Wzór dla Europy: Indonezja
Egzotycznemu dla nas krajowi udało się to, o czym marzą europejscy federaliści. Zjednoczył mieszkańców 17 tys. wysp władających ponad 700 językami w jeden naród
Indonezja pozostaje w naszej świadomości terra incognita. Wiemy, że istnieje, kojarzymy wyspę Bali, miłośnicy sportu słyszeli o tamtejszych badmintonistach. Tymczasem ten wyspiarski kraj jest czwartym po Chinach, Indiach i USA państwem świata pod względem liczby ludności, zaś pod względem wielkości PKB jest już na 16. miejscu. To nie wszystko - ten kraj może być wzorem dla europejskich federalistów (o ile po kryzysie jeszcze się tacy w UE ostali).
Jak rządzić krajem położonym na 17,5 tys. wysp, którego ludność mówi 706 językami i w którym, aby dolecieć z jednego krańca na drugi, trzeba spędzić 6,5 godziny w samolocie? Indonezyjska inteligencja zadała sobie to pytanie jeszcze w 1928 r., gdy kraj pod nazwą Holenderskich Indii Wschodnich był we władzy gubernatorów z Europy. Na zorganizowanej w Batawii, jak wówczas nazywano Dżakartę, konferencji, delegaci zadecydowali, że w tym celu należy stworzyć z setek grup etnicznych jeden naród, w dodatku mówiący jednym językiem.
Wiedzieli, że proklamowanie językiem narodowym jawajskiego, którym posługuje się największa grupa Indonezyjczyków (obecnie 35 proc. ludności), sprawi, że idea niepodległej Indonezji poza Jawą zostanie potraktowana jako synonim nacjonalizmu. To tak, jakby Unia Europejska chciała zbudować jednolity naród europejski, narzucając mu odgórnie naukę np. niemieckiego. Dlatego dzisiejszy język indonezyjski został oparty na pokrewnej malajskiemu mowie używanej przez zaledwie kilka procent mieszkańców, skupionych głównie w dzisiejszej prowincji Riau na północnym zachodzie kraju. Bahasa Indonesia jest obecnie nauczana w szkołach i stanowi jedyny język urzędowy. Na 238 mln Indonezyjczyków 210 mln potrafi mówić po indonezyjsku.
Nie oznacza to, że mieszkańcy kraju zapomnieli własnych języków. Wśród 706 używanych tu mów są oczywiście takie, jak jawajski czy sundajski, których liczba użytkowników jest porównywalna lub większa niż mówiących na świecie po polsku. Ale jest też choćby bliski wymarcia język amahai, używany w czterech wioskach wyspy Seram przez ok. 50 osób.
Koniec układu
Dopóki Indonezja była rządzona twardą ręką przez prezydentów Sukarno (1945-1967) i Suharto (1967-1998), integralność kraju była utrzymywana. Dyktatorzy mają metody, by tłumić w zarodku narodowe ambicje mniejszości etnicznych. Jednak gdy rewolucja odsunęła Suharto od władzy, powstała obawa, że wszystko skończy się rozpadem państwa. Zwłaszcza że chaos wykorzystał Timor Wschodni, dawna kolonia portugalska zajęta przez Dżakartę w 1975 r., obecnie niepodległa, z którą po latach krwawych konfliktów Indonezję łączą dziś notabene doskonałe relacje.
- Po odejściu prezydenta Suharto w 1998 r. były obawy, że Indonezja się zbałkanizuje. Na szczęście po naszych ojcach założycielach odziedziczyliśmy mądrość, którą symbolizuje umieszczone na naszym godle hasło: "Bhinneka Tunggal Ika", jedność w różnorodności, a co za tym idzie przywiązanie do tolerancji, dialogu i demokracji - mówi nam Abdurrahman Mohammad Fachir, były ambasador w Egipcie, a obecnie wysoki urzędnik w miejscowym MSZ. W jego słowach pobrzmiewa patos, tym niemniej także zachodni dyplomaci przyznają, że kluczem do zachowania jedności państwa było pójście w demokrację totalną. "Democrazy" zamiast "democracy". Demoszaleństwo.
Po obaleniu Suharto wprowadzono je na każdym szczeblu zarządzania państwem. Każdego miesiąca w którymś miejscu republiki odbywają się jakieś wybory. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu fasadowych demokracji świata nie zawsze da się przewidzieć ich triumfatora. Do tego powołano służbę antykorupcyjną, obdarzając ją znacznym stopniem niezależności. Do tego stopnia, że w lutym tego roku funkcjonariusze nie wahali się zatrzymać pod zarzutem korupcji szefa partii rządzącej Anasa Urbaningruma, który w konsekwencji musiał wycofać się z polityki.
Obecny prezydent Susilo Bambang Yudhoyono (trzy imiona, żadnego nazwiska) rządzi drugą kadencję, zdobył popularność twardą polityką antyterrorystyczną. Jednak na kolejną reelekcję, nawet gdyby była ona możliwa z prawnego punktu widzenia, nie miałby szans. Ludzie oskarżają go o zbyt wolne bogacenie się społeczeństwa, uległość wobec zachodnich koncernów, mało zdecydowaną politykę wobec sąsiadów. Także dlatego kandydat jego obozu (jeszcze nie wiadomo, kto nim będzie) ma małe szanse na zwycięstwo.
Furorę robi na razie gubernator Dżakarty Joko Widodo (dwa imiona, bez nazwiska), znany jako Jokowi. - Wygrał wybory lokalne w stolicy, choć nikt na niego nie stawiał. Wcześniej rządził mniejszą Surakartą, gdzie udało mu się ograniczyć przestępczość i usprawnić funkcjonowanie miasta, np. wywóz śmieci. Dzisiaj ma w sondażach prezydenckich 60 proc. poparcia, choć sam jeszcze nie zadeklarował, że w nich wystartuje - mówi DGP jeden z zachodnich dyplomatów zajmujących się Indonezją. Jeśli wystartuje i wygra, będzie świadectwem zmiany, przez którą przeszli Indonezyjczycy podczas półtorej dekady. Wyborcy nagrodziliby go za nowatorskie podejście do zarządzania miastem, bycie spoza układu, a także coś, co u nas bywa nazywane polityką ciepłej wody w kranie.
Tymczasem w 2004 r., gdy wybory wygrywał Susilo Bambang Yudhoyono, wyborcy oczekiwali przede wszystkim spokoju i pokoju. Generał SBY, jak powszechnie skraca się tu imiona prezydenta, wcześniej jako szef MSW koordynował walkę z terroryzmem. W 2002 r. Bali, turystyczny symbol regionu, zostało zaatakowane przez islamistów. W ataku bombowym w zdominowanym przez knajpy, kluby i hotele kurorcie Kuta zginęły 202 osoby. Dzisiaj w miejscu po jednej z wysadzonych dyskotek stoi poruszający pomnik z nazwiskami wszystkich ofiar. - Po zamachu powstał specjalny oddział policji Densus 88, dziecko obecnego prezydenta. Indonezyjczycy nie patyczkują się z terrorystami. Istnieje tu niepisana zasada, że jeśli Densus 88 ujawni na terenie jakiejś nieruchomości skład broni lub środki do produkcji bomb, wszyscy obecni giną. To samo dzieje się ze złapanymi w walce islamistami. Chodzi o jasny przekaz dla skłonnych do walk w imię ekstremizmu - opowiada nam jeden z zachodnich dyplomatów, znających Indonezję od podszewki. To samo zresztą dzieje się z wytropionymi już po zamachach terrorystami. Trzech organizatorów ataku z 2002 r. dostało karę śmierci. Sześć lat po zamachu zostali rozstrzelani.
Islam z inną twarzą
W Europie takie podejście uznano by za niehumanitarne, ale tutaj wielu traktuje je jako konieczność. Indonezja to państwo muzułmańskie, nie brakuje tu radykałów, skupionych np. wokół Frontu Obrońców Islamu (FPI). Organizacja działa półoficjalnie, według WikiLeaks ma nawet swoich ludzi w policji. W ubiegłym roku w mieście Surabaja na Jawie, wspólnie z grupą funkcjonariuszy, sympatycy FPI wtargnęli do posiadającego immunitet dyplomatyczny instytutu kultury francuskiej, by "wyjaśnić" kwestię opublikowania we francuskiej gazecie karykatur Mahometa. Tworzonym przez FPI bojówkom zdarzają się też fizyczne ataki na bary, kluby nocne czy sklepy z alkoholem, zwłaszcza podczas ramadanu, muzułmańskiego miesiąca postu.
Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać, że część podobnych ataków jest odpierana przez pracowników barów do spółki z mieszkańcami okolicznych domów. Islam w Indonezji ma bowiem zupełnie inną twarz niż w Afganistanie czy Arabii Saudyjskiej. - Muzułmanie nie podbili Indonezji, w przeciwieństwie do innych terenów, a islam przyszedł na nasze wyspy z kupcami. Ich sposób myślenia zawsze był znacznie bardziej tolerancyjny - mówi nam jeden z naszych miejscowych przewodników, sam będący zresztą chrześcijaninem. Widać to na ulicach. W Indonezji bez większych problemów funkcjonują innowiercze enklawy, na Bali np. większość ludności stanowią hinduiści.
Choć nasi rozmówcy przekonywali, że obyczaje ulegają rozluźnieniu, są jednak i restrykcje. Miejscowe prawo nie tylko formalnie zakazuje małżeństw międzykonfesyjnych, lecz także wymaga wpisania do dowodu wyznania każdego obywatela. Można wybierać pomiędzy islamem, protestantyzmem, katolicyzmem, hinduizmem, buddyzmem i konfucjonizmem. Przepisy wprowadzono jeszcze w czasach Suharto, który w ten sposób walczył z głoszącymi ateizm komunistami. Rykoszetem odbiło się to też na wyznawcach tradycyjnych kultów, którzy - podając w ankietach religię większości - zawyżają w ten sposób w statystykach liczbę wyznawców Allaha.
Na większości terytorium kraju przepisy nie są też oparte na szariacie. Prawo koraniczne obowiązuje tylko w prowincji Aceh na wschodnim krańcu Sumatry. A i na to Dżakarta zgodziła się niechętnie, pod naciskami Europy, byle tylko lokalni separatyści zgodzili się na pokój. - Teraz za każdym razem, gdy w prywatnych rozmowach z Indonezyjczykami narzekamy np. na islamskie bojówki, ci wypominają nam, że bez Unii o zgodzie na wprowadzenie szariatu nikt by w Dżakarcie nie pomyślał - śmieje się jeden z dyplomatów.
Z tej wyznawanej przez władze sporej dawki tolerancji Indonezja uczyniła slogan reklamowy. - Od 2008 r. na Bali jest organizowane Demokratyczne Forum Azji i Pacyfiku. Naszym celem jest właśnie promocja demokracji w regionie. W 2012 r. przyjechali do nas przedstawiciele 83 krajów, było też 50 obserwatorów spoza regionu, w tym Polacy - opowiada Abdurrahman Mohammad Fachir. Politycznie Dżakarta stara się lawirować między Chinami a USA, choć bliżej jej do tych ostatnich. Z opinią Pekinu musi się jednak liczyć ze względu na 3-milionową mniejszość chińską. To zaledwie 1,2 proc. ludności, ale kontrolują oni znaczną część biznesu, chętnie opłacając kampanie wyborcze przychylnych sobie polityków. Są nie tylko niezwykle wpływowi, lecz także lojalni wobec starej ojczyzny, choćby nawet od pokoleń nie znali już chińskiego. Nic dziwnego, że Chińczycy są w kraju niespecjalnie lubiani, a w 1998 r., czasie chaosu w trakcie obalania Suharto, doszło nawet do antychińskich pogromów. Obecnie sytuacja się uspokoiła także ze względu na poprawę stanu gospodarki. Od 2002 r. kraj nieprzerwanie osiąga co najmniej 4-proc. wzrost PKB. Według szacunków MFW w tym roku tempo rozwoju ma osiągnąć 6,3 proc. To dobre, 13. miejsce w szybko rozwijającej się Azji. Średnie wynagrodzenie w kraju wynosi dziś 5,1 mln rupii (1,5 tys. zł), ale w praktyce czterech na dziesięciu Indonezyjczyków ma do dyspozycji mniej niż 2 dol. dziennie.
Cel: więcej etatów
- Mamy problem z przeniesieniem wzrostu PKB na dobrobyt ludzi. Rząd stara się pomóc biednym, dotując czynsze, dopłacając do produkcji rolnej czy udzielając tanich kredytów socjalnych - przyznaje Bobby Hamzar Rafinus (dwa imiona, z czego jedno zachodnie, i nazwisko), wiceminister gospodarki. Na razie jednak na ulicach Dżakarty wciąż widać sporo żebraków, a do miasta w poszukiwaniu szansy przybywają kolejne roczniki Indonezyjczyków z prowincji. Efekt? W mieście pod względem powierzchni nieznacznie tylko większym niż Warszawa żyje kilkanaście milionów ludzi. Bez metra, z dopiero rozwijanym systemem publicznej komunikacji miejskiej. Spora część przybyszy musi się przy tym wystrzegać policji. Ludzi bez meldunku usuwa się z miasta.
W kraju wciąż nie ma też powszechnego systemu emerytalnego, więc dla biednych jedyną szansą na przetrwanie w podeszłym wieku jest posiadanie dużej liczby dzieci. To wciąż działa, bo związki rodzinne w Indonezji pozostają bardzo silne, ale liczba urodzin zaczyna powoli spadać. Także ze względu na promowanie przez rząd modelu rodziny dwa plus dwa. Resort gospodarki szacuje, że do 2030 r. współczynnik urodzin spadnie poniżej progu zastępowalności pokoleń, czyli 2,1 dzieci na kobietę.
- Na razie jednak jesteśmy w okresie wyżu, a co za tym idzie szybkiego wzrostu liczby ludzi pracujących. Najpoważniejszym wyzwaniem dla gospodarki jest więc tworzenie nowych miejsc pracy - tłumaczy DGP Bobby Hamzar Rafinus. - Uznajemy, że przy 7-proc. wzroście gospodarczym kraj jest w stanie stworzyć wystarczającą liczbę etatów. A do końca dekady o podobny poziom wzrostu jesteśmy dość spokojni - dodaje. Na razie to się nawet udaje; poziom bezrobocia w kraju w I kwartale tego roku spadł poniżej 6 proc. Indonezyjczycy liczą, że pozwoli im to żyć na lepszej stopie. Jednak gdy okruchy dobrobytu nie docierają do ich stołów, rządzący tracą poparcie. To także przypadek obecnego prezydenta. I kolejne wyzwanie dla niego i jego następców.
@RY1@i02/2013/173/i02.2013.173.000001600.801.jpg@RY2@
ap
Dżakarta dąży do wzrostu gospodarczego w wysokości 7 proc. PKB
Michał Potocki
korespondencja z Indonezji
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu