerkiew i długo nie chcieli się zgodzić na autokefalię, czyli niezależność. Turcy - wiadomo, okupanci.
Bułgarzy są pragmatyczni, co było, to było, ale trzeba żyć dalej. Historia Bałkanów jest tak skomplikowana, że gdybyśmy chcieli ją rozpamiętywać, musielibyśmy nienawidzić wszystkich dookoła, a po co. Zresztą nie należy zapominać, że chodzi nie tylko o losy państw, narodów, ale zwykłych ludzi. Na przykład moja babcia była Greczynką urodzoną w Turcji. Jej rodzice umarli, adoptowali ją Bułgarzy i wychowali jak swoją córkę. Mając taką historię w rodzinie, inaczej patrzę na sąsiednie nacje. Przecież mieliśmy te wszystkie wojny bałkańskie, potem I i II wojnę światową, w tym czasie trwały masowe migracje, spontaniczne czy sterowane przez władze, które czyściły etnicznie tereny swoich państw. Mocarstwa europejskie układały tam swoje puzzle. Zwyczajni zjadacze papryki nie mieli tu nic do powiedzenia.
Jest jednak rzecz, za którą podziwiam naród bułgarski: choć podczas II wojny światowej byliście w jednej drużynie z Hitlerem, obroniliście swoją mniejszość żydowską. Żaden transport nie wyjechał od was do Oświęcimia. Z wyjątkiem Żydów macedońskich, których 11 tys. zginęło.
Więc jak pani widzi, chwała i wstyd w jednym. Mogliśmy pewnie się postawić i tamci by także przeżyli. Z Macedonią jest zresztą i taka sprawa, że traktujemy ją jako część swojego kraju. Uważamy Macedończyków za braci, którzy pobłądzili. Bo mamy przecież tę samą historię, tę samą kulturę i ten sam język. Ale tak się to poukładało - w latach 1913-1914 przegraliśmy obie wojny bałkańskie i w 1918 r., kiedy powstawała Jugosławia, Macedonię przyłączono do niej. Było, minęło. W Bułgarach nie ma takiego przypisywanego - pewnie słusznie - narodom bałkańskim okrucieństwa. Zamiast walczyć, wolimy usiąść, pogadać, napić się wina. Mówiła pani, że niby mamy pretensje do Greków o Cerkiew. Faktycznie, podczas okupacji ziem bułgarskich przez imperium osmańskie Konstantynopol uznał, że właściwy będzie nadzór grecki nad naszą Cerkwią - takie rzeczy zdarzały się na Bałkanach nagminnie. Zresztą, prawdę mówiąc, religia nie jest szczególnie ważna dla Bułgarów, nie stanowi - jak w Polsce - istoty ich świadomości narodowej. Może to przez komunę, kiedy pozamykano wszystkie niemal świątynie. Za młodu byłem w cerkwi tylko raz - ukradkiem, bałem się, żeby milicja nie zobaczyła, że tam wchodzę. A mnie ciekawość gnała - co też tam może być.
Za praktykowanie groziły wam represje?
Czy ja wiem? Było w każdym razie takie poczucie, że chodzenie do kościoła, jakiegokolwiek, to jest coś niewłaściwego, więc ludzie nie chodzili. Ale np. mój dziadek był pastorem zielonoświątkowców i razem z babcią ani myśleli rezygnować ze swojej wiary. Byli bardzo aktywni, a nic poważnego oprócz paru przesłuchań ich nie spotkało. Choć oczywiście osoby podpadające władzy miały kłopoty z pójściem na studia czy dostaniem pracy. I myślę, że ludzie po prostu woleli nie ryzykować.
Mówił pan, że nie było opozycji. Też z tego powodu?
Jesteśmy asekurantami, jak sądzę. Na Dunaju jest wyspa Belene. Na niej urządzono obóz koncentracyjny, gdzie zamykano wszystkich potencjalnych przeciwników systemu: przedwojennych właścicieli ziemskich, zwolenników monarchii, nieprawomyślnych. Zdarzało się, że umierali, ale nie było masowej eksterminacji czy masowych mordów politycznych. Najgłośniejszy to zabójstwo Georgija Markowa, pisarza, dramatopisarza, kiedyś przyjaciela Żiwkowa. Wyjechał na Zachód, do Londynu, gdzie pracował w BBC dla Radia Wolna Europa i Deutsche Welle, wywlekając na światło dzienne różne grzeszki bułgarskiej dyktatury. Został zamordowany we wrześniu 1978 r. na przystanku autobusowym przez agentów KGB - ukłuto go zatrutą końcówką parasola.
Bułgarski parasol, kulka rycyny, która powoli zatruwa organizm - to klasyka gatunku. Ale Armia Czerwona u was nie stacjonowała.
Nie musiała, byliśmy tak zdominowani przez Rosję, tak jej ulegli, że nie trzeba nas było nawet pilnować.
Za to dziś Bułgaria wygląda, jakby była pod jej okupacją - Rosjan jest u was mnóstwo, i turystów, i rezydentów, czują się jak u siebie. Głośni, butni, zaludniają pustoszejące miasta.
Kupują u nas nieruchomości, które w dobie kryzysu są naprawdę tanie. Kiedyś wykupywali domy w Hiszpanii, Grecji czy na Cyprze, ale dziś, wbrew wszystkiemu, Bułgaria jest bezpieczniejszym miejscem dla ich pieniędzy. Nie bez znaczenia jest to, że każdy, kto kupi dom w Bułgarii, zyskuje prawo pobytu i może bez wiz jeździć po całej Unii Europejskiej. Sporo Rosjan u nas pracuje, wykupili kilka zakładów przetwórstwa paliw. Wielu przyjeżdża po prostu na wczasy - bogacą się, chcą pojechać gdzieś za granicę, a Bułgaria jest im przyjazna kulturowo, łatwo mogą się z nami dogadać, dobrze się u nas czują.
Kiedy byłam ostatnio w pańskim kraju, odniosłam wrażenie, że Bułgarzy wolą Rosjan i Niemców od Polaków. Bo ci zostawiają więcej pieniędzy. Rozmawiałam na ten temat z pewnym taksówkarzem: "Kiedyś to były czasy - wspominał z rozrzewnieniem. - Polacy mieli mnóstwo kasy, przyjeżdżali, mieli gest. Sprzedawało się im dolary, marki, funty, prawdziwe, fałszywe, jak leci. Był ruch w interesie. I komu to, pytam się, przeszkadzało" - perorował.
A to dobre. Mówił o czasach przed 1990 r., prawda? Sam przez jakiś czas byłem pilotem wycieczek i często się zdarzało, że przychodzili do mnie na skargę turyści, którym zamiast np. 50 dolarów ktoś wcisnął banknot 5-dolarowy z niezdarnie podoklejanymi zerami. Ale tak, cinkciarski interes nieźle wtedy szedł, zwłaszcza że jesteśmy turystycznym krajem i przyjeżdżali do nas obywatele wszystkich demoludów, bo o tym, żeby lecieć do Egiptu, jeszcze się im nawet nie śniło. A co do lubienia... Jest u nas nawet takie przysłowie, że "Russo gładno nie chodi". Ale Russo oznacza tutaj po prostu blondynkę, szalejemy za kobietami o jasnych włosach.
Jak pana żona.
Poznałem ją w Bułgarii, miała szesnaście lat i przyjechała turystycznie z mamą. Od razu wpadła mi w oko.
Wyemigrował pan z kraju. I to nie do Polski, ale do Stanów Zjednoczonych.
Wyjeżdżając, nie miałem takiej intencji, żeby gdzieś zostać na stałe. Do USA pojechałem dzięki mojemu dziadkowi. Zielonoświątkowcy urządzali w Houston jakąś wielką międzynarodową konferencję i ze względu na pamięć o nim zaprosili także mnie. Choć nie jestem szczególnie religijny, pojechałem. Właśnie wtedy zaczęły się w Europie Wschodniej te wszystkie rewolucje, demokratyczne zmiany, przekazywanie rządów. Jako obywatel Bałkanów miałem przeświadczenie, że to się musi skończyć wojną, rozlewem krwi, że nie jest zbyt bezpiecznie. Postanowiłem przeczekać. Posiedziałem trochę w Stanach, potem wyjechałem do Kanady - tam był lepszy socjal, mogłem się spokojnie uczyć języka. Wróciłem do USA, zacząłem się uczyć fotografii w New York Institute of Photography i tak mi zleciały cztery lata. Ale serce nie sługa, postanowiłem wracać. Do Polski.
Nie mieliście problemów, żeby się dogadać? Wbrew temu, co nam się wydaje, język polski i język bułgarski bardzo się od siebie różnią. Polskiemu bliżej do rosyjskiego...
Ale się obrażacie, kiedy się o tym mówi. Bułgarski jest twardym językiem, mnóstwo w nim zapożyczeń z tureckiego i z greki. Zwłaszcza tureckich - jest ich tyle, że można by układać z nich całe zdania. Ale przy tej okazji wychodzi inna cecha charakteru Bułgarów: nieoczywiste poczucie humoru. Bo tureckich słów używamy głównie w negatywnym kontekście, żeby podkreślić, iż coś jest złe czy głupie. Taki przykład: kiedy chcemy powiedzieć o mózgu w sensie np. medycznym czy w ogóle neutralnym, użyjemy słowa "mozak". Ale gdy chcemy zganić kogoś za głupotę, wykrzykniemy: "Kade ti e akyła!", rozumie pani?
Rozumiem, mam przecież mozak. Tak swoją drogą, pomyślałam, że Bułgaria to bardzo niedoceniany kraj. Pierwsze skojarzenia to Złote Piaski i wino marki Sophia. Ale już cyrylicę skłonni jesteśmy przypisywać Rosjanom.
To irytujące, bo większość słowiańskiej Europy swoje pismo i religię zawdzięcza właśnie nam, a w każdym razie Cyrylowi i Metodemu, którzy byli w dodatku Grekami. Choć niektórzy utrzymują, że ich matka była Bułgarką. Niemniej to Bułgaria jako pierwszy kraj przyjęła pismo, a konkretnie głagolicę, pierwsze pismo w staro-cerkiewno-słowiańskim.
Szalenie to zagmatwane, podobnie jak początki waszego narodu. Protobułgarzy nie byli nawet Słowianami, tylko ludem tureckim...
Ale wymieszali się ze słowiańskimi plemionami.
Po tym wszystkim, co od pana usłyszałam, już mnie nie dziwi, że Bułgarzy nazywani są najchytrzejszymi wieśniakami świata oraz Irlandczykami Europy Środkowo-Wschodniej.
Ta druga nazwa to oczywiście ze względu na emigrację. Ta pierwsza, hm, ja bym powiedział raczej, że jesteśmy zaradni, pragmatyczni i zapobiegliwi. A że wieśniacy... No cóż, Bułgaria to był kiedyś kraj wiejski, większa część PKB pochodziła z rolnictwa. Ale dziś jest to tylko 7 proc.
Teraz w sklepach można kupić pomidory z Polski lub z Hiszpanii, bo bułgarskich nie ma.
Zgadza się niestety. W czasach komunizmu nie było u nas w ogóle rolnictwa indywidualnego, same ogromne państwowe gospodarstwa, takie PGR-y. Więc nie ma tradycji. Dobrze trzymają się za to uprawy róż - jesteśmy największym producentem na świecie olejku różanego, niezbędnego w produkcji perfum. I coraz więcej osób, jeśli tylko ma taką możliwość, zakłada malutkie ogródki. Moi rodzice taki mają - może 500 metrów kwadratowych wszystkiego, ale rosną tam papryka, pomidory, bakłażany... I oczywiście winogrona, z których się robi wino i rakię.
W domu?
Jak mówiłem, jesteśmy praktyczni i uznaliśmy, że nie ma sensu trzymać aparatury w domu, jeśli używa się jej raz, dwa razy w roku. W każdej miejscowości jest gorzelnia, gdzie każdy może upędzić sobie, czego potrzebuje. Czy to będzie rakia z winogron, czy śliwowica, gruszkówka czy morelówka. Zgodnie z prawem na dorosłą osobę przypada 30 litrów trunku rocznie.
To porozmawiajmy teraz o tym, w jaki sposób Bułgar biesiaduje.
Nieśpiesznie, w ten sam zresztą sposób wszystko robi - pomału. Żona ciągle mnie opieprza, że jestem rozlazły. Lubimy długo siedzieć przy stole, pić, rozmawiać. Ale zanim usiądziemy, to trzeba przygotować posiłek, wypijając przy tym nieco rakii. Dziś robimy paprykę pieczoną - trzeba ją najpierw opiec na grillu, potem zaparzyć w zamknięciu, ściągnąć skórkę. I już mamy surowiec, który można dodać do sałatek albo panierować w jajku i w bułce, po czym usmażyć. Można ją też nadziać mięsem albo serem. Polecam, rewelacja.
Bułgarzy są warzywożerni, piją też dużo jogurtu, czym się tłumaczy ich długowieczność - "sto lat" to nie są dobre życzenia, bo wiele osób przeżywa w dobrym zdrowiu setkę.
Prócz pomidorów z papryką i bakłażanem, które są podstawą kuchni, jemy jeszcze cebulę i czosnek. Warzyw korzeniowych prawie się nie je. Choć mamy dobrą ziemię, one się w Bułgarii po prostu nie udają. Mięsa je się stosunkowo niewiele, za to mnóstwo ryb - zwłaszcza doradę, makrelę i tuńczyka śródziemnomorskiego. I mule. Mój kraj ma sporo hodowli tych skorupiaków, mnóstwo ich eksportuje, są u nas bardzo tanie.
A jedząc i pijąc, lubicie słuchać Aziza, gwiazdę, która gromadzi na swoich koncertach tysiące osób. To o tyle dziwne, że Bułgarzy są - jak na Bałkańczyków przystało - konserwatywni i tacy macho, a Azis to gej, Cygan, który wziął ślub ze swoim partnerem, a przyjaciółka urodziła im dziecko.
To raczej celebryta niż gwiazda, śpiewa czalagę, mówiąc inaczej etnopop. Takie nasze bułgarskie "Majteczki w kropeczki" i "Będzie, będzie zabawa". Niemniej jesteśmy dość patriarchalni, co w dzisiejszych czasach już się przestaje sprawdzać. Kiedyś kobieta miała się zajmować tylko domem, wiele osób do dziś przyjmuje to jako kulturowy wzorzec. Ale był on możliwy w dwudziestoleciu przed II wojną światową, kiedy kraj był w gospodarczym rozkwicie i jedna pensja, mężczyzny, wystarczała aż nadto, aby utrzymać nawet wielodzietną rodzinę. Dziś, kiedy minimalna pensja wynosi odpowiednik polskich 700 zł, i kobieta, i mężczyzna muszą pracować. Zmiana stylu życia pobudza aspiracje zawodowe kobiet... Ale efekt nie jest najszczęśliwszy dla kraju, gdyż 40 proc. małżeństw kończy się rozwodem. Wiadomo, jakie to ma skutki społeczne.
Ciekawa jestem, w jaki sposób mężczyzna o takich poglądach radzi sobie w domu z żoną Polką.
Wciąż walczę z nią o przywództwo w rodzinie. W efekcie mamy trójkę dzieci. Córki.
@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.000002000.803.jpg@RY2@
materiały prasowe
Lubomir Lipow fotograf, absolwent New York Institute of Photography, wydawca magazynu lifestyle’owego "Lawendowy Dom" i miłośnik bałkańskiej (i nie tylko) kuchni
@RY1@i02/2013/193/i02.2013.193.000002000.804.jpg@RY2@
East News
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu